sobota, 23 lutego 2013

Dług, czyli co?


Pewnego razu dostałem do rozpoznania sprawę, w której wniesiony został sprzeciw od nakazu zapłaty. Była to jedna z tych seryjnych spraw toczących się z powództwa któregoś z funduszy sekurytyzacyjnych, czyli czegoś w rodzaju nowego wcielenia firm windykacyjnych. Sam pozew był standardowy - firma kupiła pakiet długów od któregoś z operatorów komórkowych, wśród nich był także dług tego konkretnego człowieka, więc domaga się teraz zasądzenia kwoty 1.382,76 zł wraz z dalszymi odsetkami od daty wniesienia pozwu do dnia zapłaty. W zasadzie nic ciekawego. Zwykle w takich sprawach sprzeciw ogranicza się do zarzutu przedawnienia (zazwyczaj słusznego), albo też jest w zasadzie tylko pokorną prośbą o umorzenie (czy częściej o "umożenie") tego długu, bo pozwany nie jest w stanie go spłacić. Ale nie tym razem - tym razem pozwany zaatakował nakaz z zupełnie innej strony... a zgłaszane przez niego zarzuty naprawdę dały mi do myślenia...

Otóż pozwany wcale nie zaprzeczał temu, że jest dłużny pieniądze, deklarował nawet, że jest gotów zapłacić wszystko co do grosza, stwierdził natomiast, że nie jest pewny, że faktycznie jest winien aż tyle, ile powód żąda. Wśród załączników do sprzeciwu znalazło się kilka wezwań do zapłaty tego konkretnego długu pochodzące od różnych firm sekukuwindykacyjnych, dowody wpłaty różnych kwot, a także jakieś pismo informujące go, że nie ma żadnego zadłużenia. Po przejrzeniu tych dokumentów trudno się mu było dziwić, że nie wie, ile ma płacić, bo dokonane wpłaty wydawały się nie mieć żadnego wpływu na wysokość długu, o którym go informowano, a i same wezwania do zapłaty wymieniały chyba jakieś przypadkowe kwoty. Trudno jest bowiem uwierzyć, że dług w ciągu 3 miesięcy urósł nagle o 30% po czym natychmiast po przejęciu sprawy przez kolejnego "windykatora" spadł o 10%. Pozostało zatem liczyć na to, że powód, po otrzymaniu sprzeciwu nam wszystko wyjaśni. W końcu zgodnie z zasadą, że dowody przedstawia ten, kto coś twierdzi, to na nim spoczywał obowiązek udowodnienia, że pozwany ma mu taką a nie inną kwotę zapłacić.

Niestety, jak się okazało, pełnomocnik powoda postąpił w sposób standardowy w sprawach tego rodzaju. Przysłał standardowe pismo, ze standardowym uzasadnieniem, w którym przedstawił standardową argumentację. Otóż stwierdził, że wysokość długu wynika z przedłożonego wyciągu z ksiąg rachunkowych funduszu sekurytyzacyjnego, który zgodnie z ustawa o funduszach inwestycyjnych ma moc dokumentu urzędowego. Z tego wywiódł, że nie ma potrzeby przedstawiania jakichkolwiek dalszych dowodów i to pozwany powinien udowodnić "fakt niweczący" to znaczy, że dług spłacił. Natomiast na wypadek, gdyby Sądowi to tłumaczenie nie wystarczyło zgłosił wniosek o dopuszczenie dowodu z opinii biegłego, który uda się do siedziby powoda, i na podstawie zgromadzonej tam dokumentacji ustali czy dług w takiej kwocie istnieje

No cóż. Najwidoczniej pełnomocnik powoda nie zauważył, że Sąd Najwyższy już jakiś czas temu raczył stwierdzić, że rzeczone wyciągi z ksiąg funduszu sekurytyzacyjnego są dowodem tylko tego, że w tych księgach coś napisano. A to że coś zapisano w księdze nie oznacza, że jest to prawda. Sąd Najwyższy wprost stwierdził więc, że rzeczone wyciągi nie stanowią ani dowodu istnienia ani dowodu wysokości zobowiązania, ani nawet dowodu tego, że wierzytelność została skutecznie nabyta. To zaś oznacza, że wartość dowodowa takiego dokumentu w postępowaniu cywilnym jest równa mocy jednostronnego pisemnego oświadczenia co do jakiegoś faktu... a zatem praktycznie żadna. Pan mecenas nie zauważył chyba także, że Trybunał Konstytucyjny był uprzejmy uznać przepis przewidujący "moc dokumentu urzędowego" wyciągów z ksiąg funduszy sekurytyzacyjnych za niezgodny z Konstytucją RP, w zakresie, w jakim dotyczy praw i obowiązków konsumentów, więc całą swą argumentację opiera na nieobowiązującym przepisie. Natomiast co do złożenia wniosku "dowodowego" by Sąd przysłał biegłego, który poszuka w siedzibie powoda dowodów na to, że pieniądze się powodowi należą powstrzymam się od dalszych komentarzy, bo obawiam się, że nie ma w języku ludzi kulturalnych słów, którymi można by należycie określić takie postępowanie. Przejdę więc od razu do końca tej historii, a skończyła się ona wyrokiem oddalającym z hukiem całe powództwo jako nie udowodnione co do wysokości. Bo jeżeli powód nie wie, czego żąda, to i tym bardziej sąd nie może wiedzieć, czy to mu się należy. 

Dlaczego opisałem tę historię akurat teraz? Ano dlatego, że zwraca ona uwagę na inny problem dzisiejszego pospiesznego postępowania upominawczego. Czy faktycznie w tej sprawie powinien być wydany nakaz? Czy faktycznie można było stwierdzić, że "okoliczności sprawy nie budzą wątpliwości" w sytuacji, gdy sam powód nie wie, dlaczego żąda tyle, ile żąda? Pójdę jeszcze dalej: czy w ogóle sąd powinien rozpoznawać taką sprawę? W końcu jednym z warunków formalnych pozwu jest to, by było w nim "dokładnie określone żądanie", a czy można uznać z "dokładnie określone" żądanie, które sprowadza się do stwierdzenia "żądam 1.382,76 zł, nie wiem dlaczego". Jak pozwany po otrzymaniu takiego pozwu może ocenić, czy się zgadza z żądaniem czy nie? Jak potem można ocenić, czy co do tego samego roszczenia było wcześniej wydane orzeczenie, czy nie?  Jeżeli żądanie ma być "dokładnie określone", to znaczy, że musi być określone nie tylko "ile" się żąda, ale trzeba też podać "czego się żąda". Czy żąda się niezapłaconej ceny, czy odsetek, czy kar umownych, czy jakichś innych opłat. Dokładne określenie żądania wymaga więc podania sposobu obliczenia żądanej kwoty, i wymienienia faktów, z których owo roszczenie ma się wywodzić. Jeżeli tego w pozwie nie ma, to należy powoda wezwać do uzupełnienia braków formalnych, a jeżeli tego nie zrobi to zwrócić mu pozew. 

Dlaczego więc niezbyt często się tak robi? Ano zapewne dlatego, że to się statystycznie nie opłaca. Jak ma się na biurku 100 takich pozwów, to najlepszym sposobem na osiągnięcie oczekiwanego przez nadzór celu postępowania (czyli zakreślenia sprawy) jest wydanie nakazu. Wydaje się więc 100 szybkich nakazów według szablonu i wszyscy statystycznie szczęśliwi. Wpływ pokryty, zaległość nie wzrosła, krotną mamy jak trzeba i ogólnie statystycznie jest doskonale. A jak zaczniemy wzywać, to to potrwa, sprawa będzie "wisiała na brakach" na koniec miesiąca trzeba ją będzie wykazać jako nie załatwioną przez co wzrośnie zaległość. Jak zaczniemy zwracać, to będą zażalenia, sprawa się będzie wlokła, średni wiek spraw wzrośnie i ogólnie statystycznie będzie źle. Tak więc ku chwale statystyki nie kombinujmy tylko wydawajmy nakazy... przynajmniej tak długo, dopóki ktoś nie przejrzy na oczy i nie pogoni tych wszystkich nadzorców, którym się wydaje, że jedynym celem istnienia sądów jest manie dobrych wyników statystycznych...

sobota, 16 lutego 2013

Potop luksemburski


W sekretariacie zastałem coś, co zepsuło mi humor na resztę dnia. Rząd pudeł po papierze do drukarek  zawierających, jak to policzono na szybko, jakieś 500 sztuk, a może więcej, pozwów. Wszystkie autorstwa jednej firmy, i wszystkie o to samo, czyli o zapłatę jakichś należności z faktur za telewizję satelitarną sprzed 10 lat. Wszystkie drukowane z jednego szablonu i z takim samym uzasadnieniem - taki a taki zawarł umowę, nie uregulował należności, powód nabył wierzytelność w drodze umowy przelewu i wnosi o zasądzenie. Do każdego pozwu załączono poświadczoną trzecią kopię z piątej kopii pełnomocnictwa, skompresowaną na dwie strony kopię odpisu z KRS, oraz prawie nieczytelną też którąś tam z rzędu kopię umowy przelewu wierzytelności. Dołączono też kartkę papieru, na której powód oświadcza, że kupił należność wobec pozwanego w takiej to a takiej kwocie, więc żądane pozwem pieniądze mu się należą. Znaczy prosi, żeby sąd zasądził te pieniądze, bo jak babcię kocham on mi jest tyle winien.

No, już słyszę komentarze, że w postępowaniu upominawczym nie ma obowiązku przedstawiania dowodów. Prawda, ale nie do końca. Warunkiem wydania nakazu zapłaty jest to, aby przytoczone w pozwie okoliczności nie budziły wątpliwości... ale jak może nie budzić wątpliwości "okoliczność" że pozwany jest winien pieniądze, jeżeli owa okoliczność wywodzona jest w oparciu o to, że ktoś tak powodowi powiedział? Bo czymże innym jest powołanie się na to, że "dochodzoną kwotę wymieniono pod pozycją 798 załącznika do umowy cesji", jak nie stwierdzeniem, że "ktoś mi powiedział, że ten dług istnieje i mi go sprzeda"? To zaś, że ktoś nam coś sprzedał, nie oznacza, że to jest teraz nasze. Z pewnością można by znaleźć człowieka gotowego od razu, na pniu i za gotówkę sprzedać nam Pałac Kultury, gdańskiego Neptuna czy cały Wawel razem z tamże pochowanymi. Możemy spisać umowę i wymienić pod pozycją 432 na liście sprzedawanych przedmiotów "Dzwon Zygmunta wraz z sercem i sznurkami", ale czy da nam to prawo do domagania się wydania tego przedmiotu? Oczywiście że nie. A czym to się różni od domagania się zapłaty w oparciu o umowę sprzedaży wierzytelności, w której pod pozycją 432 wymieniono kwotę 1.120,69 zł?

Wątpliwości co do okoliczności przytaczanych w takich pozwach mają także inne źródło. Otóż doświadczenie uczy, że jeśli powodowie powołują się na to, że dochodzona należność wynika z faktury nr 134251/2002 to często oznacza to tylko tyle, że taki numer faktury podano w załączniku do umowy przelewu wierzytelności, natomiast samej faktury nigdy na oczy nie widzieli i w zasadzie nie obchodzi ich, co tam napisano. O czym świadczy chociażby to, że wezwani do przedłożenia faktury, na którą się powołują (bo na przykład zażądał tego pozwany) oświadczają, że wnoszą, żeby sąd zobowiązał  do jej przedstawienia tego, co sprzedał im ten dług, bo to on ją ma. A to daje czasami bardzo interesujące wyniki... Na przykład w jednym przypadku okazało się, że faktura owszem istnieje, ale jest wystawiona nie na pana Henryka, tylko na panią Henrykę, a w innym okazało się, że na fakturze widnieje kwota 120,69 zł, a nie 1.120,69 zł, jak to zapisano w "załączniku". I jak tu przyjmować za wiarygodne twierdzenia oparte o takie "załączniki do umowy przelewu"? Jak tu wydać zgodnie z własnym sumieniem nakaz zapłaty?

Zaraz podniosą się głosy, że ja coś tutaj wybrzydzam, bo większość sądów takie nakazy wydaje i problemów nie robi. I będzie to prawda, bo niestety faktycznie tak jest. Ale bynajmniej nie jest to spowodowane tym, że w większość sądów nie ma wątpliwości, co do okoliczności przytaczanych w pozwach. Równie często, jeśli nie częściej jest to po prostu wybór mniejszego zła, bo przy ilości pozwów składanych jednorazowo przez takich "seryjnych" powodów (a może to być nawet kilka tysięcy sztuk w ciągu miesiąca) skierowanie ich wszystkich zgodnie z procedurą do rozpoznania na rozprawie skutkowałoby całkowitą blokadą sądu.Weźmy te pięćset pozwów, od których cała historia się zaczęła. A raczej tysiąc, bo zapowiedziano,  że w przyszłym tygodniu dostaniemy drugą porcję. Podzielmy je pomiędzy siedmiu sędziów, którzy mają je rozpoznać, a dowiemy się, że na każdego z nich przypadnie po jakieś 140 spraw. Gdyby te 140 spraw wyznaczyć na rozprawy, to zajmą one jakieś 12-14 dni. A że miesięcznie jeden sędzia prowadzi 7-8 rozpraw to okres oczekiwania na kolejne rozprawy w toczących się już sprawach także wydłuży się o jakieś dwa miesiące, bo pierwszy wolny termin przypadnie właśnie owe dwa miesiące później. A jeżeli w kolejnym miesiącu wpłynie następnych 1.000 pozwów (co się zdarzało) to dojdą do tego kolejne dwa miesiące i tak dalej, i tak dalej. Aż w pewnym momencie sędziowie miesiącami nie będą robić nic, tylko wydawać wyroki (i to głównie zaoczne) w sprawach rzeczonego seryjnego powoda. A inne sprawy? A inne sprawy będą czekać...

Wydawanie nakazów zapłaty w sprawach opartych o wątpliwe twierdzenia kolejnych handlarzy długami, którzy od dziesięciu lat przekazywali sobie to samo roszczenie, to zaprzeczenie wymiaru sprawiedliwości. Oznacza to bowiem, że sąd zamiast być instytucją zapewniającą ochronę słusznych roszczeń stał się maszynką do "przyklepywania" roszczeń.  Ale gdyby tego nie zrobić, to ucierpiałyby, i to znacznie poważniej prawa tych wszystkich, którzy do sądu przyszli nie po to, by robić biznes, ale by uzyskać rozwiązanie swych problemów. Czy faktycznie warto jest odbierać im prawo do rozpoznania ich sprawy w rozsądnym terminie, tylko po to, żeby dać "seryjnemu" lekcję tego, co powinno być w pozwie? Zwłaszcza, że taka "lekcja" jak uczy doświadczenie, wcale do niego nie dociera, bo na odmowie wydania nakazu on nic nie traci? Nie bardzo. I dlatego właśnie z dwóch złych rozwiązań wybierane jest zwykle to mniej złe. Mniejsze zło nadal jest jednak złem, dlatego należy tu zadać pytanie, co należy zrobić, żeby tego zła uniknąć. Jakie rozwiązania prawne, techniczne, organizacyjne pozwoliłyby uniknąć takich przypadków. I dlaczego tego jeszcze nie zrobiono, skoro problem znany jest od lat...

czwartek, 7 lutego 2013

Piernikowo-wiatrakowo


W związku ze sprawą pewnej pani z Sochaczewa, której Zły Komornik zajął przez pomyłkę konto obrodziło zapowiedziami projektów zmian kodeksu  postępowania cywilnego. Z niecierpliwością oczekiwałem, aż na stronie Sejmu pojawią się konkretne propozycje... bo byłem pewien, że będą one wdzięcznym tematem do kolejnego tekstu dotyczącego jakości naszej legislacji... i nie pomyliłem się. 

Dzisiaj na stronie internetowej Sejmu natrafiłem na pierwszy z zapowiadanych projektów, projekt poselski firmowany przez klub Solidarna Polska, złożony do laski marszałkowskiej 5 lutego 2013 r. [projekt], który zgodnie z tym, co zapisano w jego uzasadnieniu, ma na celu  "wyeliminowanie pomyłek co do osoby będącej dłużnikiem przy zajęciu rachunku bankowego". Przeczytałem go... potem przeczytałem jeszcze raz... i jeszcze raz... i doszedłem do wniosku, że panowie posłowie pomysłodawcy chyba kompletnie nie wiedzą o czym piszą... 

Skąd taki wniosek? Ano rzućmy kilka cytatów z uzasadnienia projektu. Zacznijmy od tego, iż zgodnie z zamierzeniami jej autorów nowelizacja ta, po jej uchwaleniu:

"da realną możliwość ochrony dłużnikom, przeciwko którym bezzasadnie wszczęta została egzekucja z rachunku bankowego, czego skutkiem będzie pozytywne dla społeczeństwa zagwarantowanie możliwości ochrony w przypadku błędnego skierowania egzekucji komorniczej przeciwko osobie niebędącej dłużnikiem". 

Środkiem do osiągnięcia tego celu ma być wprowadzenie zasady, iż:

"przed przekazaniem zajętej wierzytelności komornikowi bank bezzwłocznie zawiadamia posiadacza rachunku w sposób określony w umowie rachunku o zablokowaniu środków wraz z informacją, że po upływie trzech dni od daty zawiadomienia zablokowane środki zostaną przekazane komornikowi. "

Pomysł ten panowie posłowie uzasadniają zaś tak:

"Propozycja zmiany podyktowana jest koniecznością umożliwienia podjęcia obrony przez osobę, która faktycznie dłużnikiem nie jest (nie została wymieniona w tytule wykonawczym), a której rachunek bankowy został zajęty przez komornika sądowego w toku prowadzonego postępowania egzekucyjnego. [...] Wskazany czas na podjęcie obrony wynosi trzy dni – nie jest on na tyle długim okresem, by można było mówić o utrudnianiu przeprowadzenia egzekucji, czy też o przewlekaniu postępowania egzekucyjnego, a jednocześnie czas ten wystarcza na podjęcie obrony przez osobę, której zajęto rachunek bankowy, a która dłużnikiem w sprawie nie jest.

Panowie posłowie... Po pierwsze jakie "trzy dni"? Przecież sami napisaliście, że "trzy dni od daty powiadomienia" co oznacza, że nie wcześniej, niż w dniu, w którym bank dowiedział się, że jego klient został powiadomiony. Co w wypadku przesyłek doręczanych za zwrotnym potwierdzeniem odbioru może oznaczać dziesięć dni i więcej. Po drugie, co niby taki pomyłkowo egzekwowany dłużnik miałby zrobić w ciągu tych trzech dni? Pojechać do komornika, i powiedzieć, że to nie on? A co jak komornik jest z drugiego końca Polski? A co jak zawiadomienie dostanie w piątek, a komornik przyjmuje w poniedziałki i czwartki? No i co mu to spotkanie da, jak komornik mu odpowie, że na tytule wykonawczym jest tylko imię i nazwisko, a to się zgadza, a PESEL podał mu wierzyciel? Może oczywiście wnieść skargę na komornika, tyle że Sąd ma 7 dni na jej rozpoznanie, a jak wystąpi o zabezpieczenie przez zawieszenie egzekucji to Sąd zgodnie z prawem ma 3 dni na rozpoznanie tego wniosku. Ale czytajmy dalej...

"Pośrednio wprowadzenie trzydniowego terminu celem podjęcia obrony przez posiadacza rachunku bankowego niebędącego jednocześnie dłużnikiem zapobiega prowadzeniu egzekucji np. na podstawie kilku kserokopii tytułów wykonawczych, które wraz wnioskiem o wszczęcie postępowania egzekucyjnego mogą być skierowane do kilku komorników sądowych."

No myślę, że wszyscy, którzy mają choćby podstawową wiedzę o postępowaniu egzekucyjnym widzą, że autor tego stwierdzenia kompletnie nie wie, o czym pisze. Tym, którzy takiej wiedzy nie posiadają spieszę wyjaśnić, że warunkiem prowadzenia egzekucji jest złożenie u komornika oryginału tytułu wykonawczego. Mówi o tym art. 797 tego samego kodeksu postępowania cywilnego, który panowie posłowie próbują tutaj poprawiać.  A  że oryginał tytułu jest tylko jeden, to oczywistym się staje, że panowie posłowie w karkołomny sposób próbują rozwiązać problem, który już dawno został rozwiązany znacznie prościej...  Spuśćmy więc zasłonę milczenia nad tą częścią projektu i idźmy dalej...

"Proponowana w niniejszym projekcie zmiana art. 889 § 1 ust. 1 k.p.c. powoduje konieczność zmiany art. 788 k.p.c. Jeżeli dane w postaci numeru PESEL nie będą zamieszczone w tytule wykonawczym, pożądane jest, aby w każdym przypadku także po wydaniu tytułu wykonawczego to sąd (a nie komornik już po wydaniu tytułu wykonawczego) badał przejście uprawnienia lub obowiązku na inną osobę."

Czytałem ten fragment kilka razy i nadal go nie rozumiem... bo co ma piernik do wiatraka??? Przejście uprawnienia lub obowiązku  o którym mówi artykuł 788 kodeksu postępowania cywilnego ma miejsce na przykład wtedy, gdy osoba, która uzyskała nakaz zapłaty sprzedaje potem ten dług innej osobie, na przykład firmie windykacyjnej, abo gdy nakaz wydano na rzecz spółki, która potem została przejęta przez inną spółkę. Co ma do tego PESEL dłużnika? Jak wprowadzenie obowiązku uzyskiwania nowej klauzuli w trakcie postępowania egzekucyjnego ma pomóc uniknąć błędów w identyfikacji dłużnika? W czym ma się przejawiać wyższość sprawdzania odpisu z KRS z adnotacją o połączeniu spółek przez sędziego nad sprawdzeniem tego samego odpisu z KRS przez komornika? Nic z tego nie rozumiem... i autorzy chyba też nie...

No cóż... na koniec pozostaje mi się przychylić do stanowiska Sądu Najwyższego wyrażonego w opinii do innego, równie "sensownego" projektu nowelizacji tegoż samego kodeksu.

"Ustawa ta, mimo nadanego jej statusu kodeksu, należy do najczęściej nowelizowanych w polskim porządku prawnym, co stwarza daleko idące problemy w zakresie przejrzystości i spójności jej unormowań, a także stosowania jej przepisów w aspekcie temporalnym. W związku z tym, w toku dalszych prac legislacyjnych uwzględnienia wymaga postulat dokonywania zmian Kodeksu postępowania cywilnego w drodze kompleksowych aktów prawnych, wchodzących w życie nie częściej niż raz do roku, z zastrzeżeniem zmian wynikających z realizacji wyroków Trybunału Konstytucyjnego."

piątek, 1 lutego 2013

Słowniczek sądowy



Dotarły do mnie wiadomymi kanałami informacje, iż niektóre słowa używane w sądach, oraz wypowiedziach osób w kręgach sądowych się obracających, są niezrozumiałe dla osób nie związanych bliżej z branżą... A już całkowicie przekonałem się o tym, gdy natrafiłem w sieci na następujące pytanie:  

„Pomocy! W aktach przeczytałem, że moją sprawę skierowano do decernatu. Czym to mi grozi, i jak mam się przed tym bronić?” 

Rozbawiło mnie to... ale z drugiej strony skąd ten człowiek miał wiedzieć co to jest ów „decernat” skoro ja całkiem niedawno się o tym dowiedziałem... Zresztą z pytaniami i prośbami o wyjaśnienie spotykam się praktycznie od samego początku... więc może pora, by zebrać wszystkie odpowiedzi w jednym miejscu. 

a/a – powszechnie używany skrót wyrażenia „ad acta” czyli „do akt”. Umieszczony na piśmie przedstawionym do decyzji sędziego oznacza polecenie dla sekretariatu, by dane pismo załączono do akt sprawy.  

Awizo – przesyłka zwrócona przez pocztę jako nie odebrana przez adresata pomimo dwukrotnego pozostawienia w jego skrzynce zawiadomienia. Taka przesyłka może być przez sąd uznana za doręczoną. 

Decernat – używane w niektórych sądach (głównie w Wielkopolsce) słowo oznaczające ->referat 

Dwójka – używane w części sądów określenie oznaczające sekretarza sądowego, którego zadaniem jest wykonywanie zarządzeń we wszystkich sprawach należących do ->referatu konkretnego sędziego (dwójka sędziego X). 

Odpis – 1. drugi egzemplarz pisma, o takiej samej treści, kopia. Każde pismo składane do sądu musi zostać złożone w tylu egzemplarzach, aby po doręczeniu ich pozostałym ->stronom pozostał jeszcze jeden egzemplarz dla sądu. 2. Kopia orzeczenia wydanego przez sąd, opatrzona pieczęcią sądu. 

Pozew – pierwsze pismo w sprawie zawierające określenie kto, od kogo, czego i dlaczego żąda. Musi on zostać napisany w sposób zgodny z odpowiednimi przepisami prawa, podpisany i zwykle należy od niego uiścić odpowiednią opłatę. 

Referat – zbiór spraw przydzielonych sędziemu do rozpoznania. Obejmuje wszystkie sprawy, w których ten sędzia został wyznaczony ->referentem, a więc ma za zadanie je rozstrzygnąć wydając orzeczenie. Zobacz także ->decernat 

Referent – sędzia, któremu powierzono do rozpoznania daną sprawę, ten który ma ją ostatecznie rozstrzygnąć. Co do zasady tylko on ma prawo podejmowania decyzji w tej sprawie. Sprawy przydzielone temu samemu referentowi tworzą jego ->referat. 

Repertorium – księga (obecnie coraz częściej prowadzona tylko jako elektroniczna baza danych) w której zapisywane są sprawy rozpoznawane przez sąd. W repertorium zapisuje się pomiędzy kim a kim jest sprawa, o co jest sprawa, oraz jak się ona zakończyła. W każdym wydziale sądu jest kilka różnych repertoriów, przeznaczonych dla różnych rodzajów spraw i oznaczonych różnymi symbolami literowymi. Kolejna pozycja, pod którą zapisano sprawę w repertorium jest elementem ->sygnatury akt.  

Sesja – 1. prowadzenie rozpraw w wyznaczonym dniu (mieć sesję w poniedziałek). 2. Zbiór spraw rozpoznawanych w danym dniu (trudna sesja) 3. Zbiór akt spraw, które mają być rozpoznane w danym dniu (przynieść poniedziałkową sesję).  

Strona – osoba tocząca spór rozstrzygany przez sąd. Każdy spór ma co najmniej dwie strony: powoda, czyli tego kto wniósł do sądu ->pozew żądając czegoś, oraz pozwanego, czyli tego od kogo powód tego żąda.  

Sygnatura akt – Numer (symbol) pod którym sprawa została zarejestrowana w -repertorium. Symbol ten składa się z cyfry rzymskiej oznaczającej numer wydziału, symbolu literowego oznaczającego właściwe ->repertorium oraz kolejnego numeru, pod którym zapisano sprawę i wpisanych po ukośniku dwóch ostatnich cyfr roku, w którym sprawa została zarejestrowana. Sygnatura akt podawana jest na każdym orzeczeniu sądu (w lewym górnym rogu) oraz na każdym wezwaniu i innym piśmie z sądu. Należy ją także podawać na każdym piśmie kierowanym do sądu w toku postępowania.

Wokanda - 1. Spis spraw rozpoznawanych w danym dniu na ->sesji. Umieszczana jest na drzwiach sali rozpraw, albo wyświetlana na umieszczonych przy nim monitorze. 2. w części sądów określenie oznaczające ->sesję. 

Wywołanie – oficjalne obwieszczenie, że nadszedł czas rozpoznania danej sprawy. Następuje ono przez odczytanie przez protokolanta nazwisk stron z ->wokandy, wraz z wezwaniem ich, by weszli na salę rozpraw.

Zwrotka – zwrotne pokwitowanie odbioru przesyłki przesłanej przez sąd. Adresat, albo osoba odbierająca przesyłkę kwituje odbiór na dołączonym druku, który poczta następnie przesyła sądowi. Na tej podstawie sąd ustala, czy pismo zostało doręczone i kiedy, a więc np. czy minął już termin, w którym adresat mógł się odwołać od decyzji sądu.