niedziela, 7 kwietnia 2013

Warsztat


Pewnego razu w pewnym mieście był sobie warsztat samochodowy. Pracował w nim mechanik, który lubił swoja robotę. Samochody naprawiał dokładnie, fachowo, dbając, by klient był zadowolony z jakości jego pracy. Gdy skończył jeden, brał się za następny i tak interes się kręcił.

Pewnego dnia do warsztatu przyjechał Szef i od drzwi zaczął wyzywać Mechanika od leni i nierobów. Bo klienci zaczęli się skarżyć, że wstawione przez nich do warsztatu samochody przez kilka miesięcy stoją na parkingu zanim w ogóle ktoś się do nich dotknie. A przecież klient ma prawo do naprawy bez nieuzasadnionej zwłoki, bo przecież jemu samochód jest potrzebny, a przez to że nie może go używać to ponosi straty i może żądać odszkodowania. Koniec końców kazał wziąć się mechanikowi do roboty, a nie się obijać, bo lenistwo nie będzie tolerowane.

Mechanik próbował tłumaczyć się, że pracuje tak szybko jak może, że naprawa każdego samochodu wymaga określonej ilości czasu, że ma tylko dwie ręce, a doba tylko 24 godziny, z których co najmniej połowę należy poświęcić na spanie i inne czynności niezbędne do przeżycia. Że jak już samochód trafi na warsztat, to jest naprawiany błyskawicznie i fachowo, ale im więcej samochodów ludzie wstawiają do warsztatu, tym dłuższa się robi kolejka.  I że jakby zatrudniono kolejnego mechanika, albo zrezygnowano z zajmowania się wszystkimi możliwymi rodzajami usterek to tę kolejkę udałoby się zmniejszyć. Szef nie chciał go jednak słuchać, a na odchodnym kazał mu natychmiast zabrać się za naprawę wszystkich tych samochodów, bo żaden nie może sobie ot-tak stać na parkingu. I koniec dyskusji.

Cóż miał zatem nasz Mechanik zrobić? Zakasał rękawy i zabrał się do roboty. Dzień po dniu, tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu krążył po placu między samochodami. Tu odkręcił śrubę, tam spuścił olej, gdzieś indziej jeszcze otworzył maskę, albo zajrzał pod spód, po czym szedł do następnego samochodu. Bo niestety skoro musiał jednocześnie naprawiać wszystkie samochody, to jednemu mógł na raz poświęcić tylko kilka czy kilkanaście minut. Z czego część zajmowało przypomnienie sobie co w nim trzeba naprawić, co zostało zrobione i co jeszcze trzeba robić. Parę razy łapał się na tym, że jakaś czynność, którą "na raty" wykonywał od paru tygodni była tak naprawdę niepotrzebna i samochód można było już dawno temu naprawić, ale trudno. Nie można wszystkiego spamiętać, więc i wpadki muszą się  zdarzać.

Gdy Szef po raz kolejny przyjechał do warsztatu Mechanik miał nadzieję na pochwałę, premię, i uścisk dłoni. Wszak zrobił dokładnie to, co szef kazał. Żaden samochód nie stał bezczynnie, i przy każdym coś było robione. Ale tu czekała go niespodzianka. Szef wydarł się na niego jeszcze bardziej, że partaczy i leserów tolerować nie będzie, bo co to ma znaczyć że samochód wstawiony na prostą wymianę klocków tkwi w warsztacie przez pół roku. Że klienci się skarżą, że samochody miesiącami stoją rozbabrane, czekając nie wiadomo na co, a mechanik to ewidentnie nie wie, co robi, a w rozmowie sprawia wrażenie, jakby w ogóle nie wiedział, co z samochodem trzeba zrobić i nie miał żadnego planu naprawy. Mechanik próbował się tłumaczyć, że zgodnie z życzeniem Szefa zajmuje się wszystkimi samochodami na raz, że ledwo nadąża, że ciężko jest spamiętać tyle usterek, ale Szef odpowiedział, że nie interesują go narzekania tylko wyniki. Samochody mają być naprawione, średni czas naprawy skrócony o 1/3  Koniec. Odmaszerować.

Mechanik wrócił więc do warsztatu, i zabrał się do roboty. Część samochodów odesłał, by właściciele je umyli, albo dowieźli jeszcze jakieś dokumenty, w nadziei, że prędko nie wrócą. Resztę podzielił na takie, które można szybko naprawić i zgłosić jako naprawione oraz takie, nad którymi trzeba dłużej popracować. Jedne naprawiał szybko, a drugie odstawił w boczny kąt placu, i tylko co jakiś czas przy nich coś dłubał, żeby szef się nie czepiał, że nic przy nich nie jest robione. I interes się kręcił. Dopóki szef nie wpadł do warsztatu, i nie wywrzeszczał, że w jego firmie każdy klient jest ważny i nie będzie tolerował żadnego faworyzowania prostych napraw. A te wszystkie samochody które stoją w warsztacie najdłużej mają być naprawione w do końca roku, albo nogi i łby pourywa. I nie chce nic słyszeć o jakichś trudnych do dostania częściach, problemach ze specjalistami i trudnościach w dogadaniu się z klientem. Ma być zrobione i już, bo taki jest plan...


I tak  kończy się historia tego warsztatu i tego Mechanika... Jakiekolwiek podobieństwo jest całkowicie przypadkowe.

57 komentarzy:

  1. Polska służba zdrowia... Tylko zamiast wszystkich na raz naprawiać to przykręca się śrubkę i następny. Na więcej nie ma czasu. Coraz więcej papierów a coraz mniej lekarza na 1000 mieszkańców (prawie najmniej w eurolandzie)

    OdpowiedzUsuń
  2. To powinno pójść na 1 prawną stronę Rzepy :-)))

    OdpowiedzUsuń
  3. proponuje wysłać bezpośrednio do Wielkiego Reformatora... może coś zabłyśnie ?

    OdpowiedzUsuń
  4. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego komukolwiek miałoby to cokolwiek przypominać.
    :-))

    OdpowiedzUsuń
  5. Powiastka filozoficzna w sam raz dla Naczelnego Filozofa.

    OdpowiedzUsuń
  6. Zabawne. Tylko, że w przeliczeniu na jednego mechanika przypada mniejsza ilość podsiadaczy samochodów niż w innych krajach europejskich.
    A tam o dziwo! Kolejki krótsze niż u nas.
    Ale to wszystko przez tego złego Szefa!
    Mechanicy przecież tylko śpią i pracują.
    I na wakacje nad rafę koralową nie mają czasu pojechać.
    Nawet urlopów chyba nie mają.
    Cóż zrobić?
    Ukrzyżować Szefa?!
    PS. A o zbrodnie zakrawa fakt, że nie mają czasu, by na tem temat pisać swoje fraszki-igraszki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nie udała ci sie ta prowokacja

      a poza tym przeczytaj sobie tu:

      http://prawo.money.pl/aktualnosci/wiadomosci/artykul/pierwszy;ranking;wymiarow;sprawiedliwosci;w;krajach;ue,136,0,1277576.html

      "Polska znalazła się na piątym miejscu (za Litwą, Czechami, Austrią i Węgrami), jeśli chodzi o czas rozwiązywania procesowych spraw cywilnych i handlowych w pierwszej instancji. Zajmuje to niespełna 200 dni, podczas gdy na Malcie - ponad 800, a na Cyprze i we Włoszech - 500."

      "Na 100 tys. mieszkańców Polski przypada ponad 30 sędziów, podczas gdy w pierwszej w tym zestawieniu Słowenii jest to około 70, a w Czechach - ok. 50."

      Tyle mówi raport Komisji Europejskiej. Skomentujesz to jakoś?

      Usuń
    2. Dodajmy fakt, że np. w Anglii i Walii mają 30-tysięczną rzeszę sędziów pokoju (nie wiem ilu jest w Szkocji, ale tam też są), co zmienia "trochę" proporcje, bo w UK mieszka jedynie ok. 65% więcej ludzi, niż w Polsce.

      Usuń
    3. To, ilu tam mają sędziów pokoju, czy innych to nie tak istotne...Przede wszystkim bowiem to
      1/ tam się nie leci tak z mety i ze wszystkim wprost do sądu, ale idzie się w pierwszym rzędzie do solicitora.... (prawo ubogich działa już na tym przedsądowym etapie!)
      2/Solicitor naprawdę zrobi wszystko to, co trzeba, żeby było jasne, czy klient rzeczywiście miałby konkretne roszczenie, czy tylko mu się wydaje, i -co tez istotne - czy istnieją niezbędne dowody owo roszczenie potwierdzające co do zasady i wysokości.A jak wychodzi mu, że tak co do pierwszego i drugiego, to też jeszcze nie wnosi sprawy do sądu, lecz stara się ją najpierw załatwić ze stroną przeciwną polubownie. Tam jest toskuteczne w bardzo dużej części z wszystkich spraw, nie tylko dlatego, że to o wiele tańsze od procesu sadowego, ale również dlatego, że polubowne załatwienie sprawy uważane jest powszechnie za rozsądne, a nie za powodujące utratę twarzy wyjście. Do sądów zatem w rezultacie trafia tylko ułamek z tych wszystkich spraw spornych, jakie u nas zapychają sądy ...Po drugie sprawa, która jednak trafia do sądu, to już przygotowana do rozstrzygnięcia przez sąd, bo tam w sądach strony raczej nie urządzają takich jak u nas cyrków w sądach, wynikających ze świadomości prawnej na poziomie no może nie aż zera Kelvina, ale tak ca -30 Celsjusza (przykładem choćby opisywana przez Falka dama w sprawie spadkowej,która to sprawę po jej przygotowaniu jak należy przed wniesieniem wniosku mogla była załatwić na jednym terminie, oczywiście gdyby była zwrotka od uczestnika...)A u nas aż nazbyt często nie ma sposobu i ludzkiej siły, aby dotarło do strony, że np. ustawa określa sposób obliczania terminów, stąd też ten właśnie sposób jest wiążący i dla sądu i dla niej, a nie jej widzimiś na ten temat, zatem jeśli nie zrobiła czegoś w terminie ustawowym, a zwłaszcza nie wniosła środka odwoławczego , przy czym nie było to spowodowane jakimiś stotnymi przeszkodami, to już zwykle nic się nie nie da zrobić czyli ze jej dalsze dzialania są już bezcelowe, bo nie dadzą takiego rezultatu, jakiego by chciała... Zaczyna się zatem ten też opisywany przez Falka potop bezsensownych odwołań, zażaleń i skarg itd. Przy czym co ciekawsze zarówno poziom świadomości prawnej jak i taka nieprzemakalność na informacje niezgodne z życzeniowym myśleniem zainteresowanego nijak nie zależy od jego formalnie uzyskanego wykształcenia...
      I jeszcze last but not least :
      a/ tam sady już dawno mają wyposażenie techniczne, o jakim nasi mogą pomarzyć, bo owszem rozprawy sa i nagrywane, ale i protokolant robi na maszynce coś jak stenogram, który się zapisuje już jako normalny tekst i kopię pisemną mogę dostać niemal od ręki...
      b/sędzia tam ma m.in. swojego clerka (acz nie tylko) zatem nie musi i nawet mu do glowy nie przyjdzie, że mialby robić tyle czysto biurowo-urzędniczych czynnoscico nasi, bo tam od tego jest clerk i to nie sam, lecz z personelem pomocniczym! Sędzia ma zatem czas, żeby czytać co trzeba, acz i research tego wszystkiego, co potrzebuje doczytać do danej sprawy mu zrobią i przyniosą na biurko inni, myśleć na sprawą i robić to wszystko co się nazywa SĄDZIĆ!
      Te porównania zatem liczby sędziow u nas i gdzie indziej tylko do liczby ludnosci, w ktorych tak lubuje się MS,są zatem z gatunku trzeciego rodzaju prawdy, o jakim pisal Tischner...


      Usuń
  7. Choć mechanik był tak bardzo zapracowany, odnajdywał czas, by poświęcić się refleksji filozoficznej i spisać swą historię w pięknym stylu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jasne psychologu. Mechanik nie powinien nic pisać, czytać, mieć hobby, życia rodzinnego, towarzyskiego....tylko naprawiać, naprawiać, naprawiać ;)

      Usuń
    2. a psychologikaprawnika jest tak bardzo zapracowana, że ma czas na tak egzotyczne hobby jak komentowanie tekstów, które uważa za słabe.
      chyba, że jej praca to komentowanie. jeśli tak to przepraszam.

      Usuń
    3. Nie uważam tekstu za słaby, wręcz przeciwnie - bardzo mi się podoba. Owszem, ja mam czas na przyjemności i nie dziwię się, że inni też go chcą mieć. I po co te nerwy?

      Usuń
  8. Był też człowiek, który od zawsze marzył, aby zostać mechanikiem. Kilkukrotnie chodził z podaniami do rady złożonej z ważnych mechaników, prosząc, aby pozwolili mu prowadzić swój warsztat. Pomimo, iż fach swój znał świetnie, bo pomagając przez wiele wiosen innym mechanikom, widział, że z reguły naprawia samochody sprawniej od nich, każdorazowo spotykał się z odmową. Zdziwiony był tym bardziej, iż zgodnie z regulaminem zakładu winien był jako pomagier podawać klucz szefowi lub co najwyżej samodzielnie pasek klinowy wymienić, w rzeczywistości przyszło mu silniki na czynniki pierwsze rozkładać. Zakasywał jednak rękawy jeszcze bardziej i w praktyce swej doskonalił się, ponieważ wierzył, że otwarcie warsztatu zależy od odpowiedniego poziomu kwalifikacji, której on najwyraźniej nie osiągnął. Frustracja jego jednak rosła, dlatego, że ci którzy w końcu mechanikami zostawali, wcale większymi specami nie byli, a tylko zwani byli tak samo jako ci, którzy wcześniej już warsztat swój mieli.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "widział, że z reguły naprawia samochody sprawniej od nich"

      i za tę pychę został ukarany

      Usuń
    2. Najwyraźniej chodził do rady mechaników lotniczych.

      Usuń
    3. ale też ładnie napisane

      Usuń
  9. "i za tę pychę został ukarany"

    Ponieważ niemożliwym w przyrodzie jest, aby pomagier, który egzamin czeladniczy zdał w stopniu bardzo dobrym po kilku latach praktyki mógł wykonywać zawód mechanika lepiej niż jego majster.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pomagierzy nie wykonują zawodu mechanika. Niektórym się natomiast tak wydaje, a frustrację wynikającą z tego, że nie traktuje się ich podług ich własnego mniemania o sobie wylewają potem w internecie. Zwykle w komentarzach do artykułów na zupełnie inny temat.

      Usuń
    2. A niektórzy mechanicy naprawiają samochody tak, że pożal się boże, chociaż mają niezwykle wysokie mniemanie o sobie. Wówczas lepiej porozmawiać z ogarniętym pomagierem. Pozdrawiam. Mechanik.

      Usuń
    3. Khem... czy możemy wrócić do tematu... Nie chcę tu kolejnego flejma o nepotyźmie i niedocenianych asystentach.

      Usuń
    4. Przepraszam za wtręt nie na temat, ponieważ pierwszy zacząłem. Dodam tylko, że wiem co to pokora, rozumów nie pozjadałem, a do wszystkich mechaników, którzy byli lub są moimi przełożonymi szacunek żywię, dlatego że całą wiedzę, którą posiadam, od nich nabyłem. Nie zwalnia mnie to jednak z obserwowania rzeczywistości i wyciągania wniosków, że część z nich jest nadal dla mnie wzorem, a część już nie. Nie uważam tego za karygodną pychę.

      Usuń
  10. Skoro tak narzeka ten mechanik to czemu nie odejdzie z tej pracy. Mógłby bez problemu zająć się np. dowozem części zamiennych do zakładów mechanicznych. Byłby na swoim, negocjowałby stawki z producentami części, musiałby zadbać o odpowiednią liczbę dostawców. Gdyby poszedł na swoje nie miałby szefa wiecznie narzekającego, byłby sobie panem.
    Ale... nie miałby co miesiąc stałej i niemałej pensji. A i co to za szef co tylko narzeka, ale zwolnić ni jak nie może i zatrudnić lepszego mechanika.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czy naprawdę nikt nie zrozumiał, o czym jest ten wpis?

      Usuń
    2. Falken,
      Ci, którzy zrozumieli nie komentują - bo co tu pisać?

      Usuń
    3. Zrozumiałam, komentuję, można?:P
      Znam takiego mechanika (a nawet kilku) - pod nosem strasznie klnie na swoich kolegów mechaników z innych warsztatów, którzy zaraz po uzyskaniu dyplomów czeladników uznali za najbardziej opłacalną ostatnią z opisanych w poście taktyk. Ci inni strasznie psują mu opinię (szkoda tylko, że wobec rejonizacji nie odbierają klientów), a co więcej - jest ich na tyle dużo, że on sam czasem zastanawia się, czy może to oni nie mają racji. Bo przecież rację ma ogół, a nie margines...

      Usuń
  11. Tekst jak zwykle przedni.
    Zastanawia mnie tylko dlaczego "mechanik" raz pisany jest wielką, a raz małą literą? Czyżby jakiś zabieg literacki?

    OdpowiedzUsuń
  12. A może tych mechaników potrzeba więcej? Często nazywają się mechanikami a naprawą samochodów już dawno się nie zajmują bo w ministerstwie siedzą albo jakieś funkcje mają, które naprawiać im aut nie pozwalają ??

    OdpowiedzUsuń
  13. Falki, co tu pisać..sama prawda..świetnie ubrana w barwną opowiastkę :)) pozdrawiam. Katelra

    OdpowiedzUsuń
  14. Świetnie napisane, filozoficznie i zgodnie z trendem naczelnego szefa i ... tylko nie nabierz więcej nawyków od naszego naczelnego bo naczelnym mechanikiem nazwać go nie można ;-) miły przerywnik w tworzeniu... dokumentacji opisowej wykonanej naprawy ;-) Pozdrawiam. MG

    OdpowiedzUsuń
  15. Zapomniano tylko dopisać, że Szef, w ramach usprawnienia nadzoru nad Mechanikiem i poprawienia wyników jego pracy polecił mu opisywać co miesiąc co naprawił w każdym samochodzie, który stał w warsztacie dłużej niż 3 miesiące...

    OdpowiedzUsuń
  16. No i zapomniano dodać, że szefem mechanika nie jest mechanik, ale fryzjer, który uważa, że fryzjer jest mądrzejszy od mechanika, któremu może mówić, jak winna wyglądać jego praca....

    OdpowiedzUsuń
  17. Pięknie, Autorze. Trzeba tu jeszcze dodać, że mechanik, zgodnie z tym co mówi Wielki Regulamin Warsztatu, nie powinien mieć żadnego szefa-kierownika, ani dobrego ani złego. I nieważne czy sam byłby on mechanikiem czy fryzjerem. Bo zgodnie z Wielkim Regulaminem, mechanik samodzielnie decyduje o tym jak naprawiać auta. Zamiast szefa-kierownika, potrzebny mu szef-partner, który sam weźmie odpowiedzialność za sprawny workflow.
    Czy o to chodziło? Jeśli tak, to zmierz się teraz, drogi Autorze, z problemem najtrudniejszym - jak tę prawdę przekazać kierowcom? Bo jak idą na skargę do szefa, to efekt jest taki jak opisany w tekście. A jak próbują pogadać z samym mechanikiem, to ten zasłania uszy i wyprasza za drzwi. Zresztą mechaników jest wielu, a szef jeden...

    OdpowiedzUsuń
  18. Bo bez udziału kierowców nic się nie uda zmienić w Warsztacie.

    OdpowiedzUsuń
  19. Że się na wymianę rozrządu czeka pół roku, trudno. Ale dlaczego jak się przyjedzie na wymianę płynu w spryskiwaczu, to trzeba zostawić samochód na kilka tygodni? Czy nie lepiej trochę wydłużyć to, co i tak trwa bardzo długo, aby niektóre sprawy załatwiać na miejscu, od ręki? To raczej uwaga do Głównego Narzędziowego w Warsztacie, niż do jakiegoś konkretnego Mechanika.

    OdpowiedzUsuń

  20. Jednym z problemów warsztatu jest to, że mechanicy muszą się zajmować sprawami, które w ogóle nie powinny trafić do warsztatu. Jak na przykład właśnie uzupełnienie płynu w spryskiwaczu

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no ale szefostwo wszystkich szefów uważa, że takie drobiazgi to powinien lub może robić warśtat a opłata 30 gr za te rzeczy to akurat jest w sam raz.

      Usuń
  21. A może jednak trzeba obrać inną strategię pracy warsztatu i dążyć do tego aby samochody nie pojawiały się tu zbyt często... lepsze samochody ? lepsze drogi ? świadomi kierowcy ?

    OdpowiedzUsuń
  22. a co tam panie w tematach:
    - limuzyny mechaników - szefów mechaników w małych warsztatach, którzy robili tyle samo napraw co inni (prawda, że to nieprawda z tymi limuzynami, a co najwyżej jeden jedynący Polonez gdzieś kole stolycy?)
    - sitwa mechaników i szefów pobliskich sklepów z konfiturami tudzież właścicieli chlewni z korytami
    - likwidacja mniejszych warsztatów i przyłącznie ich do nieco większych warsztatów celem przyspieszenia napraw i obniżenia kosztów

    OdpowiedzUsuń
  23. najlepsza partia - zredukować czas napraw o 1/3 :D

    OdpowiedzUsuń
  24. To ja nieco dziegciu do tej beczki. Zajmuję się aktualnie kontrolowaniem sprawności wykonywanych napraw (Szef zlecił). No i co biorę do ręki dokumentację wykonywanej naprawy, to tak: klient zgłasza, że hamulce nie działają, bo co naciśnie to jedzie dalej. A po roku od wstawienia samchodu do warsztatu okazuje się, że: silnik rogrzebany, lakier na prawy błotnik tryśnięty (biały), na dach (zielony), tapicerka wymieniona (ze skóry na zwykłą tkaninkę), no i akumaltor się zgubił. A hamulce spyta ktoś? Jak nie działały, tak nie działają. No to pytam grzecznie mechanika: na jak to tak? Na co mechanik wyjaśnia, że przecież on tylko w interesie klienta działa, musi mu samochód w stanie perfekcyjnym oddać, nie mógł patrzeć na ten błotnik brzydki. Z tym dachem to faktycznie nie ten kolor lakieru. To pomagier zawalił. Ale to się przemaluje. O tapicerce nic nie wie, bo to poprzedni mechanik, który samochodem się zajmował tak wymyślił. W sprawie zgubionego akumaltora toczy się jakieś postępowanie. W najgorszym razie zamontuje się inny. A hamulcami się zajmie jak części dowiozą. Tyle, że jeszcze ich nie zamówił, bo warsztat kasy na nie ma. Przynajmniej tak kierownik mówił. To w międzyczasie silnik rozgrzebał, bo coś pukało. A poza tym on jest świetnym meachanikiem i nie wie, dlaczego się go czepiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zapomniałem jeszcze o tym, że mechanik musi koniecznie porozmawiać z całą rodziną kierowcy o tym, jak te hamulce nie działały. Co się działo w czasie hamowania, jakie były odgłosy itp. To może przecież rzutować na zakres i sposób naprawy. A że rodzina liczna, to i rozmowy długo trwać muszą. Zwłaszcza, że szwagier właściciela w USA mieszka i kontakt z nim łatwy nie jest. A przecież szwagier słyszał, że coś tam chrzęściło lub zgrzypiało, jak jechał tym samochodem 3 lata temu na pogrzeb wujka Heńka. Zatem koniecznie trzeba ze szwagrem porozmawiać.

      Usuń
    2. Tak się dzieje jak Pan Marcin pisze w niektórych wypadkach dlatego, że kędyś Wysoki Trybunał d/s Zasad Mechaniki Samochodowej uznał, że zawód mechanika jest w istocie najwyższą godnością jaką można osiągnąć w świecie tejże mechaniki. Czynności mechanika nie wolno więc pełnić czeladnikom terminującym na pierwszej linii warsztatu przez 2-3 lata aby uzyskać stopień mistrza-mechanika. W efekcie jednak wyeliminowania czeladników, od razu na mechaników zaczęto powoływać bardzo zdolnych ludzi, którzy jednakże przed powołaniem nie naprawili w swym życiu ani jednego samochodu i często - będąc formalnie mistrzami mechaniki - zawodu tego dopiero się uczą. Choć uczciwie przyzanć trzeba, że i tym którzy byli wcześniej czeladnikami błędy się zdarzają ;-)

      Usuń
  25. Skoro już tak wszyscy dorabiają do konwencji, to i ja dorzucę (z wczoraj), jak przyjechałem do warsztatu na kolejny etap naprawy.
    Przede mną w kolejce był smutny pan, któremu poprzednim razem powiedziano, żeby po odbiór przyjechał na 8.30. To i przyjechał, żeby na miejscu zobaczyć, że w rozpisce jest wyznaczony na 8.50. A wezwali go na 9.05.
    A na czas mojej naprawy mechanik zapisał jeszcze 3 inne mówiąc otwarcie "i tak nie przyjadą". Jedni przyjeżdżali i udawali że ich nie było, a inni... czekali (a mechanik skarżył się na ilość napraw).
    To tak sobie tylko, bez wniosków natury ogólnej.

    OdpowiedzUsuń
  26. Najbardziej w tym warsztacie przeraża mnie wszechogarniająca frustracja mechaników. Wchodzę na halę i widzę tego umorusanego, sponiewieranego człowieka, który jeździ starym gratem, spłaca kredyt mieszkaniowy i myśli tylko jak się urwać z warsztatu. Oczywiście winny jest system, szefowie, a najbardziej klienci. Biedny zniewolony mechanik, musi zajmować się naprawianiem cudzego życia. Gdzie by tam chciał przejawiać postawę obywatelską, poszukiwać sprawiedliwości, czy też prawdy. Niewolnik nie myśli w tych kategoriach. Dlatego też nie dość, że naprawa idzie mu jak krew z nosa, to efekty pracy są nie raz takie, że nie wiadomo czy się śmiać czy płakać. Dlatego w Polsce bardziej opłaca się dziś kraść auta niż je naprawiać. Pierwsza Rzeczpospolita wykoleiła się z powodu kryzysu mechaniki. Trzecią niechybnie czeka podobny los.

    OdpowiedzUsuń
  27. Zawodowo dowożę (często holuję nawet totalne złomy) samochody innych osób do warsztatu i wcale nie uważam, że mechanicy mają jakoś szczególnie ciężko.
    Oczywiście lekko nie mają, ale kto dzisiaj (poza wielkimi firmami serwisantów samochodów) ma lekko? Cała branża motoryzacyjna stoi na krawędzi, co gorsza tysiące nowych adeptów na szoferów dowożących wozy do warsztatu czeka na szoferską czapkę z niebieskim lub zielonnym otokiem. Nie wiedzą (albo wciąż się łudzą), że rynek szoferów jest coraz trudniejszy i bardziej bezwzględny.
    Nie pamiętają o tym także mechanicy tak narzekajacy na swój lok. Zawsze mechanik może pójść w szofery, w drugą stronę tak łatwo nie jest...

    Prawdą jest natomiast, że system warsztatowania jest niewydolny. Tak samo jak system szkolenia zarówno szoferów, jak i mechaników.
    Kierownik mechaników, otoczony mechanikami w garniturach, którzy dawno smaru nie wąchali, nie ma zielonego pojęcia o swoim warsztacie. Nie pomaga mu też rada nadzorcza, która pod wpływem niezadowolonych klientów wciąż zmienia bezrefleksyjnie instukcje i procedury naprawy.

    I na koniec. Jako szoferowi nie podoba mi się przymus dowożenia zdezelowanych samochodów, często bez kół, silnika, z przeżartą karoserią, za co dostaję 60 zł, które nie starcza na paliwo i lawetę.
    Szczególnie, że potem klienci wnoszą na mój dowóz skargi do Okręgowej Izby Szoferów, oczekując ode mmnie, że warsztat wymieni ich zdezelowanego poloneza na najnowszego mercedesa...

    OdpowiedzUsuń
  28. Nic się nie zmieni, bo aut przybywa, zaś zarówno mechanicy jak i szoferzy patrzą na siebie nieufnie, mają do siebie pretensje za jakość pracy - a to nie dowiezione jak należy, a to nie naprawione, co trzeba i tak w kółko. Za to klient kompletnie się na tym nie rozumie, ale też często jest winien temu, że ledwo dojechał do szofera, bo myślał, że przecież tak się jeszcze pojeździć da samemu. No cóż, wszystko psieje. Dodatkowo auta się psują też szefom mechaników i szoferów, ale im jakoś lepiej się dowozi i naprawia, więc nie patrzą na system, ale na kawałek swojej roboty, na której czasem się już nie znają, a że są szefami, to myślą, że jest dokładnie inaczej. Wszystko psieje i tyle :)

    OdpowiedzUsuń
  29. Byłem mechanikiem przez dziesięć lat, naprawiałem, trochę tu, trochę tam, głównie w warsztacie, gdzie samochody były kradzione. Pracowałem dzielnie od poniedziałku do piątku, a w soboty i w niedziele zajmowałem się opisywaniem części do skradzionych samochodów i wyjaśnianiem Szefowi, dlaczego gaźnik nie jest akumulatorem. Dwa lata temu powiedziałem dość. Zostałem pośrednikiem w nieruchomościach, pieniądze całkiem inne i nie trzeba w niedzielę opisywać skradzionych błotników. Polecam wszystkim sfrustrowanym mechanikom.

    OdpowiedzUsuń
  30. Ależ Falky, wypisujesz bzdury.

    Jak uważasz, że tak ciężko się pracuje w sądzie to idź do adwokatury. Najlepiej do dużej kancelarii, gdzie zarobisz więcej niż jako sędzia (bo w małej, wbrew temu co się sędziom wydaje, pracując więcej niż sędzia zarobisz sporo mniej). Jak sobie w takiej kancelarii pozapie*dalasz (bo tego się inaczej nie da nazwać, to już nie jest praca) to się przekonasz jaki lajcik masz w sądzie.

    Sędziom wydaje się, że mają od metra pracy. Prawda jest taka, że jesteście zdezorganizowani i nieefektywni. Znam jednego sędziego: przychodzi do pracy po 7, wychodzi po 15. I tak codziennie, nawet jak nie ma wokandy. Akt do domu nie nosi, referat ma czysty, uzasadnienie potrafi oddać nawet dwa dni po doręczeniu. Jak robi za przewodniczącego to potrafi sobie dołożyć do wokandy kilkanaście spraw, które trzeba rozpoznać poza kolejnością. A na pierwszy termin wzywa wszyściutkich znanych świadków.

    Znam też wielu sędziów, którzy mają problemy z dojechaniem do sądu na 9, nawet kiedy rozpoczynają wokandę o 8.30. Non stop mają zaległości, choć jak już się zjawią w sądzie to zazwyczaj jest bardzo dużo okolicznych sklepów do obskoczenia, dzieci do odebrania i tematów do obgadania z innymi sędziami.

    Obserwowałem sobie to "od środka" przez wiele lat. I prawda jest taka, że sędziowie to wiedzą - dlatego nie ma masowych odejść do adwokatury. Przecież wszyscy wiecie, że takich pieniędzy za demonstrowanie gotowości do pracy nigdzie nie dostaniecie.

    BTW jakoś dziwne, że po wprowadzeniu asystentów sędziów, efektywność sędziów nie wzrosła ;) Czyżby po prostu przerzucali robotę i sami robili sobie więcej wolnego, na które przecież jako jedyni w kraju zasługują? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gratulacje. A teraz biegnij do kasy ministerstwa po wynagrodzenie za te propagandę

      Usuń
    2. niestety taka jest prawda, i każdy kto kiedykolwiek pracował z sędziami jako asystent i mógł poobserwować sobie ich "pracę" na co dzień to potwierdzi. Ja bym poszła dalej nawet, w sądzie państwo sędziowie w dużym stopniu oparli swój błogostan na asystentach - wystarczy zwalić swoją pracę na kogoś innego i już ma się czas na fryzjera, sklepy czy plotki z koleżankami.

      Usuń
    3. Pogratulować słodkiej pracy w jakimś cichym i zapomnianym przez strony sądzie.
      W większości sądów wygląda to inaczej, ale trzeba byłoby tam kiedyś dotrzeć.

      Usuń
    4. bartoszcze, ależ w jakim cichym i małym? Ja mam właśnie dokładnie takie doświadczenia z całkiem dużego, ulokowanego w mieście wojewódzkim.

      Przykład z tego tygodnia: dzwonię do takiego dużego sądu rejonowego w innym mieście wojewódzkim z zapytaniem, czy sąd był uprzejmy zauważyć złożone przeze mnie pismo i czy może się jakoś odniósł. Okazuje się, że nie, akta oddał, żadnych zarządzeń co do pisma nie ma i mam zadzwonić następnego dnia, bo już wyszedł i będzie dopiero jutro.

      Patrzę na zegarek. Jest godzina 12.30.

      To gdzie ta propaganda ministerialna? :)

      Jak to jest, że w tej samej sprawie sędzia może mieć przedłużany do woli termin na sporządzenie uzasadnienia, za to adwokat zawsze ma 14 dni od doręczenia (nawet jak sprawa ma kilkanaście tomów) i jakoś się cholera zawsze wyrabia? I co gorsza - skutecznie, bo wyrok mu uchylają lub zmieniają zgodnie z żądaniem?

      Usuń
  31. Myślę, że prawda oczywiście leży po środku. Trzeba oddać sprawiedliwość tym, którzy chcieliby pracować więcej, ale albo nie mają sali do orzekania albo nie mają lexa do zaglądnięcia albo zwyczajne okoliczności dnia codziennego zrywają im plan.
    Nie wolno jednak też zmilczeć tych sędziów, którzy nie pracują solidnie, spóźniają się, mają swobodny stosunek do terminów i obowiązków. Ci ostatni mocno rzutują na naszą opinię o wymiarze sprawiedliwości, bo ich brakoróbstwo dobrze widać, szczególnie przez kogoś, kto się na tym zna.
    Co do pieniędzy - cóż. Każdy z nas uważa, że zarabia za mało. Jednak co etat sędziowski i idące za tym przywileje, to jednak etat. Oczywiście lepiej jest należeć do systemu sądownictwa administracyjnego niż sądów powszechnych, ale to jednak większa stabilność i brak obciążeń dla kieszeni, które nie są związane z wpływem.
    Adwokat czy radca jednak pracuje w troszkę innym systemie i o ile nie jest zatrudniony, musi dbać o swoją buchalterię czy klient do niego wpłynie czy nie. Zus trzeba płacić - upraszczając stwierdzę. Nadto koszty prowadzenia sprawy również często trzeba wyłożyć na czas, nie zawsze da się od klienta wziąć całą kasę od razu. Coraz modniejsza jest success fee, a także ratalne płatności. No i coraz częstsi są klienci niepłacący.
    Myślę, że ci, którzy by się chcieli zamienić, mogą zrobić to, ale pozostali siedząc w swoim miejscu i wyrzekając na innych nie powinni być tacy kategoryczni.

    OdpowiedzUsuń
  32. "doba tylko 24 godziny, z których co najmniej połowę należy poświęcić na spanie" - zazdroszczę tym, którzy mają czas aby spać co najmniej (!) 12 godzin, mi musi wystarczyć jedynie 4-5 na dobę... nie wiedziałem, że sędziowie mają tak dobrze, i jeszcze narzekają...

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.