środa, 25 lutego 2015

Wielki Brat patrzy


W mediach wybuchła afera. No, może za dużo powiedziane że afera, raczej kontrowersja związana z treścią ustawy nowelizującej prawo o ustroju sądów powszechnych. Nie dotyczyła ona jednak ani przyznania ministrowi prawa wnoszenia kasacji, ani pozbawienia sędziów sądów rejonowych zwrotu kosztu dojazdów, ani ograniczenia reprezentacji sądów rejonowych w zgromadzeniach, ani nawet przyznania ministrowi pełnej władzy nad szkoleniem kandydatów na sędziów. To dziennikarzy nie zainteresowało. Zauważyli natomiast to, że nowe rozwiązania ustawowe dają ministrowi możliwość szukania w aktach sądowych "haków" na przeciwników politycznych, i inne elementy niepożądane. 

Ministerstwo oczywiście zaprzeczyło stwierdzając że to jest nieprawda, bo minister tylko będzie badał sprawność postępowań, a tak w ogóle to orzeczenia będą anonimizowane. Warto może więc spojrzeć do rzeczonej ustawy, która - czego nie zauważył pewien opozycyjny polityk komentujący sprawę - jest już uchwalona i czeka na podpis prezydenta. Do ustawy z dnia 20 lutego 2015 r. o zmianie ustawy Prawo o ustroju sądów powszechnych i niektórych innych ustaw. Ustawa ta dodaje cały nowy rozdział poświęcony administrowaniu systemami informatycznymi, a w nim kilka bardzo ciekawych przepisów.

W toku medialnej burzy jaka nastąpiła najwięcej uwagi poświęcono nowemu art. 175a §2 który stanowi:

Minister Sprawiedliwości przetwarza dane stron, pełnomocników uczestników postępowań sądowych i innych osób uczestniczących w postępowaniach sądowych, zawarte w centralnych systemach teleinformatycznych obsługujących postępowanie sądowe lub sądy, na podstawie art. 175d § 1, oraz w rejestrach prowadzonych na podstawie przepisów odrębnych, w czasie niezbędnym do realizacji zadań wymienionych w art. 175d § 1 ustawy.

Prawdę mówiąc nie wiem dlaczego akurat ten artykuł zwrócił taką uwagę, jest on dość mętny, bo tak w zasadzie nie wiadomo co to jest to przetwarzanie. A poza tym skoro chodzi tylko o "dane stron" to nie bardzo z tego wynika na czym miało by polegać naruszanie prawa do prywatności stron i gdzie te "haki". W końcu to, że ktoś był stroną postępowania i jaki adres podał to w zasadzie nie jest jakaś mocno kompromitująca informacja, no chyba żeby chodziło o fakt bycia pozwanym o alimenty albo ustalenie ojcostwa, ale ilu jest takich. Nic więc dziwnego że kontratak ministerstwa skupił się na twierdzeniu że ów dostęp jest mu niezbędny by prawidłowo nadzorować wykonywanie nadzoru (co wolno mu robić) albo też sprawdzać, czy postępowania prowadzone są sprawnie i w razie potrzeby "interweniować" (czego mu robić nie wolno). Generalnie że chodzi o to, że procesy trwają długo, odszkodowania z tego tytułu kosztowały budżet już prawie tyle, ile kiedyś wydał na dofinansowanie koncertu Madonny więc pan minister absolutnie musi mieć środki żeby chronić i bronić obywateli. A że to tłumaczenie nijak ma się do stawianych zarzutów i zagrożeń wynikających z uchwalenia ustawy? Ano trudno, w polityce czasami tak trzeba.

Rzeczywiste źródło problemu znajdziemy kawałek dalej, w Art 175a §5 znowelizowanej ustawy:

"Minister Sprawiedliwości ma dostęp do centralnych baz danych sądów i sądowych systemów teleinformatycznych w zakresie wykonywania zadań określonych w ustawie."

 No już wyraźniej nie można tego napisać. Minister ma dostęp. Do baz danych sądów i sądowych systemów teleinformatycznych. Do wszystkiego co tam jest. Jeżeli uzna, że jest mu to potrzebne "do wykonywania zadań określonych w ustawie", czyli w praktyce kiedy tylko zechce. A te "bazy danych i systemy teleinformatyczne" to coś więcej niż wspominany w komunikacie ministerstwa portal orzeczeń sądów powszechnych, w którym udostępniane są zanonimizowane orzeczenia. Powiedziałbym nawet że jest to coś zupełnie innego, bo centralna baza danych sądu" to nic innego jak elektroniczne repertorium. A w elektronicznym repertorium jest wszystko.

Elektroniczne repertorium prowadzone jest przez sądy (przynajmniej te cywilne) w ramach oprogramowania o nazwie SAWA, znanego tez jako "Currenda" (a niekiedy i K...wenda) od nazwy firmy, która je opracowała i ciągle dostosowuje do potrzeb sądów. W tym systemie jest odnotowane wszystko, co kiedyś odnotowywano w papierowych księgach repertoriów - czyli jakie są sprawy, między kim a kim, o co, kiedy wpłynęły, kiedy zapadł wyrok i jaki, czy był zaskarżony. W systemie odnotowywane są także wszystkie czynności podejmowane w toku postępowania - to kiedy były rozprawy, fakt wydania postanowień wpadkowych i zarządzeń, fakt przekazania akt biegłemu, i kiedy je zwrócił, fakt złożenia pism do akt sprawy i wydania zarządzeń, to kiedy wysłano wezwania i kiedy wróciły zwrotki. Ale nie w tym problem. Problem w tym, że do bazy danych od co najmniej 5 lat, jak nie dłużej, wklejane są obowiązkowo - na polecenie Ministerstwa - elektroniczne wersje wydanych wyroków i postanowień, ich uzasadnienia, a także protokoły rozpraw z zeznaniami świadków. A wkrótce - bo programista już to przewidział - będą tam zamieszczane też po zeskanowaniu wszystkie pisma składane w postępowaniach, czyli w zasadzie całość akt. A do tego wszystkiego będzie miał w zasadzie nieograniczony dostęp Minister Sprawiedliwości. Polityk, realizujący wytyczne swojej partii.

Tenże polityk, i osoby przez niego upoważnione, będą miały więc dostęp do protokołów rozpraw we wszystkich sprawach. Także tych toczących się z wyłączeniem jawności - w sprawach rozwodowych, opiekuńczych, alimentacyjnych, w sprawach gospodarczych, gdzie poruszane są kwestie tajemnic przedsiębiorstwa. Mając centralny dostęp do wszystkich baz (proste do zrobienia dla zdolnego informatyka) wystarczy więc wrzucić poszukiwane nazwisko w wyszukiwarkę i zobaczyć co wyjdzie. Czy to będzie polityczny konkurent, niepokorny dziennikarz czy może natarczywy obywatel związkowiec - jeżeli tylko był w sądzie to wszystko się wyświetli. Czy dotyczące jego czy jego rodziny. Może synek chuliganił i miał sprawę w wydziale rodzinnym? Może była jakaś sprawa o alimenty? A może po prostu został pozwany przez byłego wspólnika który oskarżył go o oszustwo? Człowiek jest, to i hak się znajdzie. 

Owszem można twierdzić, że uczciwi ludzie nie muszą się niczego bać, a wyborcom zależy na tym, żeby kandydaci nie ukrywali wstydliwych faktów ze swego życia. Tyle tylko że to, czy "hak" jest prawdziwy nie ma znaczenia, gdy wypłynie on w czasie kampanii wyborczej czy w innej podobnej sytuacji. Na przykład może okazać się w protokole rozprawy o podział majątku jest zeznanie byłej teściowej że córka jej mówiła, że mąż chodził na dziwki i jednej nawet zostawił obrączkę bo nie miał jak zapłacić. Albo że sąd w uzasadnieniu do sprawy o zakłócanie ciszy nocnej napisał, że sąsiad zeznał, że obwinionego regularnie widywał pijanego. Mały przeciek do prasy i pan kontrkandydat może się z tego tłumaczyć do samych wyborów. A potem  się go przeprosi, jak już się okaże że była małżonka wszystko sobie zmyśliła, a sąsiad też prawdy nie mówił. Wiele razy przecież tak już było. A i niepokornego dziennikarza można postawić do pionu wyciągając z akt postępowania o podział majątku z byłą małżonką coś, co można będzie przedstawić tak, że bynajmniej nie przysłuży się to jego karierze. A wszystko znacznie łatwiej niż dotąd dzięki centralnemu dostępowi do baz danych sądów.

Zwykły obywatel też pewnie będzie szczęśliwy jak będzie wiedział, że ministerialny urzędnik w ramach "prowadzenia analiz mających na celu poprawę sprawności postępowań" będzie mógł sobie poczytać zeznania na jego sprawie rozwodowej albo alimentacyjnej. Ofiary gwałtów ucieszą się pewnie, że ich zeznania składane przed sądem zostaną przeanalizowane przez zespół do spraw poprawy skuteczności ścigania przestępstw przeciwko wolności seksualnej. Strony postępowań o ustalenie ojcostwa będą na pewno zadowolone z tego, że okoliczności poczęcia przedstawione w zeznaniach będą uwzględnione przy planowaniu posunięć legislacyjnych w zakresie ochrony rodziny. Przykłady można mnożyć, bo wszystko można będzie uzasadnić "realizowaniem zadań", każdemu będzie można zajrzeć do sprawy, bez pytania o zgodę. Centralnie zza biurka w ministerstwie. A co z ochroną prywatności? Ano takowej brak. Ale przecież obywatele tego chcą, bo przecież chcą żeby sądy działały sprawnie, co nie?

Na zarzut, że owa nowelizacja ma umożliwić "szukanie haków" pan minister zareagował oburzeniem, że ktoś w ogóle może mu zarzucać takie złe intencje. Tyle tylko, że tutaj nie chodzi o to, w jakim celu wprowadzono to rozwiązanie, ale o to do czego może zostać wykorzystane. A może zostać wykorzystane właśnie do szukania haków i ingerowania w prywatność uczestników postępowań. Być może (a przynajmniej mam taką nadzieję) nie przez obecnego ministra. Może nawet nie przez następnego. Ale kto wie czy potem nie nastanie minister, który z przyznanych mu narzędzi zrobi właśnie taki użytek. Który będzie szukał haków, ewentualnie postawi sobie za punkt honoru żeby wyplenić niemoralność i każe sprawdzić wszystkie sprawy o ustalenie ojcostwa żeby wykryć grzeszników. Absurdalne? Oczywiście, ale pokazuje wyraźnie, że przepisy gwarancyjne, te które mają chronić prawa i wolności obywatelskie należy uchwalać przewidując najgorsze. Najgorsze, to znaczy to, że do władzy dojdzie ktoś, kto tych praw nie będzie szanował więc te przepisy będą jedynym, co będzie go powstrzymywać przed ich naruszaniem. Tego tutaj ewidentnie zabrakło. Pytanie czy ktoś będzie miał wolę to naprawić.
 

piątek, 20 lutego 2015

Najem wielkiej wartości


Załóżmy, że trafiła nam się sprawa o podział majątku po rozwodzie. Załóżmy też, że małżonkowie przez całe małżeństwo dorobili się tylko mieszkania komunalnego i podstawowego jego wyposażenia, które po 20 latach używania w zasadzie nie ma żadnej wartości więc podzielili się nimi zgodnie. Załóżmy więc, że jedynym składnikiem majątku jaki ewentualnie pozostał do podziału to owo mieszkanie, a dokładnie rzecz biorąc prawo najmu lokalu komunalnego. Mieszkanie jest jedno, ich jest dwoje więc jedno w wyniku podziału dostanie mieszkanie, a drugie powinno z tego tytułu dostać spłatę wartości swego udziału w tym mieszkaniu. Pytanie tylko ile miałoby to być. Gdyby to mieszkanie było ich własnością sprawa byłaby prosta - połowa wartości rynkowej, ale to mieszkanie należy do miasta a oni mają tylko prawo najmu, więc trzeba znaleźć jakiś inny miernik wartości. No więc ile może być warte takie prawo najmu?

Sąd Najwyższy wypowiedział się w tej sprawie w uchwale z dnia 24 maja 2002 r. sygn. akt III CZP 28/02, pisząc w jej tezie:

"Wartość prawa najmu lokalu komunalnego, objętego podziałem majątku wspólnego, stanowi różnica między czynszem wolnym a czynszem regulowanym, z uwzględnieniem - w konkretnych okolicznościach sprawy - okresu prawdopodobnego trwania stosunku najmu. "

Z kolei w uzasadnieniu tej uchwały podniesiono, że:

"wartość prawa najmu jest określana przez wartość, jaką dla najemcy przedstawia możliwość korzystania z przedmiotu najmu, a więc że prawo najmu lokalu jest warte tyle, ile dla najemcy warta jest możliwość korzystania z tego lokalu, z uwzględnieniem ograniczeń wynikających zarówno z treści samego stosunku najmu, jak i ze zdarzeń prawnych kreujących ten stosunek prawny. Ponieważ prawo najmu lokalu komunalnego nie jest przeznaczone do obrotu, przy ustalaniu wartości tego prawa nie może być pomocna jego wartość rynkowa, lecz konieczne staje się odwołanie do przeciętnego czynszu rynkowego, który musiałby zapłacić zainteresowany korzystaniem z takiego lokalu mieszkalnego. Czynsz taki, stanowiący ekwiwalent możliwości korzystania z przedmiotu najmu, jest jedynym słusznym miernikiem wartości prawa przysługującego najemcy mieszkalnego lokalu komunalnego. Realną wartość prawa najmu wyraża więc wysokość czynszu rynkowego, będącego ekwiwalentem możliwości korzystania z lokalu.
"

Takie stanowisko, już w aktualnie obowiązującym stanie prawnym, Sąd Najwyższy potwierdził w Uchwale z dnia 9 maja 2008 r. (III CZP 33/08). Orzeczenie to wyznacza także względnie spójną linię orzeczniczą sądów powszechnych. Metoda wyceny wartości prawa najmu jest zatem taka, że ustalamy przez biegłego wysokość czynszu w wypadku wolnorynkowego najmu danego mieszkania, odejmujemy od tego czynsz żądany przez gminę, a różnicę mnożymy przez przewidywany czas dalszego trwania najmu. Pod tym ostatnim pojęciem, skoro umowa jest zawierana na czas nieoznaczony, w zasadzie należałoby rozumieć średni okres przewidywanego dalszego życia osoby otrzymującej prawo najmu, ustalany za pomocą oficjalnej tabeli stosowanej przez ZUS, wszelkie inne okoliczności skutkujące zakończeniem umowy najmu są bowiem niemożliwe do przewidzenia, nie można więc zakładać że nastąpią. Problem w tym, że tak przyjęty okres hipotetycznego dalszego trwania najmu obejmuje zwykle kilkadziesiąt lat przez co może się okazać, że owo prawo najmu warte jest więcej niż prawo własności tego lokalu. 

Żeby nie być gołosłownym rzucę pierwszy z brzegu przykład, wyciągnięty z uzasadnienia do jakiegoś postanowienia. Mieszkanko komunalne, malutkie, 26 metrów kwadratowych z małym kawałkiem. Warte w jego aktualnym stanie pewnie nie więcej niż jakieś  200.000 - 220.000 zł. Czynsz komunalny 180 zł miesięcznie, czynsz wolnorynkowy wyliczony przez biegłego - 1000 zł miesięczne (tanio, bo bez opłat). Według tabeli średniego dalszego trwania życia kobiet ogłoszonej przez Prezesa GUS dla potrzeb obliczania wysokości emerytur pani mająca aktualnie lat 54 winna mieć przed sobą jeszcze jakieś 26 lat życia, a dokładnie 310 miesięcy. Przemnóżmy teraz różnicę czynszu wolnorynkowego i komunalnego (820 zł miesięcznie) przez te 310 miesięcy i otrzymamy 254.200 zł. Tyle zgodnie z metodologią wskazaną przez Sąd Najwyższy wynosi wartość tego prawa najmu, a co za tym idzie drugi małżonków ma prawo żądać dla siebie połowy tej kwoty...

Wydaje mi się, że w tym momencie każdy się zgodzi, że takie rozwiązanie ewidentnie prowadzi do absurdalnego wyniku, prawo o charakterze obligacyjnym okazuje się bowiem warte więcej od prawa rzeczowego. Dodatkowo dokonanie w takiej sytuacji podziału tego prawa, z zasądzeniem połowy jego wartości na rzecz drugiego małżonka jest równoznaczne z postawieniem go w sytuacji bez wyjścia. Gdyby bowiem przedmiotem podziału było prawo własności lokalu, to miałby on możliwość zbycia go lub obciążenia, by uzyskać środki na spłatę. W wypadku prawa najmu takiej możliwości w sposób oczywisty nie ma, jej "korzyści" wynikające z nabycia prawa do niego mają zaś z jednej strony charakter przyszły, z drugiej zaś czysto wirtualny. Nie można bowiem mówić, iż osoba mieszkająca w lokalu komunalnym i płacąca 180 zł czynszu co miesiąc wzbogaca się o 820 zł z racji nie płacenia czynszu w kwocie 1000 zł, bo najprawdopodobniej nie byłoby jej stać na płacenie czynszu w takiej wysokości. Jej jedyną "korzyścią" jest to, że w ogóle ma dach nad głową, bo za te pieniądze na wolnym rynku nie wynajęłaby nawet pokoju.

No cóż, jeżeli jakaś interpretacja przepisu czy pogląd na temat stosowania prawa w jakimś stanie faktycznym prowadzi do absurdu to oczywistym jest, że pogląd ten jest błędny. Przepis powinien bowiem być możliwy do zastosowania w taki sam sposób w każdym stanie faktycznym. Stwierdzeniu że jakieś rozwiązanie jest złe winno jednakże towarzyszyć zaproponowanie czegoś innego, zastanówmy się więc co ewentualnie innego można by z tym fantem zrobić. Opcji mamy zaś kilka:

Po pierwsze możemy uznać, że prawo najmu lokalu komunalnego wchodzi wprawdzie w skład majątku wspólnego, ale jest dobrem nie mającym materialnej wartości, gdyż jest niezbywalne, nieobciążalne, nie przynosi dochodów ani bezpośrednio ani w postaci zmniejszenia regularnych obciążeń. W związku z tym przy dokonywaniu podziału takiego prawa należy przyznać go jednemu z małżonków bez żadnych spłat dla drugiego bo zero podzielone na pół nadal będzie zerem. Proste rozwiązanie, eliminujące cały problem. Tyle tylko, że chyba nie do końca poprawne. No bo jak to tak - mieszkali razem 20 lat, a teraz jednego na bruk bez niczego, a drugi zostanie w mieszkaniu? Do tego przecież - jak zresztą już było wspomniane - możliwość wynajęcia mieszkania za cenę wynajęcia pokoju sama w sobie jest jakąś wartością, ten co tę możliwość traci na rzecz drugiego winien zatem otrzymać jakąś rekompensatę. Może więc koncepcja Sądu Najwyższego co do sposobu wyceny nie jest taka głupia, tylko trzeba ją trochę dopracować?

Drugą opcją jest zatem uznanie że prawo najmu lokalu komunalnego ma jednak wymierną wartość, która w razie podziału majątku winna zostać wyrównana przez dopłaty pieniężne. Wartość ta sprowadza się zaś do różnicy pomiędzy tym ile za takie mieszkanie trzeba by zapłacić na wolnym rynku a tym ile się za nie faktycznie płaci jako za komunalne. Pytanie tylko za jak długi okres ową różnicę trzeba obliczać, skoro przyjęcie przewidywanego okresu życia najemcy (no bo dłużej najem trwać nie może) prowadzi do absurdu? Dziesięć lat, bo na tyle można racjonalnie planować w przyszłość? Chociaż z takim samym uzasadnieniem można przyjąć okres pięciu lat, albo i trzech. Bo w końcu kto planuje z większym wyprzedzeniem. Trzy lata to też termin, na który miasto zawiera umowy najmu na czas oznaczony, więc byłby dodatkowy argument, no ale zawiera je też na rok, więc jest to żaden argument. No chyba że zrezygnujemy w ogóle z argumentowania i ustalimy, że okres za który ustala się spłatę ustala sędzia po uważaniu, no ale to będzie równoznaczne ze stwierdzeniem, że wysokość spłaty zależy od uznania sędziego. To zaś stoi w sprzeczności z samą ideą spłaty jako wyrównania udziałów w majątku po dokonanym podziale, nie zaś odszkodowania za utratę prawa do lokalu. Bo nie może być tak, że jeden sędzia za to samo mieszkanie zasądzi 20.000 zł spłaty, a drugi 200.000 zł, i oba orzeczenia będą zgodne z prawem bo prawo nic na ten temat nie mówi. Czyli to rozwiązanie też nie bardzo jest jak zastosować.

Pozostaje nam zatem trzecia opcja, której przyjęcie eliminuje wszystkie powyżej wymienione problemy. Jeżeli bowiem uznamy, że owo prawo najmu lokalu komunalnego z racji swego szczególnego charakteru przysługuje każdemu z małżonków osobno, i mają oni jedynie prawo do wspólnego korzystania z niego, to takie prawo nie podlegałoby podziałowi. Kwestia zmiany sposobu korzystania z lokalu po rozwodzie rozstrzygana byłaby wówczas na płaszczyźnie gminy, która winna w ramach ciążącego na niej obowiązku zaspokajania potrzeb mieszkaniowych mieszkańców problem ten rozwiązać. To eliminowałoby nie tylko problem z ustaleniem wysokości spłaty, ale i znacznie czasem poważniejsze problemy związane z samym dzieleniem tego prawa, o których dotąd w ogóle nie napisano. A problemy te obejmują na przykład to czy w lokalu ma zostać "on" bo to było mieszkanie jego rodziców i jego dom rodzinny, czy też "ona" bo w nim teraz mieszka, a "on" się wyprowadził. Niby proste, ale co wtedy, gdy "on" twierdzi, że "ona" wyrzuciła go siłą z domu i zmieniła zamki? Albo że wyprowadził się bo miał dość pomówień o znęcanie i wzywania policji jak tylko otworzy puszkę piwa? A co gdy jednemu z nich najem został już wypowiedziany na wniosek drugiego z uwagi na nie zamieszkiwanie? Przykłady można mnożyć. Z drugiej jednak strony pozostawienie byłych małżonków jako współnajemców spowoduje inne problemy, przybierające postać artykułów w "opiniotwórczych" dziennikach o tytułach w stylu "Sąd skazał ją na mieszkanie z oprawcą!" albo "Żona wyrzuciła go z mieszkania, a sąd umywa ręce" - bo znając aktualną sytuację lokalową w gminach szansa na rychłe "rozkwaterowanie" byłych małżonków będzie mikroskopijna. Dodatkowo nie bardzo jest podstawa prawna do traktowania najmu komunalnego jako nie stanowiącego majątku wspólnego - przy najmie lokalu socjalnego można by jeszcze to podpiąć na siłę pod to, że jest to prawo związane ściśle z jedną osobą, ale przy zwykłym komunalnym nie bardzo. Czyli znowu ślepa uliczka.

Czas na konkluzję, bo się rozpisałem więcej niż komuś chciałoby się przeczytać. Otóż konkluzja jest taka że nie wiem co robić w takich sprawach. Standardowe rozwiązanie prowadzi do absurdu, alternatywne jest zaprzeczeniem państwa prawa, a ostateczne nie bardzo da się się uzasadnić w obecnym stanie prawnym. Przydałaby się tu interwencja ustawodawcy, który wyraźnie by wskazał że przyjmuje się wartość za rok, trzy, czy pięć lat, ewentualnie określił jakieś szczególne zasady dzielenia komunalnym najmem. Ale nie spodziewam się, że takie zmiany nastąpią. Sprawa nie jest medialna.