środa, 19 listopada 2014

Szlachetne zdrowie



Rozbolała mnie głowa. Tak solidnie. No cóż, chyba znowu zatoki, taka nurkowa przypadłość, chociaż tutaj chyba bardziej chodziło o szybkie przejście z +30 w Dahabie do +3 w Warszawie w warunkach zapomnienia czapki. Rtęciowy termometr pokazuje ledwo 37,2, znaczy się gorączki nie mam, coś mnie tam plecy bolą ale jakoś jeszcze się ruszam. No nic, bywało gorzej.  Mówić mogę, cośtam jeszcze słyszę, chodzić dam radę, długopis w palcach utrzymam, nadaję się więc do służby. Połknę "przyjaciela nurka" czyli ibuprom zatoki, albo innego gripeksa czy coś takiego i przejdzie. No to raz-dwa, garnitur na plecy i do roboty. Sesja dzisiaj, więc leżenie w łóżku odpada. Zresztą jakby sesji nie było, to też bym nie leżał, bo przecież robota sama się nie zrobi a co tam takie małe przeziębienie przeszkadza.

No i poszedłem i przetrwałem. Tak można w zasadzie określić mój udział kierowniczy w rozprawach wyznaczonych na ten dzień. Przesłuchałem jakiegoś świadka, nawet pytania mu jakieś zadawałem, chociaż nie wiem czy akurat te, co powinienem, bo jakoś tak nie było płaszczyzny porozumienia. Coś tam mi się niby przez watę w głowie przebijało, ale chyba nie wszystko to i nie wiem czy on z sensem mówił czy nie. Całe szczęście miałem dobrego protokolanta piszącego w czasie rzeczywistym to potem sobie przeczytam i pomyślę jak będę miał jaśniejszą głowę. W trakcie ratowałem się kolejnymi tabletkami, nawet jakiś fervex na gorąco wypiłem, zjadłem też cały listek pastylek na gardło bo mnie coś tam zaczynało drapać. Dla bezpieczeństwa starałem się unikać wydawania wyroków, co się dało odroczyłem, co się nie dało odroczyłem wydanie orzeczenia. I jakoś tak zeszło. A potem jeszcze była szafa, ze dwa wózki głupiego roboty i mogłem pójść do domu, zanurzyć się w ciepłą kołderkę z kubkiem gorącej herbaty z cytryną w ręku. Czyli wszystko jak zwykle.

Jak tak leżałem i myślałem to coś mnie tknęło. Który to już raz służyłem w myśl hasła "ibuprofen i do przodu", żeby tylko sesja nie spadła, żeby zaległość się nie zrobiła, żeby termin nie przepadł. Ileż to razy siedziałem na sali nafaszerowany przeciwgrypowcami, zmieniając tylko co jakiś czas ibuprofen na paracetamol żeby nie przekroczyć maksymalnych dawek. Ileż razy próbowałem zachować kamienną twarz gdy przy każdym ruchu głową prąd kopał mnie w rękę, ewentualnie krasnoludki waliły mnie młotkami w kark albo słoń deptał po nodze, w zależności od tego jakie były aktualnie konsekwencje uprawiania zdrowego trybu życia. Pamiętam sesję, na którą poszedłem rano wyczerpany nocnymi modłami do porcelanowej bogini będącymi konsekwencją wizyty w przydrożnym barze, do którego zajechałem wracając znad morza. Nafaszerowany węglem i takimi tam wytrzymałem wtedy prawie cały dzień, w tym przesłuchanie stron w strasznie spornym podziale majątku chociaż - jak mi potem mówiono - wyglądałem jak żywy trup. Zdarzyło mi się też poprosić, ku nieograniczonemu zdziwieniu pana doktora, żeby zwolnienie które mi wypisuje po wykuciu ze szczęki bardzo upartej ósemki było o dwa dni krótsze, bo muszę poprowadzić rozprawę.  Wprawdzie na lekarstwie, które doktor mi zapisał było napisane, żeby po jego zażyciu nie prowadzić pojazdów i nie obsługiwać maszyn w ruchu, ale nie napisano że nie można sądzić. Ale czy to miało sens? Mam bardzo poważne wątpliwości...

Patrząc na całą sprawę tak jakby z zewnątrz oczywiste jest, że takie sądzenie na prochach jest bardzo głupim pomysłem.  Po pierwsze takie "przechodzenie" przeziębienia czy innej choroby, maskowanej tylko różnymi tabletkami to niszczenie własnego zdrowia. Ileż to razy lekarze straszyli, że takie zlekceważone przeziębienie może przejść w coś znacznie gorszego, czego już się nie da wyleczyć aspiryną. Albo że bagatelizowanie objawów może uniemożliwić wczesne wykrycie poważnej choroby. I coś w tym jest bo niedawno dowiedziałem się, że w przypadku jednego z moich kolegów przeziębienie okazało się być gruźlicą, którą zapewne złapał od któregoś ze swoich "klientów". Po drugie takie sądzenie "na siłę" odbywa się też ze szkodą dla prawa stron postępowania do rzetelnego rozpoznania ich sprawy. O jakim rzetelnym i wnikliwym rozpoznaniu sprawy można mówić, gdy sędzia siedzący za stołem jest za nim obecny tylko teoretycznie, ponieważ wszystko słyszy jak przez mgłę, a argumenty padają na miękką watę w jego głowie? Trudno jest też skupić się na sprawie i stanowiskach stron, gdy jednocześnie usiłuje się zignorować przeszywający ból barku, nogi czy co tam się człowiekowi trafiło. O wiele łatwiej przyjmuje się wówczas wszelkie propozycje, które prowadzą do szybkiego zakończenia postępowania, nie ważne jak. Na przykład łatwiej jest odroczyć rozprawę żeby wezwać tych czterech świadków co pełnomocnik ich właśnie zgłosił niż przemyśleć wszystko na poczekaniu i dojść do wniosku, że nie będą potrzebni. Łatwiej też niestety jest popełnić błąd, w tym taki, którego nie da się łatwo naprawić. Pamiętam takie "gorączkowe" wyroki, gdzie dopiero przy pisaniu uzasadnienia zorientowałem się, że coś mi się cyferki nie zgadzają, albo w ogóle wyrok mógłby być w drugą stronę. Między innymi dlatego gdy trafia mi się taka chorobowa sesja staram się nie wyrokować bez ostatecznej potrzeby.

Z czego bierze się takie umiłowanie pracy, które sprawia, że sędziowie są gotowi pracować z narażeniem swego zdrowia? Ano dobre pytanie.  Gdyby zadano mi je znienacka i do kamery pewnie opowiedziałbym coś o poczuciu misji, etosie, trosce o podsądnych, którzy musieli by długo czekać, albo chęci nie obciążania kolegów dodatkowymi obowiązkami. Zresztą jakby tak pomyśleć to może i bym uwierzył w to, że to ja sam czuję wewnętrzną potrzebę poświęcenia się dla dobra innych itd. Wydaje mi się jednak, że nawet jeśli na początku kariery miałem takie przekonania, to dzisiaj jest to raczej wynik nadzorczej tresury. Bo konsekwencje pójścia "na chorobę" są mi aż za dobrze znane i na tyle uciążliwe, że naprawdę wolałbym ich uniknąć. Nieobecność niby jest usprawiedliwiona, ale nic to nie zmienia. Nadal dostaję tyle samo do zrobienia, więc czas nieobecności będę musiał potem nadrobić, pracując dłużej, albo nadganiając w weekendy. Sprawy, których nie skończyłem bo nie byłem na sesji wrócą do mnie, dodając mi roboty, a jak są stare to jeszcze trzeba się będzie tłumaczyć z odroczenia. Spadnie mi załatwialność, wzrośnie zaległość, średni wiek sprawy czy inna tam krotna i dostanę polecenie wyznaczenia dodatkowej sesji, z podtekstem że za mało robię. Dziękuję bardzo, wolę łyknąć parę pigułek i się przemęczyć niż udowadniać potem nadzorczemu poganiaczowi że nie jestem wielbłądem, tłumacząc sobie że to dla dobra społeczeństwa. No cóż, podobno najgorsze niewolnictwo jest wtedy, gdy niewolnik pokocha swoje kajdany.

W normalnym systemie osobom odpowiedzialnym za zapewnienie obywatelom prawa do sądu zależałoby na tym, żeby zapewnić im przede wszystkim prawo do rzetelnego osądzenia sprawy. Dlatego też zadbano by o to, by sędzia miał dość czasu na przemyślenie każdej sprawy, na uzupełnienie wiedzy, na dyskusje i wymianę poglądów, na przygotowanie się do rozprawy i na koniec na napisanie poprawnego orzeczenia i czytelnych jego motywów. Zadbano by więc, żeby sędzia nie podejmował się rozpoznania jednocześnie większej ilości spraw niż jest w stanie prawidłowo rozpoznać, poprzez wprowadzenie odpowiedniego limitu wpływu. Wprowadzono by też instrumenty mające zapewnić to, by sędzia zmagający się z przeziębieniem czy gorszą chorobą która ogranicza jego zdolności intelektualne wypoczywał i zdrowiał, a nie dzielnie walczył z przeciwnościami ku chwale ojczyzny. Bo nie o to w tym wszystkim chodzi, żeby on się poświęcał tylko o to, żeby dobrze pracował.  U nas niestety nacisk kładzie się wyłącznie na to, by sprawa została rozpoznana "bez nieuzasadnionej zwłoki". Nieważne więc, że sprawę obywatela osądził sędzia, na którego nałożono tyle zadań, że na przemyślenie tej konkretnej sprawy miał w sumie 10 minut i to tuż przed rozprawą. Nieważne, że rozpoznał ją sędzia, który wyszedł na salę po nieprzespanej nocy spędzonej na pisaniu nikomu nie potrzebnego uzasadnienia. Nieważne, że sądził ją półprzytomny sędzia, który przyszedł do sądu z wysoką gorączką i myślał tylko o tym, żeby jakoś to przetrwać. Ważne, że sprawa się odbyła i zapadł jakiś wyrok. Jaki on był to już nie ma żadnego nadzorczego znaczenia, ważne że zapadł niezwłocznie. Bo tego oczekuje społeczeństwo, które najwięcej narzeka na to, że sprawy toczą się za długo. Niech więc społeczeństwo ma, co chciało.


PS
Najnowszym wkładem panów ustawodawców w to,  by sprawy sądzone były dobrze była likwidacja "przywileju" sędziów w postaci pełnego wynagrodzenia za czas choroby. Tak więc teraz idąc na zwolnienie muszę liczyć się nie tylko z tym, że po powrocie będę musiał siedzieć po nocach, żeby wyjść z zaległości, ale i zostanę za to ukarany finansowo.

poniedziałek, 3 listopada 2014

Kolejka

Problem przeciążenia sędziów ilością nakładanych na nich zadań został, o dziwo, dostrzeżony przez media. Na mój ostatni tekst - wprost lub pośrednio - powołało się paru publicystów, w tym z czasopism, których bym o to nigdy nie podejrzewał. I dobrze, bo taki był mój cel - zwrócić uwagę na problem, który od dawna był ignorowany, a nawet bagatelizowany. Na problem tego, że przy takiej ilości spraw nie da się orzekać ani dobrze ani szybko, zaś szans na zwiększenie wydajności praktycznie nie ma. Kto wie, może coś z tego wyniknie? Kontynuując ten temat chciałbym więc dziś poruszyć inny problem, który pośrednio wiąże się z poprzednio opisanym - długotrwałość postępowań wynikającą z długich odstępów między rozprawami. W rozmowach z tzw. przypadkowym społeczeństwem dowiedziałem się, że najczęstszymi skargami jakie wypowiadane są pod adresem sądu co do sposobu prowadzenia postępowania jest to, że sprawa się toczy i toczy, a kolejne rozprawy są co kilka miesięcy. No cóż, faktycznie tak jest i czasami trudno jest wytłumaczyć w dwóch słowach dlaczego rozprawę odroczoną z powodu braku "zwrotki" albo nieobecności świadka, który wraca za tydzień odroczono na za cztery miesiące zamiast na za miesiąc, albo wręcz na przyszły tydzień, żeby tyle nie czekać. Odpowiedź dla praktyka jest prosta - bo spraw jest tyle, że kolejka wydłużyła się znacznie, a jak ktoś sprawy nie załatwił w wyznaczonym terminie, to musi się ustawić na koniec kolejki. Ważniejsza jest jednak odpowiedź na inne pytanie - jak zlikwidować tę kolejkę, by dany obywatel nie musiał miesiącami czekać na kolejną rozprawę.

Jak można zlikwidować problem długich odstępów miedzy rozprawami? Ano jest tylko jeden sposób - zmniejszyć ilość spraw, którymi sędzia zajmuje się jednocześnie, które jednocześnie ma skierowane na rozprawy. Inaczej się tego zrobić nie da, jeżeli zaś jakiś "ekspert" organizacji pozarządowej albo innej fundacji uważa inaczej to znaczy że ewidentnie nie rozumie przyczyn problemu, który chce naprawić. Tu nie pomoże ani informatyzacja czy elektronizacja, ani utransparentnienie, ani wprowadzenie menedżerskiego sposobu zarządzania czasem, czy jak tam to w aktualnej korpomowie się nazywa. Jeżeli sprawy mają być rozpoznawane rzetelnie, to - przynajmniej w moim wydziale - miesięcznie nie powinno się ich rozpoznawać więcej niż 60-70, a optymalnie powinno być ich 50-60. Na więcej nie ma czasu, bo rozprawa to tylko niewielka część pracy sędziego, co potwierdzi każdy "liniowy" sędzia. Przyjmując więc nawet maksymalne miesięczne obciążenie - 70 spraw - oczywiste się staje, że przy 70 jednocześnie rozpoznawanych sprawach kolejny termin rozprawy przypadnie najwcześniej za miesiąc, przy 140 - za dwa miesiące, przy 210 za trzy miesiące, a przy 280 - za cztery itd. W praktyce terminy te będą nawet dłuższe, bo dochodzą różnego rodzaju "puste" dni, urlopy, szkolenia, dni urzędowo wolne od pracy itp... Ja w tej chwili mam wyznaczone na rozprawy 190 spraw, a termin jak przyjdzie do odraczania to będę mógł zaproponować połowę lutego, czyli za trzy i pół miesiąca. I nie zmieni tego żadne zarządzenie nadzorcze, bo po prostu nie mam wcześniejszych terminów. Owszem teoretycznie mogę wyznaczać sprawy "stare" w odstępach dwumiesięcznych, ale następować to będzie wyłącznie kosztem innych spraw - po prostu będę rezerwował na niektórych sesjach czas na rozpoznanie spraw "starych", a inne będę wyznaczał na odleglejsze terminy. Tyle tylko, że jeżeli spraw tych będzie za dużo, to pojawi się problem typowy dla gospodarki centralnie sterowanej - kolejka osób obsługiwanych bez kolejki.

Jeżeli więc ktoś stawia sobie za cel, aby odstęp pomiędzy rozprawami był nie dłuższy niż miesiąc to powinien dążyć do tego, by na sędziego przypadało jednocześnie nie więcej niż 70 spraw wymagających rozpoznania na rozprawie. A najlepiej jakby było ich nie więcej niż 50, bo wtedy będzie to jednocześnie szybko i dokładnie. Skutek taki można osiągnąć zaś bardzo prosto, w sposób znany i sporadycznie stosowany od bardzo dawna - jest to tzw. "zamrażarka", czyli szafa, w której sprawy leżą i czekają na swoją kolej do wyznaczenia. Założenie jest proste - sędzia nie może mieć na raz więcej niż ileś spraw, więc nowe przydzielane mu sprawy czekają w kolejce aż zwolni się miejsce na wokandzie. Inaczej mówiąc jak sędzia skończy jedną sprawę to dopiero wtedy na jej miejsce wyznacza następną. Na pierwszy termin rozprawy czeka się dość długo, lecz między kolejnymi terminami są już bardzo krótkie odstępy - przy sprawnym systemie doręczeń to mogłyby być nawet 3 tygodnie albo i mniej. Do tego ani sędzia, ani pełnomocnicy nie muszą tracić czasu na przypominanie sobie sprawy przed każdą rozprawą, a różnymi "sztuczkami" trudno jest odwlekać zakończenie. Dziś nawet nie usprawiedliwione niestawiennictwo świadka to 3 miesiące "zysku" - przy krótszych odstępach już tak łatwo by nie było. Aż się więc prosi, by w taki właśnie sposób prowadzić rozprawy - wybieramy 50-60 spraw i obracamy nimi na przestrzeni miesiąca, a w miejsce każdej skończonej bierzemy nową, w kolejności wpływu według ustalonej listy. Sprawy cały czas pamiętamy, nie tracimy czasu na ciągłe ich czytanie, mamy więcej czasu na przemyślenie ich i wydanie wyroku, przez co ogólnie rzecz biorąc postępowanie trwa nawet krócej. A i strony widzą, że w sprawie coś się dzieje - a nie jak dziś, że rozprawa nic, i kolejny termin za kwartał, albo i pół roku, a ten proces się wlecze i wlecze. Same plusy i w zasadzie brak minusów, aż się prosi, by taka metoda stała się standardem w polskich sądach.

Niestety dzisiejszy trend nadzorczy jest dokładnie przeciwny - oczekuje się, że wyznaczonych spraw będzie jak najwięcej.  Że będzie jak najwięcej rozpraw miesięcznie (8 - 9 a nawet więcej), a na każdej rozprawie będzie co najmniej 10 spraw. Że w każdej sprawie która wpływa będzie natychmiast wyznaczony termin rozprawy i nic nie będzie "leżało bez terminu". Zwłaszcza na to ostatnie kładziony jest nacisk, bo z jakiegoś niepojętego dla mnie powodu jeżeli sprawa ma wyznaczony termin rozprawy, to znaczy że jest sprawnie prowadzona, a jak nie ma terminu to jest w niej "nieusprawiedliwiona bezczynność". Inaczej mówiąc jeżeli w sprawie którą dostałem dzisiaj wyznaczę termin rozprawy na połowę lutego, to wszystko będzie w porządku, czynności podjęto sprawnie i terminowo, zaś długi okres oczekiwania jest spowodowany znacznym obciążeniem. Jeżeli jednak chciałbym tę samą sprawę przetrzymać sobie do stycznia, i dopiero wtedy wyznaczyć na rozprawę na termin w połowie lutego, to doszłoby w niej do przewlekłości postępowania będącej wynikiem dwumiesięcznej bezczynności sędziego referenta. Jeżeli więc ktoś się zastanawia, dlaczego wyznaczam wszystkie sprawy od razu skoro wiem, że jest znacznie lepszy sposób, to właśnie ma odpowiedź. Bo nie lubię kopać się z koniem, a udowadnianie, że nie jestem wielbłądem mnie nie pasjonuje. Zwłaszcza że nerwy mam zszargane i nie będę ich nadwyrężał. 

Pisałem, pisałem i wracam wciąż do tego samego. Zasadnicze problemy dzisiejszego sądownictwa są dwa. Po pierwsze nadmierna ilość spraw, których nie da się prawidłowo "przerobić", a po drugie absurdalny nadzór opętany manią "pokrywania wpływu". Dopóki więc nie dotrze do kogo trzeba, że nie da się pracować dużo, szybko i dobrze jednocześnie, oraz że zadaniem sądów jest rzetelne rozstrzyganie sporów, a nie "pokrywanie wpływu" nic się w polskich sądach nie zmieni. Dopóki nie zostaną ustalone maksymalne normy obciążenia sędziów zadaniami, ustalone dodatkowo na takim poziomie, by można je było prawidłowo wykonać dopóty obywatele zamiast na rozwiązanie ich problemu będą mogli liczyć co najwyżej na statystyczne załatwienie ich sprawy. Bo to nie sędziowie najwięcej tracą na obecnej sytuacji, lecz obywatele, i to oni powinni najgłośniej domagać się właściwych zmian...