wtorek, 30 czerwca 2015

Siłom i godnościom osobistom


Parę dni temu pewien pan, w ramach budowania swego imydżu bezkompromisowego antysystemowca, postanowił nie zachowywać się jak dżentelmen w stosunku do damy, która miała zadecydować, czy powinien on trafić do więzienia, czy nie. Jego występ, utrwalony na filmie, stał się chwilowym hitem internetu, wzbudzając skrajnie różne reakcje. Jedni go popierali, że wygarnął prosto z mostu prawdę o skorumpowanych sądach, inni stwierdzili, że słoma z butów mu wylazła i może w ogóle konieczna może być pomoc specjalistyczna w związku z problemami emocjonalnymi. Z tej strony poruszono także kwestię dlaczego sąd nic z tym panem nie zrobił, dlaczego sędzia przed nim uciekła, dlaczego go nie zatrzymano, nie wsadzono do więzienia, nie doniesiono do prokuratury. Szkoda tylko, że żaden z tych co krytykowali nie zadał sobie trudu by sprawdzić co konkretnie przepisy pozwalają zrobić w takiej sytuacji. Bo gdyby to zrobili to dowiedzieli by się że sądy, jak i sędziowie są praktycznie bezbronne wobec tego rodzaju trolli, performerów czy też zarówno prymitywnych jak i wyrachowanych chamów.

Tak, wiem, słyszę że przecież są kary porządkowe i można takiego kogoś ukarać za obrazę sądu. Tyle tylko, że to niestety nie jest tak jak na amerykańskich filmach że za  gadanie przez komórkę w czasie rozprawy ląduje się na noc w areszcie, nawet jeśli jest się bardzo poważnym doktorem House'm. Oto co o karach porządkowych mówi art.  49§ 1 Prawa o ustroju sądów powszechnych:

Art. 49. § 1. W razie naruszenia powagi, spokoju lub porządku czynności sądowych albo ubliżenia sądowi, innemu organowi państwowemu lub osobom biorącym udział w sprawie, sąd może ukarać winnego karą porządkową grzywny w wysokości do 10 000 złotych lub karą pozbawienia wolności do czternastu dni; osobie pozbawionej wolności, w tym także tymczasowo aresztowanej, można wymierzyć karę przewidzianą w przepisach o wykonywaniu kary pozbawienia wolności albo w przepisach o wykonywaniu tymczasowego aresztowania.

Niby wszystko wygląda pięknie, praktycznie każdy taki chamski wybryk albo inszy performans  można podciągnąć jak nie pod naruszenie powagi to pod naruszenie porządku albo spokoju, a różne odzywki spod budki z piwem (tudzież znad ośmiorniczek w białym winie) potraktować jako ubliżenie sądowi albo któremuś z obecnych. Znaczy się jak komuś przyjdzie ochota zarzucić sędziemu nieprawe pochodzenie, niemoralne prowadzenie tudzież negocjowalną bezstronność to zapłaci albo posiedzi, a areszt w trybie kary porządkowej jest wykonalny natychmiast. I gdyby tak było to było by dobrze. Ale nie jest.

Po pierwsze, jak się okazuje, wcale nie jest tak, że sędziemu tudzież innym uczestniczącym w postępowaniu nie wolno ubliżać. Owszem wolno, byleby to robić na piśmie. Za gadanie, że  uczucia matki pana sędziego były dostępne dla każdego odpowiednio sytuowanego dżentelmena można spodziewać się kary, ale za zamieszczenie tychże sugestii w złożonym do sądu piśmie już nie. W tej kwestii Sąd Najwyższy rozstrzygał początkowo bardzo różnie, ale ostatecznie, w uchwale 7 sędziów z dnia 26 października 2011 r. (KZP 8/11) stwierdził, że przepis nie mówi wprost o ubliżaniu na piśmie, więc za ubliżanie na piśmie nie wolno karać. Czyli bez obawy można napisać panu sędziemu że jest osobą o wątpliwym - z racji rozwiązłości matki - ojcostwie. Byle tylko nie przeczytać tego na głos na rozprawie.

Po drugie, istotniejsze, w tej samej uchwale Sąd Najwyższy stwierdził, że skoro art 49 USP odnosi się do "policji sesyjnej"  to znaczy może być stosowany tylko doraźnie, ergo tylko do osób obecnych podczas czynności sądowych. Znaczy się doraźnie można karać tylko tych, którzy zarzucą sędziemu rozwiązłość tudzież sprzedajność  na sali rozpraw, a i to tylko dopóki sędzia nie zakończy posiedzenia. Jak już sędzia powie, że odracza rozprawę można nie obawiając się aresztowania za obrazę sądu, zwymyślać go, pomówić, rzucić w niego tortem czy co tam się nam zamarzy. A jeszcze lepiej zaczaić się na niego na korytarzu sądowym i czekać aż wyjdzie z sali, bo to już na pewno nie będzie ani w miejscu czynności sądowej ani w jej trakcie, i tam urządzić mu trzy minuty nienawiści z udziałem wsparcia moralnego, chóru oburzonych, transparentów i zaproszonych mediów. 

Czy to oznacza, że sędziemu pozostaje jedynie oddalić się z tego miejsca z godnością, według zasady że chamskie usta nie ranią szlachetnych uszu? No cóż, niby nie, bo przecież jak raczył wskazać Sąd Najwyższy w przywołanej uchwale takie zachowania winny być ścigane karnie. Problem w tym, że żeby kogoś za coś ukarać to nie wystarczy złożyć zawiadomienie do prokuratury, że ktoś postąpił niewłaściwie, musi jeszcze istnieć przepis, na podstawie którego będzie można go za to ukarać. A z takowym przepisem jest niestety problem, bo pasujący tutaj art. 226 kk przewiduje wprawdzie karę za znieważenie funkcjonariusza publicznego, ale ponownie tylko za znieważenie "podczas i w związku z pełnieniem obowiązków służbowych". A sędzia na korytarzu przed salą nie pełni obowiązków, a przynajmniej kwestia ta nie jest na tyle oczywista by dało się obronić tezę o dopuszczalności karania. Wszak przepis karny musi być jasny, a niejasności interpretować należy na korzyść oskarżonego.

Cóż zatem zostaje? No cóż, taki pomówiony czy znieważony sędzia może domagać się ukarania sprawcy powołując się na przepisy art 212 kk lub 216  kk . Tyle tylko, że te czyny ścigane są z oskarżenia prywatnego, więc dotknięty na honorze sędzia musiałby we własnym zakresie dochodzić sprawiedliwości, poświęcając na to własny czas, siły i środki. Poza tym przepis ten nie chroni powagi władzy sądowniczej, a poczucie własnej wartości danego obywatela wykonującego zawód sędziego. Trudno więc je nazwać przepisami penalizującymi niewłaściwe odnoszenie się wobec sądu i sędziego. A nie o to przecież chodzi by sędzia urażony na honorze mógł dochodzić satysfakcji, ale o to, by w skutek różnych chamskich wybryków nie doznawała uszczerbku powaga władzy sądowniczej. Powaga, która jest dobrem na tyle cennym, że nawet Konwencja o ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności dopuszcza ograniczenie prawa do swobody wypowiedzi, jeżeli jest to konieczne dla jej zachowania. 

Na koniec napisać trzeba tyle, że niestety, wbrew temu co wydawało się niektórym dziennikarzom sędzia, choćby był prezesem sądu nie bardzo ma jak zareagować, gdy zostanie zwymyślany na korytarzu sądowym przez kogoś, komu nie spodobało się jego orzeczenie. Nie może nałożyć kary porządkowej, zgłaszanie zawiadomienia do prokuratury nie ma sensu, zaś jako prywatny człowiek ma zapewne znacznie ciekawsze rzeczy do robienia niż sądzenie się z jakimś indywiduum, które ewidentnie zapomniało gdzie się znajduje. Jedyne co mu pozostaje to pamiętać, że chamstwu w życiu należy się przeciwstawiać siłom i godnościom osobistom. I z godnością się oddalić z miejsca zdarzenia.


sobota, 13 czerwca 2015

Gadał dziad do obrazu


I tak to, po pięciu - jeśli dobrze liczę - latach od wdrożenia Wielkiej Reformy na moją salę rozpraw zawitał elektroniczny protokół. Ma więc być o jedną trzecią szybciej, transparentniej i nowocześniej oczywiście. Mam teraz wielki monitor, baterie mikrofonów, dwie kamery nad głową oraz obowiązek pilnowania, by wszystko się nagrało. Mam też pierwsze doświadczenia, które generalnie potwierdzają to, co mówili ci, którzy owego szczęścia dostąpili wcześniej - wszystko trwa dłużej, system się wiesza, jakość nagrania jest kiepska, odsłuchiwanie to koszmar, a w większości spraw sporządzanie elektronicznego protokołu nie ma absolutnie żadnego sensu. Do tego żeby nie zgubić się w zeznaniach muszę albo nadal dyktować protokolantce treść zeznań do zaprotokołowania (tak jak było dotąd) albo zapisywać sterty kartek notatkami. Wybitnie sprzyja to więc zapowiadanej przez pomysłodawców możliwości skupienia się na zeznaniach, o przyspieszeniu nie wspominając. Najciekawiej jest zaś wtedy, gdy na rozprawę nikt nie przyjdzie, chociaż w zasadzie to nie wiem, czy bardziej jest wtedy śmieszno czy straszno.

Co "normalnie" dzieje się na sali rozpraw, gdy po wywołaniu sprawy nikt się nie stawi? No cóż. Sędzia ściąga łańcuch, rozpina togę i mówi: Pani Justynko, zapiszmy że powód i pozwany prawidłowo powiadomieni, i dajemy zaoczny. Pani Justynka wtedy wstukuje w komputer niezbędne formułki, "z uwagi na to, iż pozwany prawidłowo powiadomiony nie stawił się..." i uzupełnia go zarządzeniem żeby rzeczony wyrok zaoczny doręczyć stronom. Potem drukuje tenże protokół, a zaraz po nim przygotowany zawczasu wyrok, które sędzia po ostatecznym przeczytaniu podpisuje i gotowe. To samo zresztą dotyczy przypadku, gdy inicjatywa pozwanego w postępowaniu ograniczała się do wniesienia sprzeciwu od e-nakazu zapłaty, w którym podniósł wyłącznie zarzut przedawnienia - wywołujemy, stwierdzamy że nikogo nie ma, chociaż wiedzieli o sprawie, a więc szybka formułka do protokołu o zamknięciu rozprawy, potem podpisać wyrok i już. Pięć minut i po wszystkim, a przy odpowiednim przygotowaniu można by w tym czasie załatwić i trzy takie sprawy, jeśli przewidująco wyznaczyło się je na tę samą godzinę. Niczego wszak więcej nie potrzeba - zainteresowanych powiadomiono o terminie, zawołano że przyszła na nich kolej, a że nie przyszli ani oni, ani też nikt inny to znaczy, że społeczeństwo postanowiło nie skorzystać ze służącego im prawa do publicznego rozpoznania sprawy, co wolno im było zrobić. Protokół na tę okoliczność sporządzono, wyrok spisano, zarządzono doręczenie go stronom żeby mogły się odwołać - czego chcieć więcej?

Nowy, doskonalszy, wszystkoprzyspieszajacy i utransparentniający system e-protokołu niestety sprawił, że taka metoda sądzenia odeszła w niebyt (no chyba że zdarzy się awaria urządzeń nagrywających). Zgodnie bowiem z wytycznymi  niestawiennictwo stron i publiczności nie zwalnia z obowiązku nagrania przebiegu rozprawy, choć na filmie widoczne są wtedy wyłącznie puste ławki. Zresztą i tak nagranie musi być uruchomione jeszcze przed wywołaniem sprawy, żeby było słychać jak się woła, więc i tak nie wiadomo czy ktoś się stawi czy nie. Po wywołaniu i stwierdzeniu totalnego braku zainteresowania stron i publiczności udziałem w rozprawie sędzia musi zatem wyraźnie i do mikrofonu (bo się dobrze nie nagra) wypowiedzieć formułki stwierdzające widoczny na filmie fakt nieobecności stron. Następnie zaś, wobec braku przepisu przeciwnego, winien w myśl art. 211 kpc, przedstawić wnioski, twierdzenia i dowody zgłoszone przez strony, a znajdujące się w aktach sprawy. Inaczej mówiąc winien wygłosić tzw. referat, mówiąc czego powód chce i co pozwany na to odpowiada, zapewne po to, by ławki wiedziały w jakiej sprawie stoją na tej sali. Następnie winien oznajmić, iż zamyka rozprawę, potem udać się na naradę, a po jej zakończeniu ogłosić wyrok, by ławki wiedziały co orzekł, a następnie jeszcze przedstawić krótkie ustne motywy tegoż wyroku, by wiedziały dlaczego tak orzekł. W sumie zajmie mu to dobrych kilkanaście minut, jeśli nie więcej. I to by było na tyle jeśli chodzi o przyspieszający charakter nagrywania.

Dlaczego sędzia ma przekonywać ławki co do słuszności swego orzeczenia - ano podobno dlatego że Wielce Szanowni Pomysłodawcy elektronicznego protokołu uważają, że to umożliwi stronie nieobecnej na rozprawie zapoznanie się z treścią zapadłego orzeczenia i jego motywów. Znaczy się argument jest taki, że strona, która nie pofatygowała się na rozprawę będzie mogła sobie odtworzyć nagranie i dowie się, co sędzia miał jej do powiedzenia. Pozornie sensowne ale pomija jedną istotną rzecz - totalną, absolutną i bezwzględną absurdalność sytuacji, w której sędzia w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej wyjaśnia drewnianym ławkom dlaczego zasądził od pozwanego te 3.215,36 zł. Wyobraźmy sobie na przykład że mamy niewielkie opóźnienie w rozpoznawaniu spraw, przed drzwiami czeka przestępując z nogi na nogę tłum ludzi pragnących udziału w rozprawie, natomiast nie mogą jeszcze wejść na salę dlatego, że sędzia tłumaczy tam jeszcze ławkom zawiłości poprzedniej sprawy. Cała ta sytuacja wygląda jak żywcem wyjęta z "Latającego Cyrku Monty Pythona". Pytanie tylko kiedy ktoś z "decydentów" ten fakt dostrzeże i wprowadzi, choćby w tej niewielkiej części, odrobinę normalności.