czwartek, 16 czerwca 2016

Fakty i akty


Poproszono mnie o kilka słów porady praktycznej dla nowego narybku, co do tego na co zwracać należy uwagę przy rozpoznawaniu spraw. Bo podobno jestem pilnie czytany przez słuchaczy Akademii Jedi,  których w tym miejscu pozdrawiam. No coż, prośbom takim odmówić nie wypada, pozwoliłem więc sobie na sporządzenie małego zbioru doświadczeń praktycznych związanych z rozpoznawaniem spraw cywilnych procesowych. A dokładnie tych tyczących się tej pierwszej fazy, która następuje, gdy dostajemy do ręki pozew.

Po pierwsze, zanim jeszcze podejmie się jakąkolwiek decyzję, a z pewnością zanim wyznaczy się termin rozprawy, należy ustalić treść żądania powoda. Ustalić i zapisać w notatkach w takiej formie, by dla nie znającego sprawy czytelnika było jasne o co jest sprawa. Wbrew pozorom to nie jest głupia ani zbędna robota bo naprawdę często się zdarza, że żądanie pozwu określone jest na tyle mętnie, że może i ogólnie wiadomo, czego ktoś chce, ale ze szczegółami jest już problem. A trochę głupio prowadzić proces przez dwa lata, po czym jak przyjdzie do wyrokowania zorientować się, że w zasadzie to nie wiadomo o co jest sprawa. I nie, nie można zakładać, że pozwany to wychwyci, nawet jeżeli ma zawodowego pełnomocnika. Bo niestety określeń "zawodowy" i "profesjonalny" nie można używać zamiennie. Do tego bardzo łatwo jest po pewnym czasie wpaść w pułapkę rutyny i po przejrzeniu pozwu z góry zakładać jakie są twierdzenia, podczas gdy faktycznie nigdy wprost ich nie sformułowano.

Treść żądania, jak już wcześniej pisywałem, składa się z dwóch części: "czego" i "dlaczego", i obie są tak samo istotne. Mogłoby się wydawać że z "czego" nie powinno być problemu, wszak to żaden problem napisać czego się chce. Okazuje się jednak, że niekoniecznie, i to nawet gdy pozew pisze ktoś mający prawo do noszenia togi. Niektórzy czasami zapominają bowiem o tym, że roszczenie o odsetki ma termin początkowy i końcowy, albo że żądając przeprosin należy podać ich treść i sposób przekazania. Amatorzy natomiast, jak również różni partacze i absolwenci Akademii Prawa Google są zaś zdolni w zasadzie do wszystkiego, a już najbardziej by chcieli, żeby to sąd zdecydował ile im się należy. Domagają się więc "zwrotu nienależnie pobranych opłat" albo "zadośćuczynienia za krzywdę" w kwocie "jaką sąd uzna za stosowne", albo też piszą wprost, że konkretną kwotę wskażą po ustaleniu w toku postępowania, po tym jak pozwany przedstawi faktury, rachunki, ewentualnie po tym jak biegły obliczy ile im się należy. Takie zapędy należy szybko spacyfikować odwołując się do art. 187 §1 pkt 1 kpc, który mówi, że żądanie musi być dokładnie określone, to jest - jeżeli przedmiotem roszczenia jest kwota pieniężna - przez wskazanie konkretnej kwoty. To, że powód nie wie ile może żądać, albo nie potrafi obliczyć swego żądania to jest jego problem, a nie problem sądu. Sąd nie jest od pomagania w dochodzeniu roszczeń. Sąd jest od rozstrzygania, czy roszczenia są zasadne. Na wypadek zaś, gdyby pan Doctor iuris Googli się rzucał, że przecież dokładnie określił, podając jak biegły ma ją wyliczyć można podeprzeć się orzecznictwem w postaci Postanowienia Sądu Najwyższego z 3 grudnia 2015 r. (III CZP 93/15), w uzasadnieniu którego napisano wprost:

"Według art. 187 § 1 pkt 1 KPC, pozew powinien czynić zadość warunkom pisma procesowego, a nadto zawierać dokładnie określone żądanie. Nie ulega wątpliwości, że zgodnie z art. 187 § 1 pkt 1 KPC w sprawie o odszkodowanie w pieniądzu (art. 363 § 1 zdanie pierwsze in fine KC.) żądanie powoda musi określać wysokość dochodzonego odszkodowania przez podanie oznaczonej sumy pieniężnej. Niedopuszczalne jest żądanie w pozwie zasądzenia odszkodowania w wysokości sumy pieniężnej odpowiadającej wynikowi przeprowadzonego rozliczenia lub pozostawienie przez powoda w pozwie określenia wysokości sumy pieniężnej odszkodowania sądowi lub biegłemu."

Jeżeli więc już wiemy, że powód żąda, dajmy na to, kwoty 63.213,88 zł musimy bardzo dokładnie przyłożyć się do drugiego elementu dokładnego określenia żądania, to jest "dlaczego". Pozew musi bowiem zawierać, jak to wskazuje art 187 §1 pkt 2 kpc, "przytoczenie okoliczności faktycznych uzasadniających żądanie". To zaś oznacza, iż musimy znowu wziąć kartkę (albo komputer) i wynotować dokładnie twierdzenia faktyczne podnoszone przez powoda jako podstawa faktyczna roszczenia. I z tym może być problem, bo nawet wśród zawodowych pełnomocników bardzo niewielu ma zwyczaj powoływania się wprost na okoliczności faktyczne zgłaszane na poparcie swego roszczenia, pomimo tego, że w zasadzie wystarczyłoby wymienić je w punktach. Trzeba więc tę robotę wykonać za nich, i to koniecznie, bo jak dotąd w całkiem sporej części spraw po zrobieniu tego stwierdzałem, że pan mecenas zapomniał o kilku bardzo istotnych twierdzeniach faktycznych. Na przykład w sprawie o odszkodowanie dla potrąconego na pasach pieszego powołano wiele faktów wskazujących na krzywdę, ale ani jednego z którego wynikałoby, dlaczego pozwany jest akurat ten ubezpieczyciel, nie mówiąc już o faktach z których można by wywieść odpowiedzialność kierowcy. Chociaż to ostatnie można w tym przypadku było zrozumieć o tyle, że wśród pominiętych faktów było to, że światło było czerwone, a pieszy bardzo mocno pod wpływem ciemnej strony księżyca. Owszem możemy się pewnych faktów domyślać, zwłaszcza na podstawie dołączonych do pozwu dokumentów, ale to nie zwalnia powoda, od powołania się wprost na te fakty. Niezależnie bowiem od tego co niektórzy piszą Sąd nie ma obowiązku czynienia ustaleń faktycznych, czyli ustalania na podstawie przedłożonych mu dowodów tych faktów, które będą istotne dla rozpoznania sprawy. Zadaniem sądu jest wyłącznie orzeczenie, czy fakty wywodzone przez stronę zostały udowodnione, i czy zaistnienie wywodzonych i udowodnionych faktów uzasadnia uwzględnienie roszczenia. Nie można bowiem twierdzić, iż sąd ma obowiązek udzielić stronie konsultacji prawnych polegających na przeanalizowaniu posiadanych przez nią dowodów pod kątem tego, jakie istotne dla sprawy fakty mogą być nimi udowodnione, i jeszcze wyręczyć ją w zgłoszeniu ich. Oparcie orzeczenia o okoliczności nie wskazane przez stronę, choćby wynikały one z przeprowadzonych w postępowaniu dowodów byłoby wprost orzeczeniem z wyjściem ponad żądanie pozwu, jako orzeczenie na innej podstawie faktycznej, niż wskazana przez powoda - to zaś jest wyraźnie zabronione art. 321 §1 kpc. Warto więc wyrobić sobie nawyk zadawania po przesłuchaniu świadka pytania, skoro art. 212  §1 kpc do tego obliguje, czy strona chce w oparciu o to zeznanie uzupełnić zgłoszone twierdzenia faktyczne. A jak już naprawdę nie da się pominąć jakiegoś faktu, który wynika z dowodów to przynajmniej zwrócić na niego uwagę stronom, chociażby po to, by mogły się wypowiedzieć co do tego, czy fakt ten jest prawdziwy czy też nie. Wyręczając strony należy jednakże zawsze rozważyć, czy przypadkiem wyręczając jedną z nich nie sprzeniewierzamy się zasadom bezstronności. Bo o ile prawda nigdy nie jest stronnicza, to dochodzenie do niej może już być. A gadanie, że sędzia winien dbać o to, by strony miały równe szanse w postępowaniu, czyli że ma być równe pole gry i tak dalej, to nic innego, jak zakamuflowane stwierdzenie, że sędzia ma być stronniczy na korzyść słabszego. 

Owo uzupełnianie twierdzeń faktycznych na podstawie przeprowadzonych dowodów nie może oczywiście iść zbyt daleko. Niestety utarła się praktyka, iż okoliczności faktyczne będące podstawą roszczenia są w toku postępowania ustalane, a nie dowodzone. Strony - także  reprezentowane przez zawodowych pełnomocników - idą do sądu tak naprawdę nie wiedząc jakie są fakty istotne dla sprawy, bo oczekują, że fakty te zostaną ustalone na podstawie zgłoszonych przez nich dowodów. Inaczej mówiąc zamiast przyjść do sądu z twierdzeniami, i udowodnić ich prawdziwość, przychodzą do sądu z dowodami, na podstawie których spodziewają się ustalić twierdzenia. To zaś, nawiasem mówiąc, jest jedna z istotnych przyczyn przewlekłości postępowań. Jeżeli bowiem przesłuchujemy wszystkich lekarzy i pielęgniarki, którzy kiedykolwiek znaleźli się w promieniu 50 m od łóżka pacjenta, żeby ustalić, czy w procesie leczenia nie było jakichś nieprawidłowości to to niestety musi trwać. Tyle tylko, że tak naprawdę nie musi, jeżeli właściwe będziemy stosować przepisy kpc, i przede wszystkim egzekwować wynikające z nich obowiązki nałożone na strony. Przykładowo dzisiaj zgłoszenie wniosku o przesłuchanie świadka zwykle następuje "na okoliczność stanu lokalu" albo "na okoliczności wskazane w uzasadnieniu". No to słucha się tego świadka i on coś nam tam mówi mniej więcej na temat. Popatrzmy jednak do art. 258 kpc, który tyczy się właśnie wniosku o przesłuchanie świadka:

"Strona powołująca się na dowód ze świadków obowiązana jest dokładnie oznaczyć fakty, które mają być zeznaniami poszczególnych świadków stwierdzone [...]"

No właśnie: "dokładnie oznaczyć fakty, które mają być stwierdzone". Nie "oznaczyć", a "dokładnie oznaczyć". Czyli wnoszący o przesłuchanie świadka ma konkretnie wskazać jakie fakty ten świadek ma potwierdzić. Fakty, a nie "okoliczności", a już w żadnym wypadku oceny. Nie można zatem wnosić o przesłuchanie świadka "na okoliczność wadliwości wykonanych prac". Należy konkretnie wskazać fakty, które ten świadek na potwierdzić. I nie, "wadliwość prac" to nie jest fakt - to jest ocena, sprowadzająca się do stwierdzenia, że stan faktyczny odbiega od stanu prawidłowego. Podobnie faktem nie jest też "sposób wykonania prac", fakt ma bowiem to do siebie że musi poddawać się ocenie w kategoriach prawda/fałsz. Taki świadek może zatem zeznawać co najwyżej na okoliczność tego, że parkiet się odkleił, drzwi zamontowano 5 cm nad podłogą, a w łazience wkuto 5 cm rurę w 6 cm ścianę - a strona ma obowiązek wskazać wszystkie te fakty, jeszcze zanim świadek zostanie przesłuchany. To, zaś, że strona nie wie, co świadek może ewentualnie wiedzieć to już jest problem strony - kodeks nie przewiduje bowiem przesłuchania świadków na okoliczność posiadanej przez nich wiedzy o nieznanych stronie faktach, które mogą być istotne dla rozpoznania sprawy. Skąd więc ma to wiedzieć? Niech zapyta świadka zanim go zgłosi - wszak kodeks nie zabrania kontaktowania się ze świadkami przed rozprawą celem ustalenia, co wiedzą o sprawie, a to że zawodowi wpisali sobie taki zakaz do kodeksów etyki to już ich problem. Te same rozważania tyczą się przy tym wszelkich dowodów przeprowadzanych przed sądem, art. 236 kpc wprost stwierdza bowiem, iż w postanowieniu dowodowym należy określić fakty podlegające stwierdzeniu - ponownie zatem fakty, nie zaś okoliczności. Sąd już dopuszczając dowód musi zatem wiedzieć, co konkretnie strona zamierza tym dowodem udowodnić, czyli prawdziwość jakich faktów zamierza wykazać. Bez ustalenia zakresu faktów, jakie mają być udowodnione nie sposób przecież jest stwierdzić, czy przeprowadzenie dowodu jest dopuszczalne - wszak dowód może dotyczyć tylko faktów istotnych dla rozpoznania sprawy (art. 227 kpc), nie wymagają go zaś fakty przyznane przez drugą stronę (art. 229 kpc).


Wydaje mi się, że gdyby sądy ściśle egzekwowały wymagania kontradyktoryjnego procesu, postępowania toczyłyby się szybciej, a i wszyscy mieli by mniej pracy. Problemem nie jest bowiem, a przynajmniej nie tylko, wadliwe prawo i procedury, a raczej wadliwa praktyka. Częściowo ukształtowana przez tradycję, częściowo wymuszona orzeczeniami sądów odwoławczych, a niekiedy i samego Sądu Najwyższego. To z samej góry pochodzi bowiem szkodliwy pogląd, że nie można zwrócić pozwu dlatego, że nie podano wszystkich okoliczności faktycznych, niezbędnych dla uwzględnienia powództwa w wypadku ich udowodnienia. Po walce z wiatrakami zaprzestałem więc praktyki zwracania pozwów różnych funduszy sekukuryku, opartych o twierdzenia faktyczne, że "wpisaliśmy sobie do księgi że on jest nam winien pieniądze, i potem przepisaliśmy to na ładną kartkę z pieczątką". Z tego samego powodu zaprzestałem zawieszania postępowań z powodu nie sprecyzowania podstawy faktycznej, wszak skoro nie udowodniono roszczenia trzeba je oddalić. A że potem pojawia się problem czy jest powaga rzeczy osądzonej czy nie - no to już inny problem. Kto wie, może jednak trzeba by zmienić te w zasadzie dobre przepisy, żeby zmienić przy okazji praktykę. Na przykład wpisując, że pozew musi zawierać "wymienienie" a nie "przytoczenie" okoliczności faktycznych.  Na razie jednak trzeba sobie radzić z tym co mamy. Kropla drąży skałę.


wtorek, 31 maja 2016

Alimenty


Alimenty. Sprawa nośna polityczno-medialnie, w zasadzie każdy rząd obiecuje że usprawni egzekucję alimentów i puści w skarpetkach dłużników alimentacyjnych. Z punktu widzenia sądu istotna kwestia do rozstrzygnięcia w sprawie rozwodowej, potencjalnie mogąca zdominować całe postępowanie, i przekształcić je w wojnę, w której nie bierze się jeńców i nie obowiązują żadne konwencje. W większości przypadków nie ma oczywiście żadnych problemów, kwestia ponoszenia kosztów wychowania dzieci rozstrzygana jest pomiędzy dwoma dorosłymi ludźmi, którzy rozumieją, że rozwodzą się ze sobą, a nie z dziećmi i potrafią podejść do sprawy bez zbędnych emocji. Niekiedy jednak tego zrozumienia brakuje i wtedy budzą się demony. Po przeciwnych stronach wielkiego sporu alimentacyjnego stają wtedy  (w większości przypadków, więc proszę mi tu nie zarzucać ulegania stereotypom) "chytrzy tatusiowie" i "pazerne mamusie"  - oczywiście każdorazowo w ocenie tej drugiej strony. Czyli tatuś to ten, który robi wszystko, żeby jak najmniej płacić na własne dzieci, a mamusia to ta, która chce wyrwać jak najwięcej żeby mieć na tipsy i solarium. Dzieci zaś bywają w tym sporze zakładnikami, których przetrzymywanie daje prawo kierowania żądań, a ich wydanie (tymczasowe oczywiście) jest nagrodą za ich spełnienie. 

Kiedyś stwierdziłem że życie jest bogatsze niż wyobraźnia scenarzystów telenowel. To było po tym jak kolega opowiedział mi o sprawie, w której pani wzięła sobie kochanka, a on uwiódł jej męża i obaj od niej odeszli. Na świecie naprawdę istnieją więc i "parszywie dranie" i "wredne suki". Są tacy panowie, którzy po wymianie małżonki na nowszy model uważają, że nie mają żadnych obowiązków nie tylko wobec byłej żony ale i wobec "byłych dzieci". Są też takie panie, które uważają, że "ten pan" nie ma żadnych praw do "jej dzieci" ma natomiast na nie płacić, i to tyle żeby wystarczyło też dla niej. Faktycznie trafiają się panowie którzy - jak twierdzą - pozostają na utrzymaniu rodziców, pomagając charytatywnie w zarządzaniu firmą spedycyjną cioci emerytki. Albo korzystający z majątku (apartament z wyposażeniem, samochód) użyczonego przez spółkę z o.o zawartą przez siostrę z wujkiem, gdzie zarabiają minimalną krajową na stanowisku dżeneral menedżing menedżer. Są też panie, które szczycą się tym, że dostają alimenty więc nie muszą iść do pracy, a na zarzuty, że wydają alimenty na ciuchy, tipsy i imprezy bez żenady odpowiadają, że muszą dbać o siebie żeby być atrakcyjne, bo dziecko potrzebuje ojca więc muszą poszukiwać nowego partnera (to akurat słyszałem na własne uszy, choć na nagraniu). Są panowie, którzy wysyłają "byłej" (choć czasem jeszcze formalnie aktualnej) 300 zł, wrzucając jednocześnie na facebooka zdjęcia z wycieczki do Peru nową flamą. Są też panie, które otwartym tekstem informują, że jak były mąż chce zobaczyć dzieci to musi za to zapłacić, bo przygotowanie dzieci do spotkania z ojcem kosztuje. Niektórzy z nich zdradzają w ten sposób prawdziwe cechy swego charakteru, należy wtedy współczuć tym, którzy się z nimi związali. Innych poniosła fala nienawiści, bo nikt im po drodze nie podał ręki, i nie wytłumaczył jak powinni się zachować dorośli ludzie w takiej sytuacji. Jeszcze inni zostali w sytuację wmanewrowani "usłużnymi radami" czy to kochanych rodziców, którzy "nigdy nie lubili tej wywłoki/tego drania" czy różnych pozarządowych organizacji "pomocy" hołdujących zasadzie że "samiec twój wróg". Winę za całą sytuację ponosi więc często dość szeroki krąg osób, zaś najbardziej cierpią na tym dzieci, których dobro takowi rodzice mają wprawdzie na ustach, ale często tylko tam. Albo utożsamiają dobro dzieci z własnym dobrem - jak pewna matka, która uważała że dobre dla dzieci będzie, gdy zabierze je z domku z ogrodem dwa kroki od szkoły do małego mieszkanka na drugim końcu miasta. Ale nie odbiegajmy od tematu.

Warto zwrócić uwagę na to, że czasami rzeczywista przyczyna sporu "on nie płaci"/"ona wyłudza pieniądze" jest jak najbardziej obiektywna i wcale nie leży w deficytach emocjonalnych jednej czy drugiej strony (albo obu). Cóż bowiem może zrobić ojciec, któremu po zapłaceniu ustalonych przez sąd alimentów nie pozostaje nic, albo pozostaje kwota nie wystarczająca na zaspokojenie podstawowych potrzeb? Musi się jakoś ratować, więc pracuje na czarno, umawia się, że część pensji będzie dostawał "pod stołem" albo stosuje inne tricki, które pozwolą mu przeżyć. Może warto by więc przyjrzeć się temu, jak ustalana jest wysokość alimentów, bo myślę że wielu takich "kombinatorów" nie robiłoby takich manewrów, gdyby kwota alimentów uwzględniała także ich potrzeby. Podobnie co może zrobić matka, która z wielką chęcią poszła by do pracy i zarobiła jakieś dodatkowe pieniądze na utrzymanie dziecka i siebie (w tej kolejności), gdy nie ma z kim tego dziecka zostawić? Koszt wynagrodzenia opiekunki może przekroczyć dochód osiągnięty z pracy w tym czasie, nic więc dziwnego, że pieniądze z alimentów są faktycznie jedynym źródłem ich utrzymania. Warto by więc może zwrócić uwagę na rozwiązanie też tego problemu, zamiast wytykać takie matki palcami jako pijawki, co się przyssały do dziecka i żyją z alimentów. Popatrzmy więc co o alimentach, a dokładniej o ich wysokości mówi obowiązujące prawo, to jest art 135 kodeksu rodzinnego i opiekuńczego.

 § 1. Zakres świadczeń alimentacyjnych zależy od usprawiedliwionych potrzeb uprawnionego oraz od zarobkowych i majątkowych możliwości zobowiązanego.

§ 2. Wykonanie obowiązku alimentacyjnego względem dziecka, które nie jest jeszcze w stanie utrzymać się samodzielnie albo wobec osoby niepełnosprawnej może polegać w całości lub w części na osobistych staraniach o utrzymanie lub o wychowanie uprawnionego; w takim wypadku świadczenie alimentacyjne pozostałych zobowiązanych polega na pokrywaniu w całości lub w części kosztów utrzymania lub wychowania uprawnionego.

Wnioski płynące z tych przepisów są zatem dość jasne: alimenty powinny odpowiadać i potrzebom dziecka, i możliwościom zobowiązanego, poza tym nie jest tak, że każde z rodziców winno płacić połowę kosztów, bo osobista opieka też się liczy. Rozstrzyganie o alimentach obejmuje zatem kilka elementów, zaś to ile utrzymanie dziecka kosztuje to dopiero punkt wyjścia do rozważań, nie zaś ich wynik. Bo po ustaleniu tej zmiennej musimy jeszcze rozważyć, czy obowiązanego stać na ich poniesienie.

Wysokość kosztów utrzymania dziecka jest wbrew pozorom dość trudna do ustalenia, zwłaszcza gdy chodzi o dzieci w wieku szkolnym, gdzie ilość wydatków możliwych do poniesienia na ich wychowanie wydaje się być nieograniczona. Jedno może chodzić na zajęcia z piłki na orliku za 50 zł po lekcjach w szkole, a inne do szkoły piłki nożnej Znanego Klubu za wielokrotność tej kwoty. Jednemu wystarczy dodatkowy angielski, inne rodzice wożą z jeździectwa na tenis, z przystankiem na jogę. Dziecko może chodzić do szkoły rejonowej, albo do kanadyjskiej prywatnej szkoły z programem międzynarodowym i czesnym na poziomie średniej krajowej pensji. Może jeść obiady w szkole albo wyskakiwać w przerwie na sushi, albo foie gras, żeby nie odstawać od kolegów z klasy. A to samo dotyczy także ubrań i gadżetów, wszak może się okazać, że w tej szkole bez ajfona piątki nie ma czego szukać w towarzystwie. Oczywiście każde dziecko powinno mieć prawo do najlepszego wychowania i wsparcia w przyszłym starcie... ale rzeczywistość skrzeczy. Generalnie więc przyjmuje się tu więc zasadę, że dziecko ma prawo do otrzymania wychowania i wykształcenia na poziomie adekwatnym do sytuacji finansowej rodziców. Czyli tak jak zawsze było i będzie. Chłop nie powinien oczekiwać, że dostanie to samo co szlachcic. Chociaż dzisiaj inaczej te klasy się nazywają.


Drugi problem pojawia się, gdy trzeba ustalić owe "zarobkowe i majątkowe możliwości". Po pierwsze bowiem owe "możliwości" winny być rozumiane jako możliwości płacenia alimentów, uwzględniające nie tylko faktyczne dochody, ale i obciążenia. Nie można bowiem zapominać o tym, że tzw. Alimenciarz też musi z czegoś żyć, choćby skromnie. Potrzebuje jedzenia, dachu nad głową, powinien móc płacić rachunki za prąd, wodę, telefon itp. Owszem od ust sobie powinien odjąć i dziecku dać, ale bez przesady w tej kwestii. Ile konkretnie powinno mu zostać? Nie wiem. Każdy może rzucić jakąś kwotę. Równowartość minimum socjalnego? Najniższej emerytury? Minimum egzystencji? Więcej? Mniej? Dobre pytanie. Może ktoś kiedyś obiektywnie na nie odpowie rozwiązując ostatecznie problem z "przealimentowaniem" wynikającym ze skupienia się na potrzebach dzieci (i matki) z pominięciem potrzeb ojca. Do tego rozwiązania wymaga także problem obiektywnego ustalania sytuacji majątkowej zobowiązanego. Drugą z przyczyn "przealimentowania" jest bowiem abstrakcyjne określanie wysokości zarobków zobowiązanego, będące wynikiem opacznego rozumienia zwrotu "możliwości zarobkowe" poprzez pomijanie przy obliczeniach rzeczywistych zarobków i zastępowanie ich hipotetycznymi "możliwościami" czyli założeniem że młody i zdrowy to dwa tysiące może zarobić. Tu najgorzej mają "samozatrudnieni", bo im bardzo łatwo przypisać kosmiczne możliwe zarobki, wszak jest zapotrzebowanie na rynku na glazurników, wiadomo że informatycy dobrze zarabiają, no przecież oczywiste że przedstawiciele handlowi dostają bardzo duże prowizje. I co wtedy ma zrobić taki człowiek, któremu naliczono realne alimenty od hipotetycznych zarobków? Zadłużać się, czy może kombinować z zarobkami?


Te wszystkie problemy ze stosowaniem prawa nie są nie do pokonania i doświadczony sędzia rodzinny przy wsparciu kompetentnych ławników łatwo sobie z nimi  poradzi. Ale co maja robić, ci, co jeszcze doświadczenia nie nabrali? Może jednak warto by przyjrzeć się przepisom, które ewidentnie nie przystają do dzisiejszej rzeczywistości, bo powstały w czasach słusznie minionych? Może problem tkwi w procedurach? Może orzecznictwo narosłe wokół tego przepisu wypaczyło jego sens i brzmienie? Może warto poszukać innej drogi? Ustalenie ustawowego minimum dochodu, który musi pozostać dłużnikowi alimentacyjnemu na jego utrzymanie? Obowiązek składania wykazów majątku i dochodów pod rygorem odpowiedzialności karnej? Zobowiązani do alimentacji składają oświadczenia podatkowe, jeżeli ukrywają dochodu, to  może powinny zająć się nimi służby skarbowe. Może lekiem na takich kombinatorów mógłby być przepadek majątku na cele alimentacyjne, w sytuacji, gdy taki zobowiązany nie byłby w stanie wykazać, iż ma on pokrycie w dochodach deklarowanych dla potrzeb alimentacji? Każde z tych rozwiązań będzie lepsze od obecnego. Tyle tylko, że raczej żadne nie zostanie prędko wdrożone, bo żaden rząd, ani z prawa, ani z lewa, ani z chadecji, ani z endecji nie odważy się wprowadzić reform, w wyniku których zyskają zobowiązani do alimentacji, a stracą dzieci. Nawet jeżeli byłoby to uczciwe i sprawiedliwe. No cóż. Wracamy do akt. No to ile tych alimentów na 6 i 11 latka, jak człowiek zarabia 1800 zł i coś tam jeszcze dorywczo, ale leczy się przewlekle i musi wydawać na leki?