poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Dokumenty


Kontynuując temat porad praktycznych dla nowego narybku sądowego postanowiłem napisać parę słów o najpopularniejszym rodzaju dowodu, czyli o dowodach z dokumentów. Dokumentem jest w zasadzie - niezależnie od różnych doktrynalnych rozróżnień - wszystko, co jest nośnikiem informacji. Zapisany papier, nagrana na płycie rozmowa, zdjęcia, nawet zapis rozmowy na facebooku czy tinderze (ostatnio popularne w sprawach rozwodowych). Wszystko to też (o ile ustawa nie stanowi inaczej) może być dowodem w sprawie sądowej, i to niezależnie od tego jak weszliśmy w posiadanie tychże dowodów. Procedura cywilna nie zna owoców zatrutego drzewa, kompletnie chybione są więc wszelkie wnioski o oddalenie wniosków dowodowych z dokumentów "jako uzyskanych nielegalnie" czy też "z naruszeniem dóbr osobistych" choćby wniosek ten poparto powołaniem się bezpośrednio na przepisy Konstytucji. Zasadniczo zatem podprowadzenie mężowi tableta i skopiowanie dla celów dowodowych jego rozmowy z "blondi kocicą" obejmującej opisanie ze szczegółami kto, komu, co i gdzie włoży jak tylko znowu się spotkają jest może i nieprzyzwoite, ale proceduralnie bez zarzutu. Oczywiście rozwój technik komputerowych, poza ułatwianiem uprawiania (jak i udowadniania) wykroczeń przeciwko szóstemu Przykazaniu ułatwia także uzupełnianie braków dowodowych poprzez tworzenie brakujących dokumentów, ocena wiarygodności dowodów to jednakże temat na zupełnie inne rozważania. To na co tutaj chciałbym zwrócić uwagę to to, dowodem czego tak w zasadzie są te wszystkie dokumenty. Bo z tym niektórzy mają bardzo poważny problem.

Kodeks postępowania cywilnego wyróżnia dwa szczególne rodzaje dowodów z dokumentu: dowód z dokumentu urzędowego (art. 244 kpc) i dowód z dokumentu prywatnego (art. 245 kpc). Ten pierwszy wystawiany jest przez uprawniony organ (choć nie tylko) i zaświadcza, że to co w nim napisano to jest prawda. Oczywiście tylko w zakresie, w jakim tenże organ ma prawo to zaświadczyć, np, notarialny protokół stawiennictwa poświadcza tylko to, że ktoś się stawił i coś oświadczył, a nie to że to co oświadczył to jest prawda. Dokument prywatny zaś stwierdza tylko to, że osoba pod nim podpisana twierdzi to, co jest w dokumencie napisane. Ponownie zatem pisemne oświadczenie administratora że dach przecieka jest dowodem tego, że administrator twierdzi, że dach przecieka, a nie tego, że faktycznie tak jest. Oczywiście z faktu że administrator tak twierdzi możemy wyprowadzać dalsze twierdzenia, w oparciu o inne dowody i doświadczenie życiowe, i ostatecznie po wszechstronnym itd. stwierdzić, że udowodniono że dach przecieka, ale nie zmienia to faktu, że rzeczone oświadczenie dowodzi tylko tyle, ile dowodzi zgodnie z art 245 kpc. To samo tyczy się np faktur VAT - są one dowodem wyłącznie tego, iż osoba, która taką fakturę wystawiła twierdzi, że istnieje zobowiązanie stanowiące podstawę do wystawienia takiej faktury VAT. Nie są one natomiast wprost dowodem tego, że towar dostarczono, że kosztował tyle, ile na niej wpisano, a nawet tego, że w ogóle była jakaś umowa. Warto, żeby niektórzy o tym nie zapominali, i pamiętali że oprócz faktury warto jest załączyć do pozwu także umowę. Powinni też pamiętać o tym, że wezwanie do zapłaty samo z siebie jest dowodem tylko tego, że sporządzono wezwanie do zapłaty, nie dowodzi ono natomiast ani tego, że wskazana w nim kwota się należy, ani nawet tego, że dłużnik faktycznie został do zapłaty wezwany.

Przeważająca ilość dokumentów to jednakże dokumenty nie zaliczające się ani do dokumentów urzędowych ani do dokumentów prywatnych, a zaliczają się do nich wszystkie dokumenty nieurzędowe nie opatrzone podpisem. Tego rodzaju dokumenty są w zasadzie dowodem wyłącznie własnego istnienia, a w przypadku kserokopii czy odpisów - dowodem istnienia oryginału. Z faktu istnienia takich dokumentów można oczywiście - ponownie - wyprowadzać dalsze wnioski co do prawdziwości dalej idących twierdzeń faktycznych, nie zmienia to jednakże tego, iż kserokopia ekranu tableta z zapisem rozmowy "siwego ogiera" z "blondi kocicą"dowodzi tylko faktu wykonania takiej kserokopii i pośrednio istnienia oryginału, z którego kopię wykonano. Jeżeli jednak podczas rozprawy "siwy ogier" (czy jak to czasem bywa "łysawy kucyk") ograniczy się do zaprzeczania aby miał coś wspólnego z jakimiś kocicami to z faktu istnienia takiej kserokopii, można będzie wyprowadzić wniosek, że istniał oryginał, a z tego wniosku dalszy wniosek, że takowa rozmowa się odbyła i miała treść jak skserowano. I na tym kończą się możliwości udowodnienia czegokolwiek przy pomocy takiego dowodu. Ewentualne dalsze wnioski, znaczy się że pozwany ogier zrobił sobie z szóstego przykazania spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością to już ocena prawna stanu faktycznego wykazanego przy pomocy zgłoszonych dowodów. O ile oczywiście wykazany zostanie, bo zasadniczym problemem z tymi dokumentami "trzeciego rodzaju" jest problem ich wiarygodności. W obecnych czasach stworzenie przekonywającego zestawu wydruków emaili od kochanka, czy nawet "screenu" z zapisem niemoralnych propozycji składanych na facebooku nie przedstawia żadnego problemu nawet dla średnio rozgarniętego użytkownika komputera. To jednakże - ponownie - temat na zupełnie inne rozważania.

Z jakiegoś nie do końca dla mnie zrozumiałego powodu niektórzy próbują dodatkowo wywodzić, iż dokumenty dzielą się dodatkowo na "poświadczone" i "niepoświadczone", w skrajnych przypadkach wywodząc nawet, że niepoświadczone kserokopie w ogóle nie są dowodami i ich nie ma. Wiele razy widziałem wnioski o "pominięcie dowodów" jako niepoświadczonych, oczywiście z nieodłącznym zastrzeżeniem, że tenże "brak dowodowy" nie może być uzupełniony wobec treści art 207 kpc, bo dowody powinny być złożone od razu przy pozwie. Jak to się ma do faktu, że kodeks zezwala na złożenie kopii dokumentów (bez określenia czy poświadczonych czy nie), dając drugiej stronie jedynie prawo żądania przedstawienia oryginałów zazwyczaj państwo mecenasostwo nie wyjaśnia. Musze też przyznać, że osobiście nie rozumiem tego kultu poświadczeń, choć wydaje mi się, że wiąże się on jeszcze z dawnym kultem pieczęci - jak coś jest z pieczątką to jest ważne. W rzeczywistości przecież (i nie należy o tym zapominać) jedyne, co poświadcza takowe "poświadczenie za zgodność" to właśnie zgodność z oryginałem, a dokładniej to to, że osoba która poświadczyła za zgodność oświadcza, iż widziała oryginał, z którym kopia jest zgodna. W tym zakresie zatem staje się on dodatkowo dokumentem prywatnym, lecz od takiego poświadczenia dokument nie staje się ani ważniejszy, ani bardziej wiarygodny. Ktoś, kto sfałszował dokument z pewnością bowiem nie będzie miał skrupułów przed zaświadczeniem, że jest on autentyczny. Poświadczenie zaś kopii przez notariusza nie uczyni tej kopii dokumentem urzędowym, niezależnie od tego co pewien mecenas kiedyś próbował mi wmawiać. 

Na koniec zaś warto wskazać, że zasadniczy problem z dowodami z dokumentów jest zaś taki, że tych dowodów zazwyczaj jest w aktach za dużo, bo większość z nich jest totalnie nieprzydatna dla ustalenia czegokolwiek istotnego. Gdy kiedyś nadzorowałem "brakowanie archiwum" czyli kierowanie na makulaturę starych akt, to większość akt liczyła jeden tom, wyjątkowo jakiś jeden podział majątku (po rewizji i uchyleniu) liczył sobie tomów półtora. W aktach było tylko tyle ile trzeba, żadnej zbędnej makulatury. Dzisiaj natomiast wydaje się że obowiązuje zasada "skseruję wszystko co mam i niech sąd sobie coś z tego wybierze". W zasadzie można spokojnie stwierdzić, że co najmniej połowa dokumentów składanych do akt jest totalnie nieprzydatna do czegokolwiek. Jeżeli zaś mamy pecha i przeciwko sobie staną dwie kancelarie typu "dwa hamerykańskie nazwiska" to możemy się spodziewać trzech tomów pozwu i kolejnych czterech tomów załączników. I tego samego od drugiej strony. Może więc najwyższy czas wrócić do przedwojennych rozwiązań i wprowadzić progresywną opłatę od załączników, bo z pewnością szybkość postępowania by na tym zyskała. Na razie jednak musimy poprzestać na samoprzylepnych zakładkach. I spokojnie, wiele ich nie zużyjemy. Pewnego razu pisząc uzasadnienie stwierdziłem, że w 4 tomach załączników, liczących łącznie 800 kart znajdują się dokładnie 22 karty dokumentów mających znaczenie dla sprawy i istotne dla rozstrzygnięcia. Złożenie reszty służyło zaś chyba tylko zaspokojeniu wewnętrznej potrzeby składającego pozew, albo uzasadniało wysokość faktury wystawionej przez kancelarię. Szkoda tylko że ja nie mogłem rzeczonej kancelarii wystawić faktury za mój czas poświęcony na odsiewanie ziarna od plew.

czwartek, 16 czerwca 2016

Fakty i akty


Poproszono mnie o kilka słów porady praktycznej dla nowego narybku, co do tego na co zwracać należy uwagę przy rozpoznawaniu spraw. Bo podobno jestem pilnie czytany przez słuchaczy Akademii Jedi,  których w tym miejscu pozdrawiam. No coż, prośbom takim odmówić nie wypada, pozwoliłem więc sobie na sporządzenie małego zbioru doświadczeń praktycznych związanych z rozpoznawaniem spraw cywilnych procesowych. A dokładnie tych tyczących się tej pierwszej fazy, która następuje, gdy dostajemy do ręki pozew.

Po pierwsze, zanim jeszcze podejmie się jakąkolwiek decyzję, a z pewnością zanim wyznaczy się termin rozprawy, należy ustalić treść żądania powoda. Ustalić i zapisać w notatkach w takiej formie, by dla nie znającego sprawy czytelnika było jasne o co jest sprawa. Wbrew pozorom to nie jest głupia ani zbędna robota bo naprawdę często się zdarza, że żądanie pozwu określone jest na tyle mętnie, że może i ogólnie wiadomo, czego ktoś chce, ale ze szczegółami jest już problem. A trochę głupio prowadzić proces przez dwa lata, po czym jak przyjdzie do wyrokowania zorientować się, że w zasadzie to nie wiadomo o co jest sprawa. I nie, nie można zakładać, że pozwany to wychwyci, nawet jeżeli ma zawodowego pełnomocnika. Bo niestety określeń "zawodowy" i "profesjonalny" nie można używać zamiennie. Do tego bardzo łatwo jest po pewnym czasie wpaść w pułapkę rutyny i po przejrzeniu pozwu z góry zakładać jakie są twierdzenia, podczas gdy faktycznie nigdy wprost ich nie sformułowano.

Treść żądania, jak już wcześniej pisywałem, składa się z dwóch części: "czego" i "dlaczego", i obie są tak samo istotne. Mogłoby się wydawać że z "czego" nie powinno być problemu, wszak to żaden problem napisać czego się chce. Okazuje się jednak, że niekoniecznie, i to nawet gdy pozew pisze ktoś mający prawo do noszenia togi. Niektórzy czasami zapominają bowiem o tym, że roszczenie o odsetki ma termin początkowy i końcowy, albo że żądając przeprosin należy podać ich treść i sposób przekazania. Amatorzy natomiast, jak również różni partacze i absolwenci Akademii Prawa Google są zaś zdolni w zasadzie do wszystkiego, a już najbardziej by chcieli, żeby to sąd zdecydował ile im się należy. Domagają się więc "zwrotu nienależnie pobranych opłat" albo "zadośćuczynienia za krzywdę" w kwocie "jaką sąd uzna za stosowne", albo też piszą wprost, że konkretną kwotę wskażą po ustaleniu w toku postępowania, po tym jak pozwany przedstawi faktury, rachunki, ewentualnie po tym jak biegły obliczy ile im się należy. Takie zapędy należy szybko spacyfikować odwołując się do art. 187 §1 pkt 1 kpc, który mówi, że żądanie musi być dokładnie określone, to jest - jeżeli przedmiotem roszczenia jest kwota pieniężna - przez wskazanie konkretnej kwoty. To, że powód nie wie ile może żądać, albo nie potrafi obliczyć swego żądania to jest jego problem, a nie problem sądu. Sąd nie jest od pomagania w dochodzeniu roszczeń. Sąd jest od rozstrzygania, czy roszczenia są zasadne. Na wypadek zaś, gdyby pan Doctor iuris Googli się rzucał, że przecież dokładnie określił, podając jak biegły ma ją wyliczyć można podeprzeć się orzecznictwem w postaci Postanowienia Sądu Najwyższego z 3 grudnia 2015 r. (III CZP 93/15), w uzasadnieniu którego napisano wprost:

"Według art. 187 § 1 pkt 1 KPC, pozew powinien czynić zadość warunkom pisma procesowego, a nadto zawierać dokładnie określone żądanie. Nie ulega wątpliwości, że zgodnie z art. 187 § 1 pkt 1 KPC w sprawie o odszkodowanie w pieniądzu (art. 363 § 1 zdanie pierwsze in fine KC.) żądanie powoda musi określać wysokość dochodzonego odszkodowania przez podanie oznaczonej sumy pieniężnej. Niedopuszczalne jest żądanie w pozwie zasądzenia odszkodowania w wysokości sumy pieniężnej odpowiadającej wynikowi przeprowadzonego rozliczenia lub pozostawienie przez powoda w pozwie określenia wysokości sumy pieniężnej odszkodowania sądowi lub biegłemu."

Jeżeli więc już wiemy, że powód żąda, dajmy na to, kwoty 63.213,88 zł musimy bardzo dokładnie przyłożyć się do drugiego elementu dokładnego określenia żądania, to jest "dlaczego". Pozew musi bowiem zawierać, jak to wskazuje art 187 §1 pkt 2 kpc, "przytoczenie okoliczności faktycznych uzasadniających żądanie". To zaś oznacza, iż musimy znowu wziąć kartkę (albo komputer) i wynotować dokładnie twierdzenia faktyczne podnoszone przez powoda jako podstawa faktyczna roszczenia. I z tym może być problem, bo nawet wśród zawodowych pełnomocników bardzo niewielu ma zwyczaj powoływania się wprost na okoliczności faktyczne zgłaszane na poparcie swego roszczenia, pomimo tego, że w zasadzie wystarczyłoby wymienić je w punktach. Trzeba więc tę robotę wykonać za nich, i to koniecznie, bo jak dotąd w całkiem sporej części spraw po zrobieniu tego stwierdzałem, że pan mecenas zapomniał o kilku bardzo istotnych twierdzeniach faktycznych. Na przykład w sprawie o odszkodowanie dla potrąconego na pasach pieszego powołano wiele faktów wskazujących na krzywdę, ale ani jednego z którego wynikałoby, dlaczego pozwany jest akurat ten ubezpieczyciel, nie mówiąc już o faktach z których można by wywieść odpowiedzialność kierowcy. Chociaż to ostatnie można w tym przypadku było zrozumieć o tyle, że wśród pominiętych faktów było to, że światło było czerwone, a pieszy bardzo mocno pod wpływem ciemnej strony księżyca. Owszem możemy się pewnych faktów domyślać, zwłaszcza na podstawie dołączonych do pozwu dokumentów, ale to nie zwalnia powoda, od powołania się wprost na te fakty. Niezależnie bowiem od tego co niektórzy piszą Sąd nie ma obowiązku czynienia ustaleń faktycznych, czyli ustalania na podstawie przedłożonych mu dowodów tych faktów, które będą istotne dla rozpoznania sprawy. Zadaniem sądu jest wyłącznie orzeczenie, czy fakty wywodzone przez stronę zostały udowodnione, i czy zaistnienie wywodzonych i udowodnionych faktów uzasadnia uwzględnienie roszczenia. Nie można bowiem twierdzić, iż sąd ma obowiązek udzielić stronie konsultacji prawnych polegających na przeanalizowaniu posiadanych przez nią dowodów pod kątem tego, jakie istotne dla sprawy fakty mogą być nimi udowodnione, i jeszcze wyręczyć ją w zgłoszeniu ich. Oparcie orzeczenia o okoliczności nie wskazane przez stronę, choćby wynikały one z przeprowadzonych w postępowaniu dowodów byłoby wprost orzeczeniem z wyjściem ponad żądanie pozwu, jako orzeczenie na innej podstawie faktycznej, niż wskazana przez powoda - to zaś jest wyraźnie zabronione art. 321 §1 kpc. Warto więc wyrobić sobie nawyk zadawania po przesłuchaniu świadka pytania, skoro art. 212  §1 kpc do tego obliguje, czy strona chce w oparciu o to zeznanie uzupełnić zgłoszone twierdzenia faktyczne. A jak już naprawdę nie da się pominąć jakiegoś faktu, który wynika z dowodów to przynajmniej zwrócić na niego uwagę stronom, chociażby po to, by mogły się wypowiedzieć co do tego, czy fakt ten jest prawdziwy czy też nie. Wyręczając strony należy jednakże zawsze rozważyć, czy przypadkiem wyręczając jedną z nich nie sprzeniewierzamy się zasadom bezstronności. Bo o ile prawda nigdy nie jest stronnicza, to dochodzenie do niej może już być. A gadanie, że sędzia winien dbać o to, by strony miały równe szanse w postępowaniu, czyli że ma być równe pole gry i tak dalej, to nic innego, jak zakamuflowane stwierdzenie, że sędzia ma być stronniczy na korzyść słabszego. 

Owo uzupełnianie twierdzeń faktycznych na podstawie przeprowadzonych dowodów nie może oczywiście iść zbyt daleko. Niestety utarła się praktyka, iż okoliczności faktyczne będące podstawą roszczenia są w toku postępowania ustalane, a nie dowodzone. Strony - także  reprezentowane przez zawodowych pełnomocników - idą do sądu tak naprawdę nie wiedząc jakie są fakty istotne dla sprawy, bo oczekują, że fakty te zostaną ustalone na podstawie zgłoszonych przez nich dowodów. Inaczej mówiąc zamiast przyjść do sądu z twierdzeniami, i udowodnić ich prawdziwość, przychodzą do sądu z dowodami, na podstawie których spodziewają się ustalić twierdzenia. To zaś, nawiasem mówiąc, jest jedna z istotnych przyczyn przewlekłości postępowań. Jeżeli bowiem przesłuchujemy wszystkich lekarzy i pielęgniarki, którzy kiedykolwiek znaleźli się w promieniu 50 m od łóżka pacjenta, żeby ustalić, czy w procesie leczenia nie było jakichś nieprawidłowości to to niestety musi trwać. Tyle tylko, że tak naprawdę nie musi, jeżeli właściwe będziemy stosować przepisy kpc, i przede wszystkim egzekwować wynikające z nich obowiązki nałożone na strony. Przykładowo dzisiaj zgłoszenie wniosku o przesłuchanie świadka zwykle następuje "na okoliczność stanu lokalu" albo "na okoliczności wskazane w uzasadnieniu". No to słucha się tego świadka i on coś nam tam mówi mniej więcej na temat. Popatrzmy jednak do art. 258 kpc, który tyczy się właśnie wniosku o przesłuchanie świadka:

"Strona powołująca się na dowód ze świadków obowiązana jest dokładnie oznaczyć fakty, które mają być zeznaniami poszczególnych świadków stwierdzone [...]"

No właśnie: "dokładnie oznaczyć fakty, które mają być stwierdzone". Nie "oznaczyć", a "dokładnie oznaczyć". Czyli wnoszący o przesłuchanie świadka ma konkretnie wskazać jakie fakty ten świadek ma potwierdzić. Fakty, a nie "okoliczności", a już w żadnym wypadku oceny. Nie można zatem wnosić o przesłuchanie świadka "na okoliczność wadliwości wykonanych prac". Należy konkretnie wskazać fakty, które ten świadek na potwierdzić. I nie, "wadliwość prac" to nie jest fakt - to jest ocena, sprowadzająca się do stwierdzenia, że stan faktyczny odbiega od stanu prawidłowego. Podobnie faktem nie jest też "sposób wykonania prac", fakt ma bowiem to do siebie że musi poddawać się ocenie w kategoriach prawda/fałsz. Taki świadek może zatem zeznawać co najwyżej na okoliczność tego, że parkiet się odkleił, drzwi zamontowano 5 cm nad podłogą, a w łazience wkuto 5 cm rurę w 6 cm ścianę - a strona ma obowiązek wskazać wszystkie te fakty, jeszcze zanim świadek zostanie przesłuchany. To, zaś, że strona nie wie, co świadek może ewentualnie wiedzieć to już jest problem strony - kodeks nie przewiduje bowiem przesłuchania świadków na okoliczność posiadanej przez nich wiedzy o nieznanych stronie faktach, które mogą być istotne dla rozpoznania sprawy. Skąd więc ma to wiedzieć? Niech zapyta świadka zanim go zgłosi - wszak kodeks nie zabrania kontaktowania się ze świadkami przed rozprawą celem ustalenia, co wiedzą o sprawie, a to że zawodowi wpisali sobie taki zakaz do kodeksów etyki to już ich problem. Te same rozważania tyczą się przy tym wszelkich dowodów przeprowadzanych przed sądem, art. 236 kpc wprost stwierdza bowiem, iż w postanowieniu dowodowym należy określić fakty podlegające stwierdzeniu - ponownie zatem fakty, nie zaś okoliczności. Sąd już dopuszczając dowód musi zatem wiedzieć, co konkretnie strona zamierza tym dowodem udowodnić, czyli prawdziwość jakich faktów zamierza wykazać. Bez ustalenia zakresu faktów, jakie mają być udowodnione nie sposób przecież jest stwierdzić, czy przeprowadzenie dowodu jest dopuszczalne - wszak dowód może dotyczyć tylko faktów istotnych dla rozpoznania sprawy (art. 227 kpc), nie wymagają go zaś fakty przyznane przez drugą stronę (art. 229 kpc).


Wydaje mi się, że gdyby sądy ściśle egzekwowały wymagania kontradyktoryjnego procesu, postępowania toczyłyby się szybciej, a i wszyscy mieli by mniej pracy. Problemem nie jest bowiem, a przynajmniej nie tylko, wadliwe prawo i procedury, a raczej wadliwa praktyka. Częściowo ukształtowana przez tradycję, częściowo wymuszona orzeczeniami sądów odwoławczych, a niekiedy i samego Sądu Najwyższego. To z samej góry pochodzi bowiem szkodliwy pogląd, że nie można zwrócić pozwu dlatego, że nie podano wszystkich okoliczności faktycznych, niezbędnych dla uwzględnienia powództwa w wypadku ich udowodnienia. Po walce z wiatrakami zaprzestałem więc praktyki zwracania pozwów różnych funduszy sekukuryku, opartych o twierdzenia faktyczne, że "wpisaliśmy sobie do księgi że on jest nam winien pieniądze, i potem przepisaliśmy to na ładną kartkę z pieczątką". Z tego samego powodu zaprzestałem zawieszania postępowań z powodu nie sprecyzowania podstawy faktycznej, wszak skoro nie udowodniono roszczenia trzeba je oddalić. A że potem pojawia się problem czy jest powaga rzeczy osądzonej czy nie - no to już inny problem. Kto wie, może jednak trzeba by zmienić te w zasadzie dobre przepisy, żeby zmienić przy okazji praktykę. Na przykład wpisując, że pozew musi zawierać "wymienienie" a nie "przytoczenie" okoliczności faktycznych.  Na razie jednak trzeba sobie radzić z tym co mamy. Kropla drąży skałę.