środa, 8 października 2014

Normy produkcyjne


Sięgnąłem na półkę z wpływem, czyli z nowymi sprawami, które otrzymałem do rozpoznania. Leżało na niej 24 sprawy, licząc tylko te wymagające rozpoznania na rozprawie. Licząc wszystkie było ich 36. Tyle nowych spraw dostałem w ciągu powiedzmy że półtora tygodnia, bo od poniedziałku do następnej środy. 24 sprawy do wyznaczenia na rozprawę, co oznacza dwa i pół dnia orzekania. Dwa i pół dnia orzekania, czyli półtora tygodnia, bo orzekam dwa razy w tygodniu i więcej się nie da z przyczyn zarówno technicznych (nie ma sal i ludzi do obsługi) jak i z przyczyn merytorycznych. Jeżeli wszystkie sprawy wyznaczyłbym na kolejne trzy dni sesyjne, to mógłbym liczyć, że uda mi się zakończyć na pierwszym terminie jakąś połowę, może 2/3 jeżeli będę miał szczęście, czyli 12, może 16 spraw. To oznacza że pokrycia wpływu nie będzie, nie mówiąc już o zmniejszeniu zaległości z powodu - jak to opisano w pewnym sprawozdaniu z lustracji - "nierównowagi między wpływem a załatwialnością". 

Hipotezę tę łatwo podeprzeć analizą wyników statystycznych, do których tak bardzo lubią się odwoływać najróżniejsi oceniacze i analitycy pracy sądów. Otóż wpływ we wrześniu spraw do mojego referatu - tylko tych wymagających wyznaczenia na rozprawy - to 52 sztuki. Załatwiłem 44, i musiałem napisać 16 uzasadnień, z czego jakieś 10 dla panów mecenasów, którzy nie przyszli na rozprawę i chcieli się dowiedzieć dlaczego wygrali. Ale o tym już  pisałem wiele razy więc drążył tematu nie będę. W skali dłuższej wygląda to podobnie. W roku bieżącym 2014 załatwiłem przez trzy kwartały 282 sprawy na rozprawach, licząc tylko sprawy rejestrowane w repertorium "C' "Cps" i "Ns". W tym samym czasie spraw z tej kategorii przydzielono mi 461. Tak jest. Przez trzy kwartały roku 2014 przydzielono mi o 179 spraw więcej niż byłem w stanie załatwić, a wynik na koniec roku zasadniczo się w tej dziedzinie nie poprawi, bo przede mną jeszcze 2 tygodnie urlopu a dodatkowo w końcu roku się nie sądzi. 179 spraw zaś to jak łatwo policzyć - 9 tygodni sądzenia po 20 spraw tygodniowo. I nie, w tej liczbie nie ma spraw gdzie pozwy zwrócono, odrzucono czy przekazano. Takie sprawy w ogóle nie są mi przydzielane, ja dostaję tylko te, które nadają się do rozpoznania. I wszystko się zgadza. Na koniec zeszłego roku terminy rozpraw miałem  wyznaczane na 2- 2,5 miesiąca naprzód. Teraz mam wyznaczone na 4 - 4,5 miesiąca w przód, Przy referacie wynoszącym łącznie 366 spraw, w tym 288 wymagających rozpoznania na rozprawie. 

A taki referat nie jest wcale jakiś nadzwyczajnie wielki, niektórzy sądzą po 500-700 spraw na raz, a czasem na jednego sędziego przypada nawet i 1000 spraw. I bynajmniej nie jest (a przynajmniej w większości przypadków nie jest) to spowodowane tym, że sędzia się leni, nie chce mu się pracować, albo nie potrafi sprawnie sądzić. Statystyka jest nieubłagana - nie da się załatwić wszystkich spraw, które trafiły na rozprawę, niezależnie od tego jak dobrze sędzia się przygotuje i jak sprawnie będzie orzekał. Ze spraw trafiających w danym dniu na rozprawę przeciętnie da się zakończyć pomiędzy 1/2 a 2/3 (i to raczej bliżej 1/2 niż 2/3) - bo zawsze coś w którejś wypadnie. I bardzo dobrze, bo na wydaniu wyroku sprawa się nie kończy - zwykle trzeba jeszcze napisać uzasadnienie, a jak z jednej sesji - czyli z jednego dnia - ma się do napisania 5 uzasadnień po 3 - 4 godziny na jedno... to naprawdę tych godzin w czasie doby zaczyna brakować. 

Ale wróćmy do tematu. Przyjmując więc ową realnie możliwą "załatwialność" na rozprawach na poziomie gdzieś pomiędzy 1/2 i 2/3 spraw rozpoznawanych łatwo zauważyć, że przy mniej więcej 20 sprawach rozpoznawanych tygodniowo (2 sesje po 10 spraw) statystycznie zakończyć uda się nie więcej niż 10-13 spraw. Miesięcznie zatem można dać sędziemu do rozpoznania nie więcej niż 40-50 spraw, czyli powiedzmy 550 spraw rocznie, a jeśli uwzględnimy miesiąc urlopu (8 sesji mniej) i różne święta i dni wolne (kolejne 4-6 sesji mniej) to otrzymamy wynik bliższy 475 sprawom możliwym do rozpoznania w ciągu roku,  i to jak dobrze pójdzie, bo generalnie im więcej trzeba robić na raz tym mniejsza relatywnie jest wydajność. Im więcej będzie więc do zrobienia, tym gorsze będą wyniki statystyczne. I to niezależnie od tego jak bardzo wzmocni się nadzór, jak bardzo absurdalne zarządzenia nadzorcze się wyda i jak surowymi karami dyscyplinarnymi zagrozi sędziemu. Taśmę - jak stwierdzono empirycznie w zakładach Forda - można przyspieszać tylko do pewnej szybkości, powyżej której wydajność mierzona w jednostce czasu spada, bo robotnicy nie nadążają wykonywać prawidłowo niezbędnych czynności i przez to jest dużo braków.

Co więcej, taka "norma" odpowiada normie maksymalnie wyśrubowanej. Takiej, że nie ma już przy niej miejsca na czasowe zwiększenie wydajności w razie potrzeby. Przy której wszystkie zegary mają wskazówki na czerwonym polu i bardziej obrotów się podkręcić nie da, utrzymywanie takiego obciążenia przez dłuższy czas skutkować będzie ostatecznie spadkiem wydajności niezależnie od tego jak bardzo wzmocni się nadzór. Jeżeli jednak przyjąć obciążenie "ekonomiczne", takie przy którym osiąga się największy komfort sądzenia i najlepsze wyniki jakościowe to normę tę trzeba wyliczyć biorąc za podstawę nie 8 tylko 6 sesji po 10 spraw miesięcznie, a jeszcze lepiej 6 sesji po 8 spraw. W takiej zaś sytuacji ilość spraw możliwych do załatwienia miesięcznie na rozprawie wynosić będzie nie 40-50, a 30-40, albo i 25-30, czyli uwzględniając urlop itp realnie jakieś 350 spraw, a najlepiej jakby to było nie więcej niż 300. Taką ilość spraw wymagających rozpoznania na rozprawie - przynajmniej w realiach mojego, wielkomiejskiego wydziału cywilnego, należy traktować jako maksymalną ilość spraw, które mogłyby zostać przez jednego sędziego  rozpoznane w ciągu roku mniej więcej rzetelnie i bez nieuzasadnionej zwłoki. Jeżeli przydzieli się ich sędziemu więcej to nastąpi to ze szkodą albo dla jakości orzekania, albo dla długości trwania postępowania, a zapewne dla jednego i drugiego. Ja przez trzy kwartały dostałem do rozpoznania 461 spraw wymagających przeprowadzenia rozprawy. Do końca roku będzie ich pewnie jakieś 600. Wnioski nasuwają się same...

To, co mnie najbardziej boli to to, że całej tej sytuacji nie rozumieją ci, których sprawa najbardziej dotyczy. Ci obywatele, którzy na rozprawę czekają miesiącami, i przy każdej nadarzającej się okazji psioczą na sędziów że są leniwi, nic nie robią i trzeba ich pogonić do pracy. A przecież przeciążanie sędziów pracą uderza najbardziej właśnie nie w sędziów, tylko w podsądnych, których pozbawia się w ten sposób w zasadzie prawa do rzetelnego rozpoznania sprawy. Bo o jakim rzetelnym rozpoznaniu może być mowa, jeżeli sędziemu na zapoznanie się ze sprawą zostaje w zasadzie kilkanaście czy kilkadziesiąt minut w przeddzień rozprawy, ponieważ wcześniej nie miał kiedy się tym zająć. Albo co gorsza czas na zapoznanie się z aktami przychodzi już po północy, w dzień rozprawy, po napisaniu "terminowych" uzasadnień. Co jakiś czas słychać skargi, że sędzia był nieprzygotowany, nie znał akt... i ja w te skargi wierzę. Bo niestety dopóki ktoś nie zrozumie, że nie można od sędziego żądać, by zajmował się jednocześnie setkami spraw, bo zwiększanie ilości następuje zawsze kosztem jakości to nic się w tej dziedzinie nie zmieni. 

wtorek, 30 września 2014

Długo, coraz dłużej


Wnioskując na podstawie mojego doświadczenia mogę stwierdzić, że najważniejszą przyczyną tego, że procesy nie kończą się na pierwszej rozprawie jest niestawiennictwo wzywanych świadków. Co więcej jeżeli świadków do przesłuchania jest więcej niż 3-4 rzadko zdarzało mi się, żebym zdołał przesłuchać wszystkich. Zawsze jakoś któregoś brakuje. Albo nie dostał wezwania, albo akuratnie miał coś ważniejszego do roboty, albo po prostu sobie nie przyszedł, bo nie. I choćby był to trzeci świadek zgłoszony na tę samą okoliczność (np. że powódka mówiła, że pozwany jest jej winien pieniądze) to równie rzadko zdarza się, aby wnoszący o jego przesłuchanie zrezygnował z przeprowadzenia tego dowodu - raczej wniesie o odroczenie rozprawy i ponowne wezwanie świadka, choćby miało to być za 3-4 miesiące. Dlaczego tyle? Bo sądząc dwa dni w tygodniu (więcej się naprawdę nie da) miesięcznie jestem w stanie rozpoznać 70-80 spraw, a mam ich jednocześnie do rozpoznania jakieś 250 (rocznie dostaję do rozpoznania co najmniej 1000 nowych spraw, z czego jakieś 2/3 wymaga rozprawy) I wszystkie muszą być wyznaczone na termin, bo przecież jak sprawa "leży bez terminu" to jest to "niczym nie uzasadniona przewlekłość".

No dobrze, ale nie o tym chciałem. To, co mnie najbardziej mierzi, to to, że z jakiegoś powodu zapewnienie stawiennictwa świadków jest uważane za mój, czyli sądu, problem. Strony, także te reprezentowane przez zawodowych pełnomocników, wydają się uważać, że ich rola kończy się na zgłoszeniu życzenia co do przesłuchania świadka, a dalej niech się już sędzia martwi.  I tłumaczy, dlaczego to tyle trwa, bo przecież strona ma prawo do rozpoznania sprawy bez nieuzasadnionej zwłoki. Tak jakby w procedurze nic się nie zmieniło i zadaniem sądu nadal było ustalenie prawdziwego stanu faktycznego, a nie tylko dokonanie oceny dowodów przedstawionych przez strony i w zakresie, w jakim zostały one zgłoszone. To zresztą widać także często przy przesłuchaniu świadków - państwo mecenastwo podejrzanie często sprawia wrażenie nie wiedzących co tak w ogóle chcą danym świadkiem sądowi udowodnić, i oczekujących, że to sąd coś z tego świadka wyciągnie. A ja muszę się wtedy zastanawiać, czy zadać to jedno istotne pytanie "z urzędu" żeby cokolwiek z tego dowodu uzyskać, wspierając w ten sposób jedną ze stron, czy może zostawić jak jest i zwolnić świadka ze świadomością, że właśnie zmarnowałem pół godziny swojego, i zapewne parę godzin jego czasu. Jeszcze ciekawiej jest, jak okaże się, że po wywołaniu stawił się sędzia, stawił się protokolant i stawił się świadek, natomiast pełnomocnik powoda, który wezwania owego świadka zażądał nie stawił się, wnosił o rozpoznanie pod nieobecność. Cóż mam wtedy zrobić? Zapytać co świadkowi jest wiadome w sprawie i jak powie że nic, to go zwolnić? Czyj w końcu to jest świadek?

Ponownie jednak odbiegał od tego, o czym chciałem pisać. Zacząłem od tego, że strony wydają się nie być zainteresowane tym, żeby zgłoszeni przez nie świadkowie stawili się na rozprawie. Wniosek o wezwanie świadka złożony, i już to nie jest ich problem. Naprawdę rzadko zdarza się, że świadek, który z jakiegoś powodu nie otrzymał wezwania stawił się jednak do sądu, bo o rozprawie poinformowała go strona. Raz tylko czy dwa zdarzyło mi się, że strona powiadomiła sąd (czyli mnie) że zgłoszony świadek nadal nie otrzymał wezwania, a jest ono mu potrzebne do pracy. Parę razy natomiast słyszałem na sali rozpraw stwierdzenie, że wezwany na świadka syn, brat, a raz nawet małżonek nie stawił się, bo nie dostał wezwania. Czy naprawdę nie można było mnie o tym poinformować wcześniej? Albo przynajmniej zapytać go o to wcześniej, a nie "dzisiaj rano", żeby był jeszcze czas coś zrobić? Czy jak się już zgłosiło na świadków swoich "sąsiadów od 30 lat" to może warto by było zapukać do nich i zapytać, czy dostali wezwania, i czy nie trzeba ich do tego sądu zawieźć?

Inny problem dotyczy tego, że zdecydowanie zbyt często strona zgłaszająca świadka w ogóle nie interesuje się tym, czy zgłoszony świadek faktycznie mieszka pod podanym adresem, czy jest w stanie się stawić na rozprawę, a w skrajnych przypadkach - czy w ogóle jeszcze żyje. Bo o takim "drobiazgu" jak to, czy świadek faktycznie coś wie to już nie ma co mówić. Króluje bowiem zgłaszanie świadków w oparciu o założenie, że ma coś ze sprawą wspólnego, to pewnie coś o sprawie wie. To, że świadek nie ma "coś o sprawie wiedzieć" tylko ma posiadać wiedzę o faktach przez stronę wywodzonych jako podstawa jej twierdzeń jakoś nieczęsto się przebija do świadomości coniektórych. Efektem tego wszystkiego jest zaś z jednej strony to, że czasem dwa - trzy razy odraczamy rozprawę bo świadek nie odbiera wezwań, po czym okazuje się, że nie odbiera bo tam nie mieszka. Pół roku - rok w plecy, bo pan czy pani mecenas zgłosili jako świadka na poparcie ich twierdzeń człowieka, o którym nic nie wiedzą. Na tej zasadzie pewien pełnomocnik pewnego ubezpieczyciela zgłosił w pewnej sprawie na świadka pasażera samochodu sprawcy. Dopiero po paru nieskutecznych wezwaniach okazało się, że ów pasażer w chwili wypadku miał 8 miesięcy. Kiedy indziej wezwano na świadka, i nawet o mało co nie ukarano grzywną zmarłego, bo pan mecenas nie zastanawiając się zbyt długo zażądał wezwania na świadka osobę, która widniała na jakiejś starej umowie. No ale przecież to nie jego problem, on najwyżej napisze skargę na przewlekłość jak sąd zmarnuje za dużo czasu usiłując przesłuchać tego świadka.

Żeby nie być jednostronnym to wrzucę też kamyczek i do swego ogródka. Niestety ponownie objawia się przy tym wszystkim jeden z sądowych grzechów głównych, jakim jest pobłażliwość. Pobłażliwość przy postępowaniu wobec świadków nie stawiających się na rozprawy i wobec stron, które bezmyślnie wnoszą o ich przesłuchanie. Cóż z tego, że na świadka można nałożyć grzywnę, skoro grzywna ta nie jest karą za zignorowanie wezwania, a środkiem służącym przymuszeniu, więc jak świadek raczy się stawić to trzeba mu ją uchylić.  Do tego o ile warunkiem uchylenia grzywny powinno być usprawiedliwienie nieobecności to nader często uchyla się ją jeżeli tylko świadek się stawi, bo potem z egzekwowaniem jej są problemy i w ogóle. Z tego samego zresztą powodu nie zawsze grzywnę się nakłada - trzeba przecież pisać postanowienie, doręczyć je, świadek może wnieść zażalenie, to będzie dodatkowa robota, po co to komu. A wystarczyłaby prosta zasada, że za niestawiennictwo wymierza się grzywnę, którą uchylić można tylko wówczas, gdy świadek wykaże, że niestawiennictwo było spowodowane przyczyną od niego niezależną, która była mu nieznana przed terminem rozprawy. Żeby potem nie było, że świadek nie stawił się, bo był na wycieczce, którą wykupił trzy miesiące wcześniej, tylko nie raczył powiadomić sądu. 

Do czego zmierzam? A do tego, że bardzo bym chciał, żeby wreszcie ci od stanowienia prawa na coś się zdecydowali. Albo mamy postępowanie kontradyktoryjne, i dowody przeprowadzają strony w obecności sądu, albo mamy inkwizycję i dowody przeprowadza sąd w obecności stron. Jeżeli to strony mają decydować jaki dowód chcą przedstawić, to niech same też ów dowód sprowadzą na salę. Czyli powiadomią świadka, w razie potrzeby przywiozą go, itd. Sąd może im co najwyżej wystawić urzędowy dokument nakazujący świadkowi stawienie się pod rygorem kary. A potem niech siedzą i zadają pytania. W końcu to ich świadek i to oni wiedzą, co on wie i co może na poparcie ich twierdzenia przedstawić. Jeżeli jednak mamy mieć inkwizycję to rola stron powinna ograniczać się do poinformowania sądu jakie ich zdaniem dowody są możliwe do przeprowadzenia, w tym kto może coś wiedzieć. Poinformowania, bez prawa domagania się, by sąd konkretny dowód przeprowadził, bo decyzja w tym przedmiocie winna należeć do sądu. Czyli koniec "wniosków dowodowych" które sąd uwzględnia albo oddala i jeszcze musi się tłumaczyć dlaczego tak zrobił. Jak inkwizycja - to inkwizycja.


Ech, rozmarzyłem się... ale wiem, że to nigdy nie nastąpi, bo panowie profesorowie proceduropisarze notorycznie chcieliby mieć ciastko i zjeść ciastko. Żeby było kontradyktoryjnie czyli szybko, ale żeby sąd też pomagał trochę tym co sobie nie radzą. Żeby sędzia miał władzę, ale kontrolowaną, żeby od wszystkiego można się było odwołać. Żeby tak było dobrze dla wszystkich i szybko jednocześnie. Ech...