piątek, 3 lutego 2012

Pytania do Prezydenta RP

W dniu 10 października 2011 r. „Iustitia” Kwartalnik Stowarzyszenia Sędziów Polskich przesłał Biuru Prasowemu Kancelarii Prezydenta RP listę pytań do Pana Prezydenta Bronisława Komorowskiego. Pytania te  napłynęły do redakcji Kwartalnika od sędziów z całej Polski, stanowiąc zebrane "w pigułce" problemy, obawy i wątpliwości sędziów co do pozycji ustrojowej sądów i sędziów. 

Pytano tam o wiele rzeczy. Między innymi o to dlaczego Pan Prezydent zdecydował się podpisać ustawę z dnia 18 sierpnia 2011 r. nowelizującą Prawo o ustroju sądów powszechnych, jakie argumenty przekonały go do tego pomimo tego, że krytyczne opinie pod jej adresem wyrazili nie tylko sędziowie ale i przedstawiciele organy takie jak Krajowa Rada Sądownictwa, Pierwszy Prezes Sądu Najwyższego, Prokurator Generalny, a nawet Helsińska Fundacja Praw Człowieka. Pytano też, czy Pan Prezydent popiera ideę powołania tzw. Okrągłego Stołu dla Sądownictwa i czy gotów jest go zwołać, ewentualnie objąć to przedsięwzięcie patronatem. Jak Pan Prezydent ocenia propozycję przeniesienia nadzoru administracyjnego nad sądami powszechnymi z Ministerstwa Sprawiedliwości do Kancelarii Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego? Jak Pan Prezydent ocenia obecny system dochodzenia do zawodu sędziego? A nawet czy Pan Prezydent ma wśród swoich doradców jakiegokolwiek sędziego lub sędziego w stanie spoczynku?

(Pełna lista pytań tutaj

 Poproszono mnie, bym napisał o tym na swoim blogu dlatego, że niestety do chwili obecnej Pan Prezydent nie znalazł czasu na to, by udzielić odpowiedzi na te pytania, i określić w ten sposób swe stanowisko wobec sądownictwa. 15 września 2011 r. Biuro Prasowe Kancelarii Prezydenta odpowiedziało, że:

Z przykrością informujemy, że ze względu na napięty kalendarz Pana Prezydenta udzielenie wywiadu w chwili obecnej nie będzie możliwe. Prosimy o cierpliwość. 
Potem, na uprzejmą prośbę o udzielenie odpowiedzi na pytania chociażby tylko na piśmie, w kolejnym liście z 4 listopada 2011 r. napisano:

z przykrością informujemy, że powyższa informacja jest w dalszym ciągu aktualna i dotyczy również udzielenia odpowiedzi na przesłane pytania.
Pan Prezydent jest niewątpliwie bardzo zajętą osobą. Bardzo prawdopodobne jest zatem że informacja o tym, że jakiś "niszowy" kwartalnik ma do niego jakieś pytania mogła nawet do niego nie dotrzeć, bo decyzje co do tego, czy Pan Prezydent w danej sprawie ma czas dla prasy, czy też nie podejmują pewnie pracownicy biura prasowego albo któryś z wspierających Prezydenta pracowników Kancelarii. Ciężko zatem obwiniać Pana Prezydenta za to milczenie, choć wydawałoby się, że takie kwestie jak sytuacja w wymiarze sprawiedliwości powinny być traktowane priorytetowo. Nawet gdyby miało się to odbyć kosztem innych zaplanowanych zadań, na przykład... no właśnie. Na przykład czego?

Wraz z prośbą o opublikowanie tych pytań i tego tekstu podrzucono mi jako ciekawostkę listę wybranych spotkań Prezydenta RP w okresie po przedstawieniu mu owej listy pytań. Tych, z których składał się jego "napięty program" który zdaniem pracowników biura prasowego Kancelarii nie pozwalał im przedstawić zadanych przez sędziów pytań Panu Prezydentowi. Zajrzałem tam. Nawet sprawdziłem dokładnie, czy na oficjalnej stronie internetowej Prezydenta RP są one wymienione. Były. A wygląda to tak:

18 października 2011 r. - Prezydent otworzył w Zamościu (Lubelskie) nową szkolną halę sportową. 
24 października 2011 r. - Prezydent podziwiał dzieła polskiego baroku.
5 listopada 2011 r. - Prezydent uczestniczył w obchodach Hubertusa
9 listopada 2011 r. - Prezydent wziął udział w Gali Charytatywnej w rocznicę debiutu GPW na giełdzie,
29 listopada 2011 r. - Prezydent uczestniczył w posiedzeniu Senatu Akademii Wychowania Fizycznego
30 listopada 2011 r. - Prezydent otworzył nowy odcinek autostrady A2
4 grudnia 2011 r. - Prezydent odwiedził kopalnię węgla kamiennego „Bogdanka” k. Łęcznej
3 stycznia 2012 r. - Prezydent z Małżonką wzięli udział w uroczystej premierze najnowszego filmu Agnieszki Holland, "W ciemności"

Na dzisiaj to tyle. Wniosków żadnych nie wyciągam. Niech każdy wyciągnie własne.

sobota, 28 stycznia 2012

Sąd honorowy

Jakiś czas temu na zaprzyjaźnionym blogu przeczytałem bardzo interesujące podsumowanie koncepcji i wielkiego sukcesu e-sądu mającego stanowić – w świetle tego co politycy mówią do kamer – sztandarowy przykład pozytywnych przemian w wymiarze sprawiedliwości. Określono tam e-sąd mianem „sądu honorowego”. A to dlatego, że ów „sąd” wydając nakazy zapłaty nie sprawdza niczego, nie analizuje dowodów, nie bada czy roszczenie znajduje w nich oparcie, nie zastanawia się nawet, czy jest ono zasadne. Dlaczego? Ano dlatego, że w tym „sądzie” żeby dostać nakaz zapłaty wcale nie trzeba przedstawić dowodów, wystarczy napisać jakimi dowodami chciałoby się udowodnić to żądanie. A napisać można tam cokolwiek, bo nikt tego nie ma prawa sprawdzić, zaś samo oświadczenie co do zgłaszanych dowodów nie jest składane pod rygorem odpowiedzialności karnej za złożenie fałszywego zeznania w wypadku, gdyby zgłoszonych dowodów się nie posiadało. „Sąd” ten wydaje zatem nakazy „na słowo honoru” wierząc, że faktycznie to, co napisano w pozwie, to jest prawda. Że faktycznie jest taki dług, że istnieje faktura na daną kwotę i że dany człowiek faktycznie podpisał umowę z której wynika obowiązek zapłaty. Pytanie tylko ile wart jest honor takiego e-powoda i jego pełnomocnika. Czy faktycznie można mu ufać, bo jego słowo jest więcej warte niż pieniądze, czy też może obowiązuje tu zasada, że w biznesie wszystkie chwyty dozwolone, śmierć frajerom i takie tam. Popatrzmy zatem jak ów e-„sąd” widać z perspektywy „prawdziwego” sądu.

No tak. Na początek może warto zapytać jak do zasady zaufania do powoda ma się na przykład wnoszenie pozwów o zapłatę, w których jako dowody przywołuje się „fakturę VAT, jeżeli ją wystawiono” albo „aneks do umowy, jeżeli go podpisano”? Czyż nie oznacza to przypadkiem tyle, że rzeczony powód, a w zasadzie jego pełnomocnik nie tylko nie wie tego, czy zgłoszone przez niego dowody potwierdzają jego roszczenie, ale nawet nie jest w stanie stwierdzić, czy one w ogóle istnieją. Czy faktycznie taki ktoś zasługuje na to, by wierzyć mu na słowo? A co z tymi, którzy jako „dowód” w postępowaniu elektronicznym powołują tylko „umowę cesji wierzytelności” i „oświadczenie o dokonaniu cesji”. W jaki sposób na podstawie takich „dowodów” mogą oni ocenić, czy dochodzone przez nich roszczenie w ogóle istnieje? Skąd bierze się ich przekonanie, że wierzytelności, które kupili rzeczywiście istnieją i są wymagalne? A to nie są przykłady brane ze spraw, w których e-sad odmówił wydania nakazu. Takie "kwiatki" trafiają do mnie po sprzeciwach od nakazów wydanych na podstawie takich "dowodów" !

Dalej, jak długo można wierzyć na słowo powodowi, który wnosząc pozew do e-sądu zgłasza jako dowód fakturę VAT, której faktycznie nie posiada, i której pewnie nawet nie widział na oczy? A takich przypadków jest mnóstwo – wystarczy przywołać tylko te, w których po wezwaniu do przedłożenia dowodów zgłoszonych w pozwie złożonym w EPU nadchodzi pismo, w którym pełnomocnik powoda informuje, że zgłoszonych przez siebie dowodów, to on tak naprawdę nie ma, więc wnosi, by sąd zażądał przedłożenia ich przez jakąś osobę trzecią – najczęściej zbywcę wierzytelności. I najwidoczniej nie widzi nic złego w tym, że właśnie zażądał zasądzenia od jakiegoś człowieka sporej kwoty pieniędzy nie wiedząc nawet, czy faktura, na którą się powołał faktycznie potwierdza to, co napisał w pozwie. Nawiasem mówiąc w jednym z takich przypadków, po zapoznaniu się z samą fakturą okazało się, że wystawiono ją na panią Henrykę, a nie, jak pan mecenas raczył napisać w pozwie, pana Henryka. I cóż z tego? Ano nic. Pan mecenas napisał pismo „prostujące oczywistą omyłkę w pozwie”. Jakoś nie zauważył chyba, że największą pomyłką było tu wniesienie przez niego pozwu bez zapoznania się z dowodami, na których miał być oparty.

A czasem bywa jeszcze gorzej. Oto po przekazaniu sprawy przez e-„sąd” prawdziwemu sądowi, okazuje się, że zamiast powołanych jako dowody „umowy”, „faktury”, „noty obciążeniowej” i takich tam pełnomocnik powoda przedstawia sądowi tylko „załącznik do umowy cesji” albo „wyciąg z wykazu wierzytelności”. Inaczej mówiąc ze złożonego przez niego pozwu wynika, że domaga się on zapłaty takiej, a takiej kwoty, w oparciu o konkretnie wskazane faktury, ale jak przychodzi co do czego, to to na dowód tego że powodowi należą się pieniądze przedstawia kartkę papieru, na której sam napisał, że powodowi należy się od pozwanego tyle, a tyle pieniędzy. Śmieszne? Też, ale częściej żałosne. Zwłaszcza wtedy, gdy taki "dowód" składany jest w odpowiedzi na sprzeciw od nakazu zapłaty, w którym pozwany kwestionuje istnienie długu, podnosząc, iż powód nie przedstawił żadnych dowodów. Muszę przyznać, że za każdym razem zastanawiam się, jak można robić coś takiego i się tego nie wstydzić. I jak to się ma do profesjonalizmu, etyki i takich tam haseł, którymi regularnie „korporacyjni” odpowiadają na propozycje „otwarcia zawodów prawniczych”.

Czy w takiej sytuacji uczciwym wobec obywateli jest dalsze funkcjonowanie pseudosądu wydającego hurtowo nakazy zapłaty „na słowo honoru”, gdy ów honor jak się okazuje jest łatwo wymienialny na „interes klienta”? Wydaje się jednak, że na szybkie ucywilizowanie tej fabryki nakazów nie ma co liczyć. Zbyt duży sukces medialny, i zbyt ładnie wyglądają okrągłe liczby „załatwionych spraw”. Dopóki taki e-nakaz wydany na „słowo honoru” w oparciu być może istniejące dowody i uprawomocniony „na awizie” nie dotknie osobiście któregoś z prominentnych polityków to problemu zapewne nie będzie. Bo, to, że bicie rekordów „załatwień” w e-sądzie następuje kosztem zwykłych obywateli nikogo nie obchodzi. Ale zapewne nawet i wtedy panowie politycy zamiast uderzyć się we własne piersi, które tak gorliwie wystawiają do kamer przy okazji kolejnych „sukcesów” e-sądu będą poszukiwać winnych wśród złych, niedouczonych sędziów, którzy nie dorośli do prawidłowego korzystania z tak wspaniałego narzędzia jakim jest e-sąd, przez co ośmielili się wydać nakaz przeciwko Panu Ministrowi wyłącznie dlatego, że ktoś napisał, ze Pan Minister jest mu winien pieniądze. A to przecież oczywiste, że Pan Minister nie jest nikomu nic winien. Co świadczy o tym, że należy dalej wzmocnić nadzór polityków nad sądami, żeby do takich pomyłek nie dochodziło...