czwartek, 28 kwietnia 2016

Spłaszczenie


Proszono mnie o napisanie czegoś na temat planowanych reform w sądownictwie. Proszę bardzo, ale o czym mam pisać? Jak dotąd nie usłyszeliśmy żadnych konkretów, poza sloganami rzucanymi do mediów, zaś ludzie którzy teoretycznie powinni coś wiedzieć po usłyszeniu pytania o szczegóły dostawali  nagłej amnezji. Podobno ma być zlikwidowany podział sądów na wydziały, podobno też ma być "spłaszczona struktura" sądów przez likwidację jednego szczebla. Ale jak konkretnie? A tego to już nikt chyba jeszcze nie wie... co dziwi biorąc pod uwagę, że wszyscy są przekonani, że uda im się to wprowadzić 1 stycznia 2017 r. Jedyne co mogę więc zrobić to wyrazić swój pogląd (albo opinię) w przy kawie i ciasteczkach na temat samej idei spłaszczenia struktury sądów poprzez likwidację jednego ze szczebli i pozostawienie tylko dwóch - sądu I instancji i sądu II instancji. 

Sama idea odejścia od dzisiejszego podziału kognicji pomiędzy sądy rejonowe i okręgowe bardzo mi się podoba, gdyż podział ten jest obecnie nielogiczny, niespójny, i w zasadzie nie wiadomo czemu służący. Bo w zasadzie to niby dlaczego niektóre sprawy rozpoznaje w pierwszej instancji sąd rejonowy, a inne sąd okręgowy? Jakie jest uzasadnienie dla tego rozdzielenia? Szczególna waga spraw rozpoznawanych przez sąd okręgowy? Wyższy stopień ich trudności i skomplikowania? Większa doniosłość dla stron i wpływ na ich sytuację prawną? Takie pewnie uzasadnienie usłyszymy w odpowiedzi na tak postawione pytanie. Ja jednak śmiem wątpić w prawidłowość tych tez, a przynajmniej w konsekwencję ustawodawcy przy ich wdrażaniu. Dość stwierdzić, iż będąc młodym asesorem przyszło mi orzekać w sprawie o stwierdzenie nabycia spadku (z bardzo trudną kwestią "cudownego ozdrowienia" w celu sporządzenia testamentu ustnego) a następnie działu spadku gdzie do podziału była warta wiele milionów kamienica. Musiałem zdecydować jak ją podzielić i jakie spłaty zasądzić, a zasądzane kwoty szły w miliony złotych - to tyle jeśli chodzi o potrzebę powierzania spraw o duże pieniądze doświadczonym sędziom. W sądzie rejonowym orzekałem też o zasiedzeniu działki wartej prawie 10 milionów złotych, jak i o tym, czy ważna jest umowa sprzedaży gruntu na trasie planowanej autostrady, a więc kto dostanie kilka leżących w depozycie milionów złotych, a w grę wchodziła kwestia ważności pełnomocnictw udzielonych według prawa obcego. Zasądzanie kilkusettysięcznych spłat w prawie o podział majątku było zaś standardem wszędzie tam, gdzie w grę wchodziło mieszkanie - czyżby te pieniądze i ludzie zobowiązani do ich zapłaty nie byli tak ważni jak ci, od których żąda się zapłaty takiej kwoty jako odszkodowania, ceny, czy spłaty kredytu? Czy to znaczy że oni nie zasługują, by ich sprawę zbadał sędzia sądu okręgowego? Czy faktycznie ich obowiązek zapłaty 300.000 zł tytułem spłaty udziału w spadku nie jest aż tak doniosły dla ich sytuacji osobistej i majątkowej jak obowiązek zapłacenia 80.000 zł zaległego kredytu mieszkaniowego?

Druga rzecz to to, że sam wzrost wartości przedmiotu sporu w żaden sposób nie przekłada się na wzrost stopnia trudności i skomplikowania sprawy. Jeżeli bowiem rozpoznaję sprawę o zapłatę sumy wekslowej wpisanej na wekslu wręczonym na zabezpieczenie umowy leasingu, to badanie sprawy, i zarzuty jakie mogą być podniesione mogą być dokładnie takie same, niezależnie od tego czy na wekslu będzie wpisane 20.000 zł czy 200.000 zł. Zarzuty i problemy prawne związane ze sprawą o zwrot opłaty likwidacyjnej w polisolokacie nie zmienią się wyłącznie z tego powodu, że ktoś umoczył w tym interesie więcej i opłata likwidacyjna przekroczyła 75.000 zł. Podobnie zakres czynności i decyzji, jakie trzeba podjąć nie będzie zależał od tego, czy ktoś za potrącenie go na przejściu dla pieszych żąda 60.000 zł czy 80.000 zł. Ustalenie wysokości opłaty rocznej to dokładnie taka sama decyzja niezależnie od tego czy rozpoznajemy pozew właściciela lokalu, któremu podniesiono opłatę z 300 na 700 zł, czy pozew dewelopera, któremu podniesiono ją z 300.000 na 800.000 zł. Jaka jest różnica pomiędzy rozliczaniem spłat kredytu udzielonego w kwocie 10.000 zł i 100.000 zł? Zazwyczaj jedyna różnica pomiędzy sprawami znajdującymi się we właściwości sądu rejonowego i we właściwości sądu okręgowego to liczba cyfr w wartości przedmiotu sporu.

Jeżeli zaś przyjrzeć się sprawom cywilnym, które z uwagi na przedmiot powierzono rozpoznaniu sądom okręgowym to też raczej nie potwierdzają one tezy o potrzebie większego doświadczenia itd. Cóż tam bowiem mamy? Sprawy o roszczenia niemajątkowe? O przeproszenie, o wykreślenie z bazy dłużników, o zaprzestanie dzwonienia w sprawie długu? A co w tych sprawach tak szczególnego, że wymagają one specjalnej kategorii sędziów do ich rozpoznania? Co więcej w skutek dziwnej decyzji ustawodawcy, w sprawie żądania zapłaty 50.000 zł za opublikowanie w gazecie zdjęcia majtek celebrytki orzekać będzie sąd rejonowy, ale jeśli rzeczona celebrytka zażąda jeszcze przeprosin, to wtedy o wszystkim będzie decydował sąd okręgowy. A przesłanki roszczenia i zakres decyzji do podjęcia jest przecież taki sam. Sprawy o ochronę praw autorskich? Do tego też nie potrzeba sądu okręgowego, a co najwyżej sędziego wyspecjalizowanego w tej tematyce, która wprawdzie jest specyficzna, ale bynajmniej nie trudniejsza niż inne dziedziny prawa. Roszczenia z prawa prasowego? No, to chyba przekazano sądom okręgowym wyłącznie w celu dowartościowania dziennikarzy, bo tu już absolutnie nie rozumiem co w tychże roszczeniach jest aż tak skomplikowane, że nie można powierzyć orzekania o tym sędziom sądów rejonowych. Uchylenie uchwał wspólnot mieszkaniowych? Oczywiście niewątpliwie słuszne jest żeby to sąd okręgowy rozstrzygał odwołanie pana Zdzisława od uchwały wspólnoty w sprawie zrobienia drugiej furtki od tyłu, albo odwołania pana Marka, który uważa że nie można go obciążać kosztami utrzymania windy, bo on windą nie jeździ. A jeśli chodzi o rozpoznawanie przez sądy okręgowe spraw rozwodowych to wszyscy chyba wiedzą, że decyzja o przesunięciu ich z sądów rejonowych do okręgowych miała charakter ściśle ideologiczny. Po prostu panowie posłowie pewnej zapomnianej już partii uważali, że utrudniając możliwość uzyskania rozwodu (bo do sądu okręgowego jest dalej) przyczynią się do umocnienia nierozerwalności małżeństwa, zapewniając sobie w ten sposób skrócenie mąk czyśćcowych . 

Z tego wynika, że istnienie dwóch szczebli sądów pierwszej instancji w obecnym kształcie jest całkowicie nieuzasadnione, nie ma bowiem powodu by pewne sprawy rozpoznawał sąd rejonowy, a inne okręgowy, zwłaszcza że w wielu kwestiach mamy do czynienia z "przepołowieniem" spraw w oparciu o kryteria w żaden sposób nie związane ze stopniem trudności czy doniosłości rozstrzygnięcia. Nieliczne przypadki, gdy rozpoznawanie spraw pewnego rodzaju wymaga szczególnej wiedzy czy umiejętności można by zaś załatwić tworząc wyspecjalizowane sądy bądź wydziały zajmujące się konkretnymi kategoriami spraw - np sprawami z zakresu prawa autorskiego. Nie oznacza to jednak, że sama idea istnienia dwóch szczebli sądownictwa pierwszoinstancyjnego jest zła, przeciwnie, uważam że powinna być ona utrzymana, ale na innych zasadach i z uwzględnieniem praktycznego celu, jakiemu winna ona służyć. Nie jestem zatem wprost zwolennikiem "spłaszczenia struktury sądów" a wyłącznie właściwego jej ukształtowania.

Po pierwsze podział na dwa szczeble sądów I instancji nie powinien być podziałem na sąd "zwykły" i "wyższy", ale na sąd "zwykły" i "niższy". Sprawy powinny być zatem wydzielone z kognicji "zwykłego" sądu nie dlatego że są trudne czy szczególnie istotne, a wręcz przeciwnie - dlatego że są proste, drobne. Wszak już Rzymianie mawiali "de minimis non curat praetor", czyli sąd nie zajmuje się drobiazgami. Inaczej mówiąc podział powinien polegać na powołaniu sądu zajmującego się sprawami drobnymi, na wzór anglosaskich small claims courts, to zaś jakie konkretnie kategorie sprawy ostatecznie zostałyby zaliczone do tych "drobnych", jest tu kwestią wtórną, do rozstrzygnięcia chociażby w oparciu o doświadczenia krajów, gdzie takie sądy funkcjonują. Drugą istotną rzeczą, jest natomiast to, że sprawy te nie powinny być rozpatrywane w taki sam sposób i na takim samym poziomie jak zwykłe sprawy, bo po prostu nas na to nie stać, ani finansowo, ani organizacyjnie. Powołaniu sądów do spraw drobnych winno zatem towarzyszyć odpowiednie dostosowanie procedur, nic nam bowiem nie przyjdzie z tego, jeżeli te sprawy będą nadal sądzone tak samo, tylko pod inną nazwą sądu. Należy ożywić procedurę postępowania uproszczonego, wprowadzając w niej rzeczywiste uproszczenia, dostosowane do charakteru spraw rozpoznawanych przez sądy dla spraw drobnych. Dziś bowiem postępowanie "uproszczone" nie jest absolutnie w niczym uproszczone - jest ono co najwyżej okrojone o instytucje, których zresztą dość rzadko się używa. 

Zmiana struktury sądów to skomplikowany proces, przed przeprowadzeniem którego należy przede wszystkim zdecydować jaki skutek zamierza się w ten sposób osiągnąć. Proste "spłaszczenie" przez przyłączenie sądów rejonowych do okręgowych (albo odwrotnie) samo przez się nie rozwiąże największego problemu sądownictwa, jakim jest nadmiar spraw do rozpoznania. Natomiast połączenie "spłaszczenia" z redukcją kognicji poprzez "wyprowadzenie" prostych spraw do sądów pokoju (czy jak je tam będzie zwał) jak najbardziej. Obawiam się jednak, że to zadanie przerośnie naszych aktualnych reformatorów, i skończy się na nie do końca przemyślanych zmianach, po których znowu posprzątać będą musieli sędziowie. Albo jeszcze na czymś gorszym, ale na czym nie napiszę, żeby nie narazić się na zarzut szkalowania i prowadzenia gry politycznej, który teraz tak często pojawia się, gdy ktoś ośmieli się nie podzielać zdania rządzących na temat tego co im wolno a czego nie... historia magistra vitae est...


 

niedziela, 10 kwietnia 2016

Jedwab cięty na szmaty


Dyskusje na temat czasu pracy sędziego koncentrują się zwykle na dosłownym rozumieniu tego pojęcia, jako czasu poświęcanego przez sędziów na pracę. Na tym ile sędziowie pracują, czy jest to mało, czy dużo, i jak się ma do różnego rodzaju norm czasu pracy. Warto jednak spojrzeć na czas pracy sędziego inaczej - nie od strony robotnika-sędziego a od strony zarządzającego całą tą wytwórnią wyroków, który musi odpowiednio manipulować dostępnymi mu zasobami materiałowymi, sprzętem i pracownikami.
"Czas” w tym przypadku rozumieć należy w najprostszy sposób, jako ilość godzin i minut poświęcanych na wykonywanie czynności związanych z rozstrzyganiem spraw. Tak jak w kosztorysie budowlanym przewiduje się określoną ilość roboczogodzin na wykonanie więźby dachowej czy wykopanie dołu. W tym aspekcie praca sędziego nie różni się przecież w żaden spob od pracy robotnika budowlanego - wykonanie czynności orzeczniczych także wymaga pewnej ilości czasu, owych „sędziogodzin” pracy. Jest to po prostu pewne dobro, które można rozpatrywać w kategoriach zapotrzebowania (czyli tego ile czasu jest potrzebne by wykonać pracę) i dostępności (czyli tego, ile czasu mogą poświęcić dostępni sędziowie). Tylko takie rozumienie pojęcia czasu pracy pozwoli bowiem spojrzeć na niego „po gospodarsku” i dostrzec pomijane dotąd problemy.
Po pierwsze wydaje się, że zarządzający sądami (w najszerszym tego słowa znaczeniu) zapominają, że czas pracy sędziego jest „cenny”. Nie chodzi mi tu przy tym o to, ile praca sędziów kosztuje państwo (czyli Pana, Panią, i nas wszystkich), i czy to dużo czy mało. Dla potrzeb tych rozważań czas pracy sędziego traktować należy jako cenny w takim samym sensie, jak mówi się, że cenna jest woda na pustyni. Jego wartość nie wynika bowiem tylko z ceny, którą należy za ów czas zapłacić, ale przede wszystkim z tego, że jest on niezbędny dla realizacji założonego celu i jednocześnie dostępny w ograniczonej ilości. Bez pracy sędziów nie jest bowiem możliwe sprawowanie wymiaru sprawiedliwości, zaś ilość „sędziogodzin” możliwych do wykorzystania na ten cel w ciągu dnia, miesiąca czy roku jest ściśle ograniczona. To, że czas pracy sędziego określony jest wymiarem nałożonych na niego zadań nie zmienia bowiem faktu, iż człowiek jest w stanie pracować bez przerwy tylko przez pewien czas.
To, jaka ilość sędziogodzin jest dostępna w danym okresie rozliczeniowym (ile by on nie trwał) zależna jest tylko od dwóch rzeczy: od tego ilu sędziów pracuje i od tego ile godzin każdy z nich może przeznaczyć na pracę. Pierwsze z tych dwóch zależy od tego, ilu sędziów zostanie przez suwerena zatrudnionych, to zaś od tego ile suweren chce wydać na ich zatrudnienie (bo za darmo przecież pracować nie będą), czy będzie kogo zatrudnić (bo to jednak nie jest kopanie rowu, ani przykręcanie śrubek na taśmie) i czy będą mieli gdzie pracować (czyli znowu pieniądze, tym razem na budynki). Natomiast przy rozważaniu tego, gdzie leży górna granica dziennego (ale tak samo miesięcznego i rocznego czasu pracy sędziego) zwykle wskazuje się, że czas ów ogranicza prawo sędziego do wypoczynku. Nie sposób nie zgodzić się z tym poglądem, znajdującym także poparcie zarówno w orzecznictwie krajowym jak i europejskim. Sądy wielokrotnie potwierdzały bowiem fakt, iż nawet zadaniowy czas pracy nie jest nieograniczony i musi uwzględniać prawo do wypoczynku. Czas pracy sędziego ogranicza jednak dodatkowo coś znacznie ważniejszego, niż prawo do wypoczynku. A jest to spoczywający na nim obowiązek wypoczynku.
W tym miejscu może paść pytanie, z czego miałby wynikać ów obowiązek wypoczynku ograniczający czas pracy sędziego. Odpowiedź na to pytanie jest zaś bardzo prosta – z tego samego, z czego wynika obowiązek wypoczynku kierowcy ciężarówki. W przypadku kierowców dostrzeżono bowiem, że bezpieczeństwo wymaga zachowania przez nich przy wykonywaniu pracy odpowiedniego poziomu sprawności intelektualnej, czujności, zdolności kojarzenia faktów, czasu reakcji – czyli tego wszystkiego, na co negatywnie wpływa zmęczenie. Oczywiście można w tym miejscu zapytać, co to ma wspólnego z sędziami, choć odpowiedź powinna nasuwać się sama. Praca sędziego to ciągłe kojarzenie faktów, przeprowadzanie eksperymentów myślowych, podejmowanie decyzji. Wraz ze zmęczeniem wzrasta ryzyko popełnienia błędu, którego konsekwencje mogą być bardzo poważne. Skoro nie pozwalamy zmęczonemu kierowcy ciężarówki prowadzić samochodu w obawie o to, że może popełnić błąd, który skończy się wypadkiem to dlaczego mielibyśmy pozwalać zmęczonemu sędziemu decydować o wolności, majątku czy losach przedsiębiorstwa? Z uwagi na to ograniczenie czasu pracy sędziego poprzez spoczywający na nim obowiązek wypoczynku traktować należy nie w kategoriach prawa czy przywileju sędziego, a jako sposób na zapewnienie obywatelom prawa do rzetelnego rozpoznania ich sprawy. Obywatel ma bowiem prawo, by jego najważniejszą sprawę w życiu sądził sędzia skoncentrowany na sprawie i przeprowadzanych dowodach, a nie na tym, żeby nie zasnąć. 

Skoro zatem już wiemy, że dostępna ilość sędziogodzin pracy jest ograniczona (bo nie da się w nieskończoność zwiększać ilości sędziów, ani też wydłużać im czasu pracy, należy przyjrzeć się, jak ten cenny i ograniczony zasób jest wykorzystywany. Dziś bowiem nie przykłada się do tej kwestii zbyt wiele uwagi, co skutkuje tym, że owo cenne dobro jest marnotrawione na robienie rzeczy, których sędziowie robić nie powinni, albo bez zrobienia których też można by osiągnąć oczekiwany cel. Marnotrawstwo to przybiera wiele postaci, dających się jednakże sprowadzić do wspólnego mianownika, jakim jest zła organizacja pracy, wynikająca zarówno z wadliwych przepisów ustawowych jak i będąca skutkiem nieprzemyślanych zarządzeń nadzorczych, a niekiedy nawet zwyczaju. Czas pracy sędziego marnotrawiony jest na przykład wszędzie tam, gdzie wykorzystuje się go do wykonywania czynności „technicznych”, takich jak podejmowanie decyzji co do wydawania kopii i odpisów orzeczeń, udzielanie odpowiedzi na zapytania innych sądów i organów, obsługa systemu komputerowego, w tym wszelkie "odnotowywanie" w nim czynności. To samo dotyczy także wszelkich czynności „nadzorczych” sprowadzających się niejednokrotnie do sporządzania szeregu pism zawierających informacje co do toku spraw bądź wyjaśnienia i odpowiedzi na pytania. Sędzia powinien bowiem podejmować wyłącznie czynności niezbędne do rzetelnego rozpoznania sprawy. Zlecanie mu robienia czegokolwiek innego jest jak cięcie cennego jedwabiu na ścierki do sprzątania – możliwe, ale jednocześnie będące strasznym marnotrawstwem
Drugim, choć nie wiadomo czy nie istotniejszym źródłem marnotrawstwa czasu sędziego jest zajmowanie się na raz wszystkimi przydzielonymi do rozpoznania sprawami. Konieczność prowadzenia postępowań jednocześnie w kilkudziesięciu, a często nawet kilkuset sprawach powoduje bowiem, że sędzia nie jest w stanie zapamiętać, co w każdej z tych spraw się działo. To zaś powoduje konieczność ponownego przeczytania i przeanalizowania sprawy przed podjęciem każdej decyzji, i tak naprawdę przed każdym terminem rozprawy. Duża ilość jednocześnie prowadzonych spraw oznacza bowiem automatycznie duże odstępny pomiędzy kolejnymi rozprawami. Rachunek jest prosty – przy 70 sprawach rozpoznawanych miesięcznie (7 sesji po 10 spraw na każdej) przy 300 sprawach pierwszy wolny termin na który można będzie rozprawę odroczyć będzie za cztery miesiące. Po czterech miesiącach trudno zaś spodziewać się, by sędzia pamiętał, co się w sprawie działo, musi więc poświęcić swój czas na ponowne jej przeczytanie. 

Nie można także pominąć strukturalnego marnotrawstwa czasu sędziego jakim jest rozbuchana kognicja sądów. Najpierw była to rewolucyjna reakcja na czasy komuny, gdy wszystko wrzucano do sądów bo one niezależne i niezawisłe, w odróżnieniu od złej władzy. Stąd wzięło się też, że obywatel który dopuścił się nieobyczajnego leżenia w stanie pijanym na trawniku, albo prowadzenia psa bez kagańca, ma prawo do zbadania swej sprawy przez sąd, i to nawet okręgowy, jeżeli dajmy na to kara 50 zł grzywny mu się nie spodoba. Sądy stały się też listkiem figowym dla poczynań władzy - bo jak się powie, że ostatecznie to sąd decyduje to już wszystko jest w porządku. Sztandarowy przykład takiej polityki to BTE - niby sąd wydawał orzeczenie, więc w razie czego było na niego, ale tak naprawdę nie miał możliwości badania niczego poza tym, czy zgadza się liczba pieczątek. Owszem, korona z głowy sędziom nie spadnie, jak pochylą się także nad drobnymi sprawami, które dla poszczególnego obywatela mogą być bardzo ważne. Podobnie jak i nic się nie stanie jak będziemy szyć z jedwabiu nie tylko garnitury, ale i kombinezony robocze. Taki kombinezon będzie owszem spełniał swoją funkcję, a jego użytkownik będzie czuł się dowartościowany. Tyle tylko, że odbędzie się to kosztem kogoś, kto będzie potrzebował ślubnego garnituru, ale go nie dostanie, bo akurat zabrakło nam jedwabiu.


Uzdrowienie sytuacji w sądach z punktu widzenia czasu pracy sędziego wymaga po pierwsze zaakceptowania zasady, iż celem działania sądów nie jest pokrywanie wpływu i osiąganie dobrych wyników statystycznych, a rzetelne rozpoznawanie spraw obywateli. Rzetelne rozpoznawanie spraw obywateli wymaga zaś tego, by sprawy te rozpoznawali sędziowie, którzy nie są przemęczeni pracą, którym umożliwiono, a może nawet nakazano, odpoczynek umożliwiający zachowanie niezbędnej sprawności umysłowej. Zaakceptowanie tego faktu uczyni oczywistą konieczność dokonania przeglądu zarówno ustawodawstwa jak i praktyki, by odnaleźć i zlikwidować przypadki marnotrawstwa czasu sędziego. W pierwszej jednak kolejności należy wyeliminować wszelkie przypadki, w których na sędziów nakładane są obowiązki o charakterze „technicznym”, nie będące niezbędnymi dla rzetelnego rozpoznania sprawy. Należy też rozważyć odstąpienie od praktyki jednoczesnego kierowania na rozprawę wszystkich przydzielonych sędziemu spraw, ograniczając liczbę rozpoznawanych jednocześnie spraw do takiej, która umożliwia sędziemu kontrolę nad nimi. W wielu przypadkach nie będzie to nawet wymagało zmian legislacyjnych, a jedynie zmiany dotychczasowego zwyczaju, powstałego samorzutnie bądź ukształtowanego przez lata szeregiem zarządzeń nadzorczych, na który wszyscy narzekają, ale postępują zgodnie z nim. Podobno każda rewolucja zaczyna się od pytania „dlaczego?”, może warto więc częściej to pytanie zadawać.