środa, 23 grudnia 2015

W burzy oklasków...


Ci, co czytywali moje teksty publikowane w różnych miejscach wiedzą, że od pewnego czasu Trybunał Konstytucyjny nie wzbudzał u mnie zbyt ciepłych uczuć. W ostatnich latach, także za sprawą swego prezesa i jego kontrowersyjnej aktywności prawie-że-politycznej dosłużył się szeregu niezbyt pochlebnych określeń. Trybunał Prostytucyjny, Trybunał Budżetowy, Trybunał Prorządowy - te określenia pojawiały się w różnych dyskusjach, gdy zapadało kolejne "kontrowersyjne" orzeczenie, zwłaszcza w sprawach dotyczących statusu sędziów. Wiele z tych orzeczeń obejmowało zresztą uznanie za konstytucyjne tego, z czego wykuwa się dzisiaj oręż w obronie demokracji. Czy ktoś jeszcze pamięta  jednodniowe vacatio legis ustawy zamrażającej wynagrodzenia sędziów? Pan prezes Trybunału był uprzejmy wówczas stwierdzić, że wszyscy zainteresowani mieli czas się przygotować do nowej sytuacji, bo projekt był omawiany w mediach, więc musieli o nim wiedzieć. Wtedy też pan prezes nie uważał też za stosowne wyłączyć się od rozpoznawania sprawy, pomimo tego, że wyszedł na jaw fakt, że wcześniej udzielił rządowi "konsultacji" z której wynikało, że jeżeli "zamrożenie" będzie jednorazowe to będzie konstytucyjne. Pamiętamy też, jak od Wysokiego Trybunału dowiedzieliśmy się, że nie zasięgnięcie opinii KRS o projekcie ustawy to nic takiego, a przeprowadzenie pierwszego czytania ustawy ustrojowej na posiedzeniu komisji nie narusza Konstytucji. Dowiedzieliśmy się też, że ustalanie kryteriów oceny sędziów w rozporządzeniu ministra jest zgodne z Konstytucją, a ustalanie w ten sposób kryteriów oceniania nauczycieli już nie. Nikt jakoś się też nie martwił tym, że niektóre skargi "nabierają mocy urzędowej" miesiącami, a chyba nawet i latami. I chyba tylko w środowisku sędziów pojawiały się komentarze, że sędzia sądu powszechnego, który prowadziłby w taki sposób rozprawę miałby przed sobą bardzo nieprzyjemną rozmowę z rzecznikiem dyscyplinarnym.

Jakoś nie było też wcześniej słychać zgodnego chóru oburzonych łamaniem podstawowych zasad demokratycznych, gdy projekty opracowane w Ministerstwie Sprawiedliwości wchodziły pod obrady Sejmu jako projekty poselskie, by ominąć obowiązek konsultacji. Nie słychać było powszechnego oburzenia gdy kardynalne zmiany ustawy pojawiały się jako "poprawki poselskie" podczas drugiego czytania - w dodatku zgłaszane przez posłów, którzy nie potrafili ich nawet uzasadnić, i musieli prosić o pomoc przedstawicieli ministerstwa. Podobnie jakoś nikomu nie przeszkadzało, gdy debata na komisji sejmowej kończyła się odrzuceniem głosami koalicji rządzącej wszystkich poprawek wniesionych przez posłów opozycji, co ciekawe w większości głosami posłów, którzy ewidentnie nie wykazywali zainteresowania przebiegiem obrad i tym co było mówione. Już wtedy zastanawialiśmy się do czego może być zdolna rządząca wówczas władza, i jak bardzo Trybunał będzie skłonny naciągnąć konstytucję i jaką jeszcze nadrzędną zasadę konstytucyjną (po zasadzie priorytetu równowagi budżetowej) będzie w stanie wymyślić. Nawet pozwoliłem sobie stwierdzić, że Szanowny Trybunał opacznie chyba rozumie swe podstawowe zadanie, jakim jest dbanie o to, by ustawy uchwalane przez parlament były zgodne z Konstytucją RP. Bo wniosek płynący z jego orzecznictwa był taki, że nie wiadomo, jak daleko musiałby się posunąć ustawodawca w ograniczaniu niezależności sądów by Trybunał powiedział "nie wolno".

Gdyby więc parę miesięcy temu zapytano mnie, czy Trybunał Konstytucyjny wymaga głębokich zmian to bym powiedział że oczywiście i natychmiast.  Bo jest nieefektywny. Nie budzi zaufania co do swej apolityczności. Wydaje orzeczenia, których uzasadnienie sugeruje, że szukano na siłę argumentacji korzystnej dla rządu. Proponowałbym w pierwszej kolejności likwidację go, i przekazanie kwestii orzekania o konstytucyjności ustaw Sądowi Najwyższemu. Jeśli zaś to byłoby niecelowe z przyczyn organizacyjnych to zalecałbym zreformowanie Trybunału w taki sposób by maksymalnie ograniczyć możliwość upolityczniania go i jego decyzji. Byłbym więc za tym, aby odebrać ciałom politycznym prawo wysuwania kandydatów na sędziów Trybunału. Kandydatów powinny zgłaszać organy samorządowe poszczególnych zawodów prawniczych, Krajowa Rada Sądownictwa, I Prezes SN, Prezes NSA, rady wydziałów prawa albo senaty uczelni wyższych (oczywiście z wyłączeniem "wyższych szkół prawa, marketingu i wizażu") i inne podobne gremia. Generalnie ważne by były to ciała jednocześnie apolityczne i zdolne do dokonania oceny, czy zgłaszana osoba faktycznie "wyróżnia się wiedzą prawniczą", jak wymaga tego Konstytucja. Ważne też, by były to ciała, które zgłaszając daną osobę na stanowisko sędziego TK zaręczyłyby za tę rekomendację swoją powagą i reputacją. Rola Sejmu ograniczałaby się wtedy wyłącznie do dokonania wyboru sędziego spośród przedstawionych mu kandydatów, nie byłoby zatem możliwości wystawienia i przegłosowania przez większość parlamentarną na zaszczytne stanowisko "zasłużonego towarzysza, na lojalności którego można będzie polegać". Następnie postulowałbym także zmianę sposobu procedowania przez TK, poprzez wprowadzenie zasady losowania składu, by wyeliminować wszelkie podejrzenia o to, że do rozpoznania konkretnej skargi wyznacza się sędziów mających "odpowiednie" poglądy. Byłbym także za zastrzeżeniem w ustawie, że każda sprawa musi trafić na wokandę nie później niż sześć miesięcy po jej wniesieniu, by nie było możliwości trzymania skarg bez końca w "zamrażarce". To moim zdaniem byłoby wystarczające, by "naprawić" Trybunał i powoli odbudować jego autorytet. By "jazda po bandzie" ze strony władzy ustawodawczo-wykonawczej nie kończyła się przesuwaniem band w stronę tłumu, z jednoczesnym poturbowaniem najbliżej stojących widzów.

Niestety to, co nam zafundowała obecna władza to nie jest żadna "naprawa". Niezależnie od tego co mówią pomysłodawcy (a raczej frontmeni) pomysłu wymóg orzekania w pełnym składzie w kolejności wpływu spraw będzie oznaczał całkowity paraliż Trybunału. Sprawy może i będą rozpoznawane, ale zanim skargi wnoszone na obecnie uchwalane ustawy dotrą na początek kolejki minie pewnie kilka lat. To zaś oznacza, że w miejsce jazdy po kiepskiej, niestabilnej bandzie będziemy mieć jazdę bez żadnych band, na skróty przez tłum widzów, jeżeli będzie to konieczne do osiągnięcia celu. Nic w zasadzie nie będzie też stało na przeszkodzie uchwaleniu ustawy, która przyzna prezydentowi prawo wydawania dekretów - jak się komuś to nie podoba, niech się skarży do Trybunału Konstytucyjnego, bo mamy przecież domniemanie konstytucyjności. Oczywiście mogą się postawić sędziowie w sądach powszechnych i odmówić stosowania tych dekretów jako niekonstytucyjnych, ale zawsze można będzie wtedy sięgnąć w ramach polityki historycznej do doświadczeń z 20-lecia międzywojennego, gdy po zamachu majowym dekretami prezydenta zawieszano okresowo niezawisłość sędziów, co pozwalało usuwać tych, którzy nie rozumieli, że teraz rządzi Sanacja i mają się jej słuchać. Nic też nie stanie na przeszkodzie by na wzór bratnich Węgier  zmienić ordynację wyborczą tak, by najwięcej mandatów wybierano w okręgach gdzie partia rządząca ma przewagę, uchwalić podwyższenie VAT do 27%, albo nawet idąc krok dalej wprowadzić ustawę antyterrorystyczną, w której za akt terroru politycznego uznać każdą krytykę rządu. A jak się to komuś nie podoba to może się odwołać do pełnego składu węgla konstytucyjnego.

Jakiś czas temu pisałem, że brunatno widzę przyszłość tego kraju. Wysłuchany niedawno wykład o wczesnej historii narodowego socjalizmu utwierdził mnie w tym przekonaniu, zwłaszcza informacja o tym, że jednym z aktów prowadzących ostatecznie do anschlussu Austrii było obezwładnienie tamtejszego sądu konstytucyjnego poprzez nakazanie mu orzekania w pełnym składzie. Po obejrzeniu wczorajszych obrad Sejmu zrozumiałem zaś jak wiele było prawdy w stwierdzeniu księżniczki Amidali, że wolność ginie w burzy oklasków. W burzy oklasków i okrzyków "demokracja, demokracja"...

Życzę wszystkim Wesołych (na tyle, na ile to jeszcze możliwe) Świąt. I Nowego Roku co najmniej tak szczęśliwego jak ten mijający. Kto wie, co przyniesie następny rok...