piątek, 25 listopada 2011

Wzór na adwokata

Aby móc się ubiegać o ustanowienie pełnomocnika z urzędu strona musi złożyć oświadczenie, z którego wynika, że nie jest w stanie ponieść kosztów wynagrodzenia adwokata lub radcy prawnego bez uszczerbku utrzymania koniecznego dla siebie i rodziny. Taka zasada wynika z przepisu art. 117 kpc. Tak, wiem, że to dotyczy tylko osób, które nie uzyskały zwolnienia z kosztów sądowych, ale to w sumie wychodzi na jedno, bo zwolnienie od kosztów też przyznaje się osobie, która wykaże, że nie jest w stanie ponieść itd... Chodzi mi natomiast o co innego. O to komu powinien się należeć pełnomocnik z urzędu, a komu nie.

Sprawa wydaje się prosta, wystarczy podstawić dane do prostego wzoru, który wprowadza ów przepis. Bo jeżeli koszt wynagrodzenia pełnomocnika jest większy od różnicy pomiędzy dochodami a kosztami koniecznego utrzymania to pełnomocnik się należy. Problem w tym, że to równanie jest równaniem (a raczej nierównością) z trzema niewiadomymi. Aby je rozwiązać trzeba ustalić to, ile wynosi koszt wynagrodzenia pełnomocnika, jaka jest wartość dostępnych zasobów majątkowych strony, oraz ile wynoszą koszty koniecznego utrzymania jej i jej rodziny. To zaś jest w praktyce znacznie trudniejsze niż się wydaje.

Zacznijmy podstawianie do wzoru od lewej strony, czyli od tego, ile wynoszą koszty wynagrodzenia pełnomocnika, które strona musiała by ponieść, gdyby takowego zatrudniła na własną rękę. Ale skąd wziąć takie dane? Oczywiście mogę posłużyć się do tego celu rozporządzeniami Ministra Sprawiedliwości, określającymi stawki wynagrodzenia pełnomocników z urzędu. Tyle tylko, że zatrudnienie na wolnym rynku adwokata do sprawy o eksmisję z mieszkania na pewno nie kosztuje, jak chce tego owo rozporządzenie, 120 złotych, a 60 zł to kosztuje przejrzenie dokumentów, a nie prowadzenie całej sprawy o stwierdzenie nabycia spadku. Poza tym wszelkie tego rodzaju tabele i wykazy stawek są bez sensu, bo przecież sprawa jest sprawie nierówna. I pełnomocnik pełnomocnikowi też nie. Nie można patrzeć na pracę pełnomocnika jak na pracę mechanika samochodowego, i zadekretować że wymiana oleju kosztuje tyle, a wymiana tłumika tyle. Bardziej pasowałoby tu porównanie z pracą architekta projektującego dom na zamówienie, od podstaw, dopasowanego do konkretnej działki i uwzględniając życzenia, potrzeby i możliwości klienta. Tam nikomu nie przychodzi do głowy by wprowadzić jakiś „urzędowy” cennik, że zaprojektowanie domu dwupiętrowego z garażem, stojącego na zboczu o nachyleniu ponad 20% kosztuje tyle a tyle, dlaczego więc ma być urzędowo określane ile kosztuje prowadzenie sprawy sądowej danego rodzaju? A ustalanie wysokości wynagrodzenia w zależności od wartości przedmiotu sporu jest tak samo sensowne jak ustalanie wysokości składki ubezpieczeniowej w zależności od pojemności silnika. Tudzież obowiązujące w czasach minionych uzależnianie wysokości cła na importowane samochody od tego, ile samochód ważył.

Jeżeli zatem nie tabelki „urzędowych” stawek to co? Rzeczywiste stawki rynkowe? Dobrze by było, ale skąd je wziąć? Pewnego razu, gdy rozpoznawałem wniosek o przyznanie pełnomocnika z urzędu to próbowałem się dowiedzieć na jakie honorarium zgodził się pełnomocnik przeciwnej strony, żeby ustalić o jakich stawkach mówimy. Zostałem jednak poinformowany, że to jest tajemnica handlowa, klient nie wyraża zgody na ujawnienie itp. Innym razem (a w zasadzie wiele razy) o to ile kosztowałoby zatrudnienie pełnomocnika pytałem tego, który wnosił o ustanowienie takowego z urzędu. I tylko raz mi się zdarzyło, że człowiek podał konkretne kwoty. Reszta odpowiadała, że nie wie, albo że nie pytała, albo że nie interesowała się. A na pytanie, skąd w takim razie wiedzą, że ich nie stać, padała zwykle odpowiedź, że „oni słyszeli, że to drogo kosztuje”. No i jak na tej podstawie mogę ustalić czy ich faktycznie stać, czy nie? Może internet? Wszak w googlach jest przecież wszystko, co nie?

Ktoś, kto poszukuje informacji o kosztach zatrudnienia pełnomocnika w internecie może natrafić na dwa rodzaje informacji, w dodatku ze sobą sprzecznych. Z jednej strony (głównie wśród dymiących zgliszcz wokół dyskusji o „otwarciu zawodów prawniczych”) można znaleźć informację, że usługi prawne są tanie, że porada to tylko 50 zł, i że ludzie bez szemrania płacą 200 zł dentyście, a jak tyle trzeba zapłacić adwokatowi, to twierdzą że to za drogo. Z drugiej strony są informacje, że adwokat zażądał „kosmicznej” stawki, płacenia za każdą rozprawę, 20% od wygranej i jeszcze zwrotu kosztów dojazdu „no i kogo na to stać”. Prawda pewnie leży gdzieś pośrodku, ale to nie przybliża mnie nawet na krok do rozwiązania problemu. Nadal nie wiem ile wynosi koszt zatrudnienia pełnomocnika. A to dopiero początek...

sobota, 19 listopada 2011

Pełnozurzędownicy

Długo nosiłem się z zamiarem napisania o pełnomocnikach z urzędu, bo temat jest bardzo interesujący i to z wielu różnych stron. I wydaje się że właśnie nadeszła właściwa pora. Parę dni temu przeczytałem w prasie artykuł poświęcony tej tematyce, napisany – zgodnie z obowiązującą tendencją – w oparciu o tezę, że głupi sędziowie bezmyślnie przyznają pełnomocników, bo nie chce im się dobrze sprawdzać, czy takowy się należy, a to wszystko z naszych podatków. Wypowiadało się tam wiele osób, przytaczano liczne przykłady jak to na przykład ktoś dostał adwokata z urzędu a okazało się, że akuratnie jeździ sobie za granicą na nartach. Mam nadzieję tylko, że autorka tej wypowiedzi pamiętała, że przez całkiem długi czas po wyroku Trybunału Konstytucyjnego podważającym zasady przyznawania pełnomocników wcale nie trzeba było być biednym, by otrzymać pełnomocnika z urzędu... ale to akurat jest mało istotny szczegół.

Wskazywano tam, że sądy powinny częściej korzystać z możliwości, jakie dają przepisy i przeprowadzać dochodzenia co do stanu majątkowego. A najlepiej, gdyby takie wnioski rozpoznawali dopiero po zobaczeniu jak dana osoba wygląda... Da się zrobić. Można wyznaczać posiedzenia jawne w przedmiocie wniosku o ustanowienie pełnomocnika z urzędu, przeprowadzać dochodzenia, zwracać się do US, ZUS, KRUS i innych urzędów by zweryfikować prawidłowość twierdzeń zawartych w oświadczeniu. Tyle tylko, że wtedy ci sami adwokaci, którzy dziś pomstują na sędziów, że pochopnie przyznają pełnomocników pomstowali by na nich za przewlekanie postępowań – bo posiedzenie, dochodzenie i takie tam trwałoby minimum trzy miesiące. No i pewnie jeszcze byłoby coś o zmuszaniu ubogich do poddania się „upokarzającej procedurze”. Przypomniano by też pewnie że obowiązującą ideą jest to, że państwo nie może zakładać, że obywatel chce go oszukać i takie tam. No więc jak ma być? Szybko, łatwo i z zaufaniem do obywatela, czy może wolno, trudno i zakładając, że każdy obywatel to oszust?

Zdziwiło mnie też trochę to, że jeden z komentujących sprawę adwokatów czuł się zbulwersowany tym, że sąd ustanowił obrońcę z urzędu osobie, która wcześniej miała dwóch obrońców z wyboru. Bo przecież skoro stać go było na obrońcę z wyboru to znaczy że nie należy mu się obrońca z urzędu... Ciekawe. Może więc niech Naczelna Rada Adwokacka wyda jakieś zarządzenie zabraniające adwokatom z wyboru składania wniosków o zwolnienie ich klientów od kosztów sądowych, no bo przecież skoro kogoś stać na zatrudnienie adwokata to nie należy mu się też zwolnienie od kosztów sądowych. I niech robi dyscyplinarki swoim kolegom, którzy składają oświadczenie o wypowiedzeniu pełnomocnictwa i jednocześnie wniosek o ustanowienie ich pełnomocnikami z urzędu, motywowane tym, że klientowi skończyły się pieniądze na dalsze ich zatrudnianie. A co do wypowiedzi pana mecenasa to przez grzeczność nie zapytam, czy przypadkiem w tej akurat sprawie obrona nie była obowiązkowa.
 
Narzekania ze strony zawodowych pełnomocników na obecny system pomocy prawnej z urzędu słychać od dłuższego czasu. Że pochopnie, że za grosze, że bez sensu, że sąd ustanawia pełnomocników osobom niezrównoważonym psychicznie ponieważ wtedy to nie on się musi z nimi dogadywać tylko musi to robić pełnomocnik. Chociaż w tym ostatnim przypadku nie bardzo rozumiem o co chodzi. Czy przypadkiem praca pełnomocnika nie polega właśnie na tym, żeby ustalić czego klient chce i przełożyć to na roszczenia, twierdzenia i zarzuty procesowe? Czy to zadaniem sądu jest praca ze stronami i ustalanie możliwych do zgłoszenia roszczeń i żądań? O nie, to jest zadanie pełnomocnika, to on jest pośrednikiem i tłumaczem pomiędzy stroną i sądem. To właśnie jego zadaniem jest pomóc stronie która jest nieporadna, niezorganizowana, bądź nie jest w stanie podejmować racjonalnych decyzji. Od tego właśnie są pełnomocnicy, i właśnie po to ustanawia się ich z urzędu. Bo nie sposób jest stwierdzić, udział pełnomocnika w sprawie, w której powód czy pozwany nie potrafi odróżnić faktów od urojeń nie jest potrzebny.

Niezależnie od powyższego zgadzam się z tym, że obecny system przyznawania pomocy prawnej z urzędu, owego „prawa ubogich” jest zły, nie działa prawidłowo, i wymaga zasadniczych zmian, i to dotykających samych fundamentów tego systemu. Nie wystarczy tutaj zmienić zasad wynagradzania pełnomocników (bo obecnie obowiązujące faktycznie są idiotyczne) czy też wprowadzić surowszych rygorów oceniania komu tenże pełnomocnik się należy a komu nie. Trzeba zmienić samą ideę leżącą u podstaw przydzielania tego rodzaju pomocy, poprzez jednoznaczne określenie, iż przyznanie pełnomocnika z urzędu jest świadczeniem z zakresu pomocy społecznej. A dlaczego? To postaram się wyjaśnić wkrótce, bo wygląda na to, że kwestii pełnomocnikowania z urzędu poświęconych będzie kolejnych kilka wpisów. Bo w końcu ile można pisać o doręczeniach przez podwójne awizo, przedsiębiorcach, którzy uważają że zadaniem sądów jest pomaganie im w ściąganiu należności od dłużników, czy też o pełnomocnikach, którzy wyręczają się sądem w gromadzeniu dowodów, albo wnoszą pozwy przeciwko fakturom. Co nie zmienia faktu że nadal uważam, że obowiązek doręczenia pozwanemu odpisu pozwu powinien spoczywać na powodzie.

piątek, 11 listopada 2011

Raport

Parę dni temu opublikowany został raport jakiejś fundacji "Court Watch Polska" która postanowiła uznać się za kompetentną do pilnowania czy sądy dobrze sądzą. Posłała więc do sądów "obserwatorów" którzy mieli wyrazić swoje opinie, w oparciu o które wyrażono opinie i sugestie zebrane na 160 stronach wydanych na koszt Fundacji Batorego. Prawdę mówiąc nie bardzo mnie to interesowało, bo takich raportów to pojawia się co roku kilka, a jeden głupszy od drugiego. Jak na przykład ten sprzed paru miesięcy, w którym paru wesołków stwierdziło, że dostępność do sądów jest ograniczona, bo na stronach internetowych sądów nie podano bezpośrednich numerów telefonów do sędziów, a jak strony dzwonią do sekretariatu, to sędziowie nie chcą z nimi rozmawiać. Zwrócono jednakże moją uwagę na to, że jedna z autorek owego "raportu" pozwoliła sobie zacytować w nim - i oczywiście skrytykować - jedną z moich wypowiedzi zamieszczonych jakiś czas temu na tym blogu. W takiej zaś sytuacji nie wypadało się do owej krytyki nie ustosunkować.

W rozdziale raportu zatytułowanym "służebna rola sądu w praktyce zacytowano fragment mojej wypowiedzi zawartej we wpisie z 13 października 2011 r. 

"Sądząc, z wypowiedzi, które towarzyszą nawoływaniom do wprowadzenia takiej „reformy” sąd ma przestać być władzą a stać się służącym, którego zadaniem jest dać „obywatelowi” to, czego zażąda, a od niego samego niczego nie żądać. Ma robić wszystko, by „obywatel” uzyskał taki wyrok jak chce i to szybko i bez wysiłku z jego strony"

pisząc iż tekst ten świadczy  o tym, że "nie każdy sędzia dobrze rozumie swoją rolę społeczną", bo przecież:

“Służebna rola sądu nie sprowadza się do spełniania oczekiwań jednostek, ale do służenia dobru publicznemu – czasem zgodnie, a czasem wbrew oczekiwaniom poszczególnych osób”

I tutaj pytanie za 100 punktów. Czym różni się ta wypowiedź od mojej. Ja też przecież pisałem o tym, że sądy nie istnieją po to by spełniać życzenia stron, chociaż moja wypowiedź odnosiła się w zasadzie do kwestii proceduralnych. Być może z tego powoda autorka tej części raportu nie do końca zrozumiała moją wypowiedź, bo zakładam, że na tyle dobrze rozumie ona tekst pisany, by dostrzec, że w cytowanej wypowiedzi nie zawarłem mojego poglądu, lecz pogląd przeze mnie krytykowany. Co wynika dokładnie z dalszej części wpisu, a zwłaszcza z ostatniego akapitu, w którym napisałem:
 
Sąd „dla obywatela” nie może zatem oznaczać sądu w którym można łatwo uzyskać wyrok zasądzający dochodzoną należność. [...] Sąd nie jest od pomagania komukolwiek i wyręczania kogokolwiek w czymkolwiek. Bo sąd, który pomaga jednej ze stron jest sądem stronniczym. Na ołtarzu sprawności, szybkości i usprawnienia dochodzenia roszczeń nie wolno poświęcać praw stron do uczciwego procesu i bezstronnego rozpoznania sprawy.

Trudno jednakże jednoznacznie się wypowiadać na temat tego jakie były motywy krytyki mojego stanowiska w tej sprawie, bo dalsza część wypowiedzi autorki - która miała "wyjaśniać" jej stanowisko niczego tak naprawdę nie wyjaśnia. Bo sprowadza się ona do tego, że zdaniem autorki istnienie zadłużenia alimentacyjnego winno stanowić negatywną przesłankę podwyższenia alimentów, a jak sądy tego nie rozumieją to znaczy że nie są "służebne". I że ogólnie sądy zasądzają za wysokie alimenty i powinny zasądzać niższe, to wtedy urząd w którym ona pracuje nie musiałby tyle płacić. 

Lektura tego kawałka raportu (a czytało się to gorzej niż niejeden pieniacki pozew) spowodowała, że postanowiłem sprawdzić, czy reszta raportu jest tak samo "obiektywna" Wczytałem się więc dokładniej w to, co popełniono, i już na wstępie znalazłem taki o to "kwiatek": 

"Najczęściej jednak przejawem deficytu kultury jawności było ustalanie celu wizyty publiczności oraz legitymowanie i wpisywanie nazwisk obserwatorów do akt sprawy, a więc działania neutralizujące rzadko spotykaną przez sędziów rejonowych sytuację, w której na sali znajduje się jakiś anonimowy przedstawiciel społeczeństwa."

Że co proszę? Czy człowiek, który to napisał ma JAKIEKOLWIEK pojęcie o procedurze sądowej i COKOLWIEK wie na temat praktyki sądowej? To nawet nie jest niekompetencja, to jest totalna i absolutna ignorancja, która całkowicie dyskwalifikuje i autorów, i cały ten raport. Zapytanie o nazwiska, a także wylegitymowanie ma na celu tylko jedno - sprawdzenie, czy osoby, które zgłosiły się jako publiczność nie zostały zgłoszone jako świadkowie. Bo jeżeli tak, to należy ich usunąć z sali, by nie mogli słuchać, co mówią inni. Odnotowanie nazwisk w protokole służy temu, by w przyszłości nie było wątpliwości co do tego, czy osoba, którą zgłoszono na świadka była wcześniej obecna na rozprawach czy nie. A legitymowanie ułatwia też późniejsze dyscyplinowanie publiczności, na wypadek gdyby zachowywała się nieprawidłowo.  To jest oczywiste dla każdego, kto ma choćby podstawową praktyczną wiedzę w zakresie funkcjonowania sądów. Ale niestety nie dla przedstawicieli owej Fundacji, która automatycznie uznała, że jest to przejaw "antyobywatelskiej" postawy sędziów. No cóż, można się tego było spodziewać skoro "dokopywanie" sędziom jest w tym kraju niemal narodowym sportem.

Taka "wpadka" już na samym początku podważa rzetelność także innych informacji na temat sposobu funkcjonowania "ocenianych" sądów w zakresie sposobu prowadzenia rozpraw. Przytaczane przykłady "nieprawidłowości" stwierdzone zostały bowiem, jak widać, przez ludzi, którzy nie wiedzieli na co patrzą i co widzą. To zupełnie jakby postanowili sobie poobserwować sposób przeprowadzania operacji w szpitalach i wyrażali opinię, że "niedopuszczalne jest, żeby lekarze nie reagowali na piszczenie aparatury". Nie mam nic przeciwko obecności publiczności na sali rozpraw, ale jeżeli owa publiczność przychodzi tam z zamiarem oceniania mnie (i zgłaszania potem sugestii co do "poprawy" mojego postępowania) to chciałbym, żeby były to osoby kompetentne. Na przykład wiedzące dlaczego sędzia wypytuje publiczność o nazwiska. I zdające sobie sprawę z tego, że "mamusie" płaczące na zawołanie są na porządku dziennym, i sędziowie nie takie przedstawienia na sali widzieli. A przywołanie takich "aktorów" do porządku może nastąpić tylko poprzez jednoznaczne i brutalne danie im do zrozumienia, że sędzia się na ten cyrk nie nabiera.

Dopóki zatem owa Fundacja nie znajdzie kompetentnych obserwatorów, niech ograniczy się do sprawdzania, czy w sądach są czyste łazienki. Bo do tego się akurat nadaje, o czym świadczy poświęcona temu część "raportu".



poniedziałek, 7 listopada 2011

Przypadkowy człowiek

Od pewnego czasu zauważyłem, że pisma składane przez strony trafiają do mojej szafy z coraz większym opóźnieniem. Coraz dłużej czeka się też na wykonanie zarządzeń, by kogoś wezwać, albo się gdzieś zwrócić. Znaczy sekretariat się obija, lenie nic nie robią tylko piją kawę i gadają o pieluchach no i trzeba by to wszystko wyrzucić na zbitą twarz. Tyle tylko, że gdy w niedzielę siedziałem sobie w pracy (tak to jest jak człowiekowi urlopów się zachciewa) to spotkałem tam także kilku tych leni, którzy roznosili pocztę, przygotowywali wezwania, pakowali akta dla biegłych. Bo niestety pracy jest coraz więcej, a pracowników nie przybywa. Odpowiedź na prośbę o dodatkowe etaty jest zawsze taka sama. Nie ma pieniędzy. Nigdy nie ma pieniędzy. Są pieniądze na fanaberie w stylu sądów odmiejscowionych, młotki, birety, kamery na salach, wydawanie ministerialnej gazetki, ale na pracowników sądów pieniędzy nie ma. Braki kadrowe łata się poprzez zatrudnianie ludzi na zlecenie, tudzież kombinowanie z różnymi rodzajami stażystów. Praktykanci, aplikanci i kto tam jeszcze wpada w sądowe łapy wykorzystywani są do ostateczności czy to do protokołowania, czy do „prac ręcznych” znaczy pieczątkowania, szycia i klejenia. Ale to są wszystko półśrodki, a w dodatku dopuszczanie do akt przypadkowych ludzi może skończyć się bardzo źle.

Pewnego razu w ramach takiego przymusowego naboru zatrudniono, w ramach stażu z Urzędu Bezrobocia, człowieka, który był bardziej przypadkowy od innych. I nie wiem do dziś czy naprawdę nie nadawał się nawet do najprostszej biurowej roboty, czy też umyślnie knocił wszytko. Popracował wprawdzie tylko miesiąc, ale efekty jego „pracy” odczuwamy do dziś, bo nadal nie udało się wszystkiego „odkręcić”. Cóż takiego wyczyniał ów geniusz? No cóż. Wszywanie pism do akt sprawy nie w kolejności, wyrywkowo, czy też okazjonalnie „do góry nogami” to w zasadzie mało istotny szczegół. Mylenie adresów na kopertach, błędne wpisywanie godziny na wezwaniach (pewnemu człowiekowi wysłał wezwanie na 18:30 zamiast na 13.30) czy nawet mylenie dat rozpraw, to drobiazg. Ale to, co wyczyniał z korespondencją, która miała być przez niego dołączana do właściwych akt to prawdziwy koszmar. Robota w zasadzie prosta jak konstrukcja cepa. Należy dane pismo wziąć, włożyć do akt, których sygnaturę wskazano w piśmie a akta wraz z pismem włożyć do szafy sędziego, którego nazwisko wpisano na okładce akt. Nazwisko napisano też na szafie, więc tu nie powinno być problemu. Ale dla tego „geniusza” jednak był. Nie żeby nie wiedział co i jak ma robić, na kilka pierwszych dni otrzymał „anioła stróża” który pokazywał mu jak się „podkłada korespondencję” i wtedy nie było żadnych problemów. Potem jednak zaczął pracować samodzielnie. I się zaczęło. W paru sprawach pisma „się zawieruszyły”, i dopiero po poszukiwaniach znalazły się w szufladzie jego biurka („bo nie zdążyłem w piątek podłożyć”), w zupełnie innych aktach („musiałem się pomylić”), albo włożone do trzeciego tomu pięciotomowych akt („przecież włożyłem do akt”). Parę razy znajdowałem też na półce akta, które nie wiedziałem dlaczego się tam znalazły, po czym okazywało się, że pomiędzy podwójnymi okładkami, albo gdzieś w stosie „dyżurnych” odpisów orzeczeń leży nowe, często bardzo istotne pismo.

To wszystko byłoby tylko denerwujące, gdyby nie to, że wśród takich „błądzących” pism były także odpowiedzi na pozew, wnioski o odroczenie rozprawy, pisma usprawiedliwiające nieobecność, czy wnioski o nadanie klauzuli wykonalności. Efektem było wydanie kilku wyroków zaocznych, jak również kilku zwykłych w warunkach nieważności postępowania. Jednego świadka ukarano grzywną za nieusprawiedliwione niestawiennictwo, podczas, gdy przebywał on w szpitalu i odpowiednie zaświadczenie wysłał do sądu. Wydano też kilka tytułów wykonawczych, w oparciu o błędne założenie, iż pozwany nie wniósł sprzeciwu od nakazu zapłaty. Odrzucono też kilka apelacji i zażaleń, bo nie podłożono do akt pisma zawierającego uzupełnienie braków. A gdy te wszystkie zagubione pisma się znalazły nie można było tychże postanowień tak po prostu podrzeć i wyrzucić, choć oczywiste było że są one błędne i nie powinny być w ogóle wydane. Niektóre można było uchylić w trybie art. 359 kpc. W innych trzeba było czekać na wniesienie zażalenia przez stronę i zażalenie to uwzględnić w trybie 395 kpc. Sprzeciw od wyroku zaocznego i wstrzymanie jego wykonalności załatwiało w zasadzie sprawę, o ile wniesiono go w terminie i opłacono, ale w wypadku zwykłych wyroków zmienić je lub uchylić mógł tylko sąd okręgowy. W paru sprawach niestety takie błędne orzeczenia się uprawomocniły, bo strona nie wniosła sprzeciwu, zażalenia czy apelacji. Na podstawie błędnego założenia, że orzeczenie jest prawomocne wydano też tytuły wykonawcze, które stanowiły podstawę wszczęcia egzekucji. A wina oczywiście spadła na sąd.

wtorek, 1 listopada 2011

Salem

15 grudnia 1991 r. należący do Samatour Shipping Company prom MV Salem Express odbił od nabrzeża portu Jeddah (Dżedda) w Arabii Saudyjskiej kierując się w stronę egipskiego portu Safaga, położonego kilkadziesiąt kilometrów na południe od znanego kurortu Hurghada. Na pokładzie według oficjalnych danych, znajdowało się 578 pasażerów i 71 członków załogi, choć nieoficjalnie mówi się, że rzeczywista liczba pasażerów była znacznie większa. Statkiem dowodził doświadczony kapitan Hassan Moro, który znał doskonale wody (i rafy) na podejściach do Safagi. Wielokrotnie, korzystając z tej wiedzy, prowadził on statek krótszą, choć bardziej niebezpieczną trasą podchodząc do portu od południa, wąskim kanałem pomiędzy Hyndman Reef a rafami przybrzeżnymi. Taką też trasę obrał i tym razem, pomimo wzmagającego się wiatru i nadchodzącego sztormu. Decyzja ta, dyktowana chęcią oszczędzenia pasażerom kilkugodzinnej żeglugi w sztormie, okazała się tragiczna w skutkach, gdy na krótko przed północą 15 grudnia 1991 r. Salem Express uderzył dziobem w południowy cypel Hyndman Reef. Uderzenie o rafę spowodowało rozszczelnienie furty dziobowej przez co woda zaczęła się wdzierać do wnętrza statku i zalewać pokład samochodowy Salem Express błyskawicznie nabrał wody, przewrócił się na prawą burtę i w ciągu 20 minut spoczął na dnie. Spośród załogi i pasażerów statku uratowało się zaledwie 180 osób, reszta, a wraz z nimi i kapitan Moro, zginęła wraz ze statkiem.

Dziś "Salem Express" to wielka atrakcja dla nurków przybywających do Egiptu. Wrak leży w niewielkiej odległości od brzegu, na płytkiej wodzie, co czyni go dostępnym dla wszystkich nurków. Codziennie nad wrakiem cumuje więc kilka łodzi z nurkami a przewodnicy co chwile prowadzą kolejne grupy wzdłuż liny prowadzącej ku rufie wraku. Ja także skorzystałem z okazji by "zrobić Salema" i muszę przyznać, że robi on wrażenie. W zasadzie wystarczy zanurzyć głowę pod wodę by dostrzec masywny kadłub spoczywający na dnie, a im bliżej do niego tym wspanialej wygląda. Śruby, maszt, znak kompanijny na kominie, windy kotwiczne i sama kotwica, to wszystko wydaje się być w doskonałym stanie. Przez liczne wybite iluminatory ze statku wyglądają kolorowe ryby, które kompletnie ignorują nurków. Jak gołębie na krakowskim Rynku. Można sobie zrobić zdjęcie przy zgiętym maszcie, albo przy wyglądającej jak ażurowa kula antenie radiowej. Można usiąść na kominie. Można wsadzić głowę do sterówki i zobaczyć co tam jest. Można w zasadzie kompletnie zapomnieć, że na tym wraku ktokolwiek zginął...


No właśnie... poza kolorowymi rybami i interesującymi elementami wyposażenia na tym wraku można znaleźć też co innego... Dno zaścielają płaty falistej blachy, które kiedyś służyły jako zasłona przed słońcem dla pasażerów podróżujących na pokładzie. Między nimi można dostrzec łodzie ratunkowe, które zatonęły wraz ze statkiem, bo nikt ich nie opuścił na wodę. Niektóre leżą na dnie nadal przywiązane do żurawików. Na dnie można też nadal odnaleźć pozostałości przedmiotów osobistych. Walizki. Buty. Wewnątrz wraku nadal spoczywają zwłoki wielu osób, większość na dolnych pokładach z których nie mieli oni szans się wydostać. I tu pojawia się pytanie, czy powinno się w ogóle nurkować na ten wrak. Czy nie powinno się przypadkiem pozostawić wraku, i tych co na nim zginęli, w spokoju? Czy faktycznie powinno się robić z cmentarza atrakcję turystyczną?

Dziś w dniu Święta Zmarłych wydaje mi się, że nie ma w tym nic złego, tak długo, jak długo wszyscy go odwiedzający będą mieli świadomość tego, gdzie się znaleźli i co tak naprawdę widzą. Tak jak nie widzimy nic złego w tym, że oprowadza się wycieczki po starych Powązkach nie powinniśmy też zabraniać odwiedzania wraków. Oczywiście o ile osoby, które odwiedzają te miejsca wiedzą jak należy się tam zachować. Że nie należy skakać po grobach, że nie należy zabierać pamiątek, że należy zachować należną temu miejscu powagę. Że nie powinno się wchodzić do wnętrza wraków, by nie naruszać spokoju zmarłych i powagi tego miejsca. Bo wrak jest Ich cmentarzem, to miejsce należy do Nich. My tam jesteśmy tylko gośćmi.