wtorek, 29 marca 2011

Fukushinobyl

Awaria elektrowni atomowej Fukushima Daichii w następstwie zniszczenia przez tsunami awaryjnego zasilania systemów chłodzenia spowodowała wzrost popytu na płyn Lugola i jodynę. Bo ktoś tam gdzieś powiedział, że nad Polskę nadlatuje radioaktywny jod, cez, stront, uran, i jeszcze parę innych. Płyn Lugola teoretycznie chroni przed kumulowaniem się w tarczycy radioaktywnego jodu, natomiast nie wiem do czego miałaby służyć w tym przypadku jodyna. Najlepszym jej zastosowaniem, biorąc pod uwagę rzeczywiste rozmiary „zagrożenia”, byłoby chyba użycie jej do napisania sobie na czole „dureń”.

Jeżeli jednak ktoś naprawdę obawia się nadlatujących ze wschodu promili to nie powinien poprzestać na smarowaniu się jodyną, tylko zabrać się do sprawy porządnie i podjąć działania konieczne dla zapewnienia sobie i swojej rodzinie możliwości przetrwania opadu radioaktywnego. Co wcale nie jest takie trudne, chociaż wymaga solidnego przygotowania. Po pierwsze należy znaleźć w domu odpowiednie pomieszczenie, które posłuży za schron przed opadem radioaktywnym. Najwyższy poziom ochrony zapewni piwnica, a jeżeli w budynku w którym mieszkamy jej nie ma to należy wybrać pomieszczenie na parterze, maksymalnie oddalone od dachu i ścian zewnętrznych budynku i takie, które ma tylko jedną ścianę zewnętrzną. W budynkach wielopiętrowych, o ile nie ma możliwości zorganizowania schronu w piwnicy, stosuje się takie same zasady, z ta różnicą, że schronu nie powinno się umieszczać na dwóch ostatnich piętrach budynku. Budynki parterowe, lub prefabrykowane, o lekkiej konstrukcji ścian nie zapewniają dostatecznej ochrony przed promieniowaniem opadu radioaktywnego i konieczne będzie znalezienie innych rozwiązań, czy to poprzez porozumienie się z osobami mieszkającymi w budynkach lepiej chroniących przed promieniowaniem, czy też poprzez wybudowanie osobnego specjalnego schronu.


Przez dwa pierwsze dni aktywności opadu emitowane promieniowanie jest bardzo silne. Konieczne jest zatem wybudowanie wewnątrz schronu dodatkowego wewnętrznego ukrycia zaopatrzonego w osłonę z ciężkich materiałów. Najprostszym sposobem jest oparcie o wewnętrzną ścianę kilku par drzwi, zabezpieczonych przez obsuwaniem się przy pomocy listwy przybitej do podłogi, tak by pomiędzy nimi a ścianą pozostała przestrzeń, w której można będzie się ukryć. Następnie na tych drzwiach należy ułożyć jak najwięcej ciężkiego materiału. Mogą to być worki z piaskiem lub ziemią (a jeżeli nie mamy worków – walizki, torby, poszewki na poduszki itp.), a także cegły, bloczki betonowe, książki, a w ostateczności nawet ciasno zwinięte ubrania. Do budowy ukrycia można wykorzystać także mocne stoły oraz szafy lub schowki pod schodami, za każdym razem muszą one jednak być odpowiednio osłonięte przed promieniowaniem.


Zwykłe promieniowanie opadu radioaktywnego szybko słabnie i po dwóch tygodniach jego poziom wynosi zaledwie jedną tysięczną pierwotnego poziomu. Promieniowania nie można jednak ani zobaczyć ani wyczuć, tak więc nigdy nie będziemy wiedzieć na pewno czy na zewnątrz jest bezpiecznie. Dlatego musimy polegać na informacjach podawanych przez specjalistyczne służby dysponujące odpowiednimi urządzeniami pomiarowymi, które będą w stanie w sposób kompetentny określić kiedy będzie można bezpiecznie opuścić schrony... i czy w ogóle jest sens się do nich chować.

czwartek, 24 marca 2011

Pisz pan na Berdyczów!

Zarzucono mi ostatnio, że staję się monotematyczny. Że ciągle tylko piszę o doręczaniu i o tym, że doręczać pozwy powinni adwokaci. No cóż, o pewnych rzeczach po prostu trzeba mówić na okrągło, żeby niektórzy sobie uświadomili gdzie tkwi problem. A problemem jest to, że zbyt często podaje się sądowi błędne adresy pozwanych, świadków czy innych osób lub instytucji. A przez to sądy muszą wykonywać szereg zbędnych czynności, ponoszą koszty doręczeń, postępowania trwają dłużej niż powinny.

Najczęściej jest to spowodowane (a przynajmniej mam taką nadzieję) tym, że powód (czy jego pełnomocnik) bezkrytycznie przepisał adres z listy kupionych wierzytelności tudzież z umowy sprzed pięciu czy dziesięciu lat i nie zadał sobie trudu by sprawdzić, czy adres ten nadal jest aktualny. To jeszcze można by wybaczyć, gdyż teoretycznie można by przyjąć, że nie miał on powodu by sądzić, iż ten adres się zmienił. Choć nadal uważam, że powinno się pozywać człowieka, a nie pozycję w wykazie i przed wniesieniem pozwu sprawdzić chociażby tyle, czy dłużnik nadal żyje a jego dom nadal stoi. Czasami jednak zauważam coś znacznie gorszego - podawanie sądowi adresów, co do których powód ma uzasadnione powody, by podejrzewać, że są nieaktualne. Albo wręcz takich, co do których wie on, że nie jest to prawdziwy adres dłużnika.

Przykład pierwszy: powództwo pewnej firmy telefonokomórkowej o zapłatę paru faktur i kary za zerwanie umowy. Nakaz zapłaty wraca z adnotacją „adresat wyprowadził się”. Na wezwanie do wskazania aktualnego adresu powód przesyła kopię pisma pozwanego, datowanego trzy lata wcześniej, w którym pozwany zawiadamia go o zmianie adresu i podaje nowy adres. Skoro zatem powód od dawna wiedział, że pozwany zmienił adres to dlaczego w pozwie podał nieaktualny adres wzięty z umowy? Nawiasem mówiąc to postępowanie w tej sprawie, po wniesieniu przez pozwanego sprzeciwu skończyło się oddaleniem powództwa jako bezzasadnego. Czyżby ktoś liczył na to, że nakaz uprawomocni się „na awizie”?

Przykład drugi: powództwo gminy o wydanie pomieszczenia (jakiegoś tam magazynu czy garażu) i zapłatę wynagrodzenia za bezumowne korzystanie z niego. Wraz z nim złożono mnóstwo papieru dotyczącego prawa do nieruchomości, zajmowania go przez pozwanego, ustalenia opłaty itp. Wszystkie pisma kierowane do pozwanego były zwrócone jako podwójnie awizowane nie podjęte w terminie. Skąd więc przekonanie powoda, że pozwany właśnie tam mieszka? W zasadzie z przedłożonych dokumentów nie wynikało skąd powód wziął akurat ten adres. Adres zresztą – jak się okazało przy próbie doręczenia odpisu pozwu – błędny, bo przesyłka wróciła z adnotacją "adresat nieznany pod tym adresem". I na co więc liczył pełnomocnik powoda, czyżby na wyrok zaoczny uprawomocniony „na awizie”?

Przykład trzeci: powództwo firmy leasingowej o zapłatę sumy z weksla gwarancyjnego. Kilkanaście tysięcy złotych niedopłaty po zakończeniu umowy. Wraz z pozwem złożono weksel, podano adresy wystawcy i poręczyciela (mąż i żona) i dołączono skierowane do pozwanych zawiadomienia o wypełnieniu weksla. Zwrócone przez pocztę z adnotacją „adresat nie mieszka”. Dołączono też wezwania do zapłaty. Zwrócone przez pocztę z adnotacją „adresat nieznany”. I w tym miejscu należy zapytać: skoro powód wie, że ten adres jest nieaktualny, to dlaczego podaje go sądowi jako adres pozwanego? Na co liczy, na to, że sąd tego nie zauważy? Że tym razem listonosz nie zastanie nikogo w domu i zostawi awizo? A po drugim awizie się uprawomocni?

Przykład czwarty: wniosek pewnego banku o wyjawienie majątku przez pewnego nieudanego przedsiębiorcę Wniosek ów uzasadniany był tym, iż postępowanie egzekucyjne zostało umorzone przez komornika z powodu jego bezskuteczności, i wierzyciel potrzebuje ustalić majątek dłużnika. Po zajrzeniu do akt komorniczych okazało się, że egzekucja była bezskuteczna, ponieważ dłużnik nie zamieszkuje ani nie prowadzi działalności pod adresem widniejącym rejestrze przedsiębiorców, a jego nowego adresu nie ustalono. Że dwa lata temu sprzedał ten dom żeby spłacić długi. To wszystko było wyraźnie napisane w uzasadnieniu postanowienia komornika o umorzeniu postępowania, co nie przeszkadzało pełnomocnikowi banku napisać, że dłużnik zamieszkuje właśnie pod tym adresem. Tu już nie wiem na co on liczył, przecież przy wyjawieniu majątku nawet podwójne awizowanie nic nie da, bo dłużnik musi fizycznie się stawić i złożyć przyrzeczenie że to jest prawda. Bez ustalenia gdzie on jest nic nie da się zrobić.

Dlatego do znudzenia będę powtarzał, że obowiązek doręczenia odpisu pozwu winien spoczywać na powodzie. Jeżeli zaś to rozwiązanie wydaje się komuś zbyt ekstremalne, to alternatywnie można by zastrzec w ustawie, iż świadome, bądź wskutek niedbalstwa podanie sądowi nieprawdziwego adresu pozwanego kończy się zwrotem pozwu, przepadkiem wpłaconej opłaty i grzywną dla tego, kto pod tym pozwem się podpisał za próbę wprowadzenia sądu w błąd. Może wtedy powodowie (i ich pełnomocnicy) oduczą się podawania sądowi niesprawdzonych, wątpliwych, albo wprost nieprawdziwych adresów pozwanych.

sobota, 19 marca 2011

Fikcja

Praktycznie każdego tygodnia otrzymuję pisma, wnioski, skargi, zażalenia, apelacje od osób które są oburzone, zbulwersowane, zdegustowane faktem że komornik zajął im pensję. Domagają się wstrzymania egzekucji, zwrotu pieniędzy, zaprzestania nękania ich a ponad wszystko wyjaśnienia jakim prawem ich skazano i przeproszenia za naruszenie ich konstytucyjnych praw. Bo oni nigdy na żadnej rozprawie nie byli, bo nigdy nie dostali żadnego wezwania, bo nigdy nie mieli długu wobec tej firmy, bo od lat pod tym adresem nie mieszkają, bo to jest wszystko skandal, i oni o tym napiszą do Pana Tuska. I do ministra. I oczywiście do Pana Sztrazburga. 

Skąd to wszystko się bierze? Ano z tego, że wydany przeciwko nim nakaz zapłaty (tudzież wyrok zaoczny) uprawomocnił się „na awizie”. To znaczy, że wysłana przez sąd przesyłka zawierająca ów nakaz, nie została przez adresata odebrana pomimo dwukrotnego awizowania przez pocztę jej nadejścia, i została zwrócona jako nie podjęta w terminie. A wówczas, w myśl art. 139 §1 kpc przyjmuje się fikcję doręczenia pisma z dniem w którym upłynął termin do odbioru pisma w urzędzie pocztowym. I od tego dnia biegnie termin do wniesienia sprzeciwu od nakazu zapłaty, a gdy on upłynie na nakaz może zostać nadana klauzula wykonalności, z którą powód może pójść do komornika i wyegzekwować zasądzoną kwotę. A dłużnik dowie się o wszystkim dopiero gdy komornik zajmie mu konto. Albo pensję.

Winą za to wszystko zwykle obciąża się zły sąd i leniwych, skorumpowanych sędziów. No bo przecież jak komornik mógł kogoś znaleźć to mógł to zrobić i sąd, ale pewnie mu się nie chciało. Tyle tylko, że przy uznawaniu nakazów za prawomocne sąd nie ma praktycznie żadnej możliwości ustalenia, czy adres podany przez powoda jest prawidłowy. Wszystko zależy tak naprawdę od łutu szczęścia i od tego jak bardzo poważnie doręczyciel podchodzi do swej pracy. Bo jeżeli on nie zastanie pod  podanym adresem nikogo, kto by mu powiedział, że adresat tu nie mieszka, albo ograniczy się do wrzucenia do skrzynki awiza to i sąd też się nie dowie, że adres jest niewłaściwy. A jeżeli z adnotacji doręczyciela nie wynika, że adres jest błędny to i nie ma powodu by nie uznać przesyłki za prawidłowo doręczoną.
 
Oczywiście doręczenie „przez awizo” jest skuteczne tylko wtedy, gdy adres na który wysłano pismo jest faktycznie adresem zamieszkania pozwanego. Jeżeli zatem adres na który wysłano odpis nakazu zapłaty był błędny to znaczy, że nie został on skutecznie doręczony, a zatem nie rozpoczął jeszcze biegu termin do wniesienia sprzeciwu, a więc nakazu nie można uznać za prawomocny no i nie można na jego podstawie prowadzić egzekucji. Cóż jednak z tego, że sąd po ustaleniu tego faktu uchyli klauzulę wykonalności, przyjmie sprzeciw, rozpozna go i nawet oddali powództwo, stwierdzając, że dług jest przedawniony, został dawno spłacony albo nigdy nie istniał. Mleko się rozlało, komuś zajęto konto, przez co nie mógł uregulować ważnego zobowiązania, co z kolei skutkowało zerwaniem bardzo korzystnej umowy. Komuś zajęto pensję, co podważyło jego wiarygodność w oczach pracodawcy i skutkowało utratą szansy na awans. Komuś odmówiono udzielenia kredytu na zakup wymarzonego mieszkania, bo bank dostał zawiadomienie o zajęciu rachunku bankowego. Mnóstwo małych tragedii, do których wcale nie musiało dojść.

Czy to jest zgodne z prawem? W opinii Sądu Najwyższego tak. Czy jest zgodne z konstytucją? Zdaniem Trybunału Konstytucyjnego tak. Czy to jest uczciwe? To już każdy powinien sobie odpowiedzieć we własnym zakresie. Niewątpliwie możliwość doręczania „przez awizo” pierwszego pisma w sprawie ułatwia życie powodowi, bo nie pozwala pozwanemu na unikanie procesu poprzez proste nie przyjmowanie poczty. Problemem jest niestety to, że możliwość ta jest poważnie nadużywana, zwłaszcza przez panów mecenasów-pełnomocników „seryjnych” powodów, którzy nagminnie wnoszą powództwa nie przeciwko osobom, lecz przeciwko pozycjom na liście kupionych wierzytelności. Podają więc adresy, które widnieją na owej liście bez jakiegokolwiek zastanowienia, czy owe adresy są prawdziwe, czasem nawet bez sprawdzenia, czy to co widnieje na owej liście jest zgodne z tym co było w umowie, z której owa kupiona przez nich wierzytelność ma wynikać. Pewnego razu pewien pan mecenas pełnomocnik pewnego funduszu sekujakiegośtam przyznał mi się bez żenady, że oni żadnych faktur ani umowy nie mają, bo oni kupili tylko „pakiet wierzytelności” więc wnosi, żeby sąd zwrócił się do pierwotnego wierzyciela o ich przedstawienie. Nawiasem mówiąc po zapoznaniu się z owymi dokumentami okazało się, że dłużnikiem wcale nie jest pan Henryk, tylko pani Henryka.

Cóż zatem należy zrobić? Moim zdaniem jest tylko jedno rozwiązanie – obowiązek  bezpośredniego doręczenia pozwu pozwanemu, i to nie przez sąd, a przez powoda. Oczywiście rzeczywistego doręczenia, a nie przez podwójne awizo na adres wzięty z pozycji 736 załącznika  nr 4 do umowy przelewu wierzytelności. Może wtedy panowie seryjni mecenasi (i panie też) oduczą się podawania sądowi nieaktualnych adresów pozwanych i wnoszenia pozwów przeciwko zmarłym albo nieistniejącym osobom.

poniedziałek, 14 marca 2011

Trupi sąd

Pewnego razu dostałem do rozpoznania wniosek o zasiedzenie nieruchomości. Jak to zwykle bywa ilość uczestników takiego postępowania była dość duża, bo obejmowała wszystkich spadkobierców ostatniego, przedwojennego właściciela, a on miał szóstkę dzieci, i dwa razy tyle wnuków. Ich nazwiska i adresy pan mecenas podał we wniosku wnosząc o doręczenie im odpisów wniosku, co też przewodniczący w mojej osobie zarządził uczynić. Po tygodniu do akt wpłynęło pismo jednej z uczestniczek, która już na wstępie poinformowała sąd, iż w zasadzie nie ma sensu czekać na zajęcie stanowiska przez pozostałych uczestników, bo jeden od trzydziestu lat mieszka w Australii, jeden od dawna nie mieszka pod tym adresem, a jeden to nie on tylko ona. A pozostałych dziewięć osób już nie żyje – niektórzy od ponad dwudziestu lat - a ich adresy podane przez pana mecenasa są podwójnie nieaktualne, bo nie tylko adresaci nie żyją, ale i same domy, których adresy wskazano zostały parę lat temu wywłaszczone i zburzone w związku z budową obwodnicy.

W tym momencie sąd (czyli ja) powinien walnąć pięścią w stół, zwrócić cały wniosek panu mecenasowi, nakładając jednocześnie na niego porządną grzywnę za kpiny z sądu i marnowanie czasu sędziego. Ale niestety trzeba było wyręczyć pana mecenasa i poszukać tych wszystkich spadkobierców, pościągać akta spraw i akta stanu cywilnego. No bo przecież w postępowaniu nieprocesowym to sąd ma obowiązek wszystko ustalić. Tak więc wdrożyłem dość długie śledztwo celem odnalezienia właściwych spadkobierców . Pan mecenas mnie w tym wspierał przysyłając co chwilę wnioski o wyznaczenie rozprawy i o przyspieszenie rozpoznawania sprawy. Jakoś chyba nie zauważył, że dopóki nie wiem kogo sprawa dotyczy dopóty  nic nie mogę w niej zrobić. Co też wyraźnie napisałem w wyjaśnieniach jakie kazano mi złożyć po tym jak pan mecenas napisał skargę na przewlekłość postępowania, bo sprawa wpłynęła ponad rok temu a do chwili obecnej nie odbyła się ani jedna rozprawa. Może i fakt, że postępowanie trwało długo, ale niestety na liście biegłych nie mamy biegłego nekromanty, za pośrednictwem którego można by wezwać na rozprawę wskazanych przez pana mecenasa uczestników i przesłuchać ich "na okoliczność wniosku o zasiedzenie".

Takie „trupie sprawy” to wcale nie jest tak rzadkie zjawisko, o czym świadczy chociażby to, że pewnego razu przygotowałem sobie specjalny druczek zarządzenia by zwrócić się o akt zgonu pozwanego, bo nie chciało mi się w kółko wypisywać tej formułki. Przodują tu zwłaszcza „seryjni” powodowie, a w szczególności te wszystkie Fundusze Sekuratatetyzacytezazynyzacyjaine, czy inni specjaliści od starych nieściągalnych (a czasem nawet nieistniejących) długów. Praktycznie w każdej partii „zwrotek do uznania za doręczone"  (jakieś 20 dziennie), zwłaszcza tych dotyczących nie doręczonych nakazów zapłaty jest przynajmniej jedna z adnotacją listonosza „adresat zmarł”. A z aktu zgonu okazuje się zwykle, że zmarł na długo przed wniesieniem pozwu. I co wtedy robimy? Ano odrzucamy pozew z powodu braku zdolności sądowej pozwanego. Całe to postępowanie kosztuje Skarb Państwa jakieś 30 zł i to nie licząc czasu pracy sędziego, referendarza, sekretarzy. I te koszty są pokrywane z naszych podatków, bo dobry wujek sąd oddaje w takich przypadkach powodowi całą uiszczoną przez niego opłatę.
 
Jaka na to rada? Ano tylko jedna i zawsze ta sama. Wprowadzić zasadę, że to powód ma obowiązek doręczyć pozwanemu odpis pozwu. Może wtedy skończyłoby się kierowanie pozwów według listy kupionych wierzytelności. Może wreszcie zaczęto by pozywać człowieka, a nie pozycję wykazu wierzytelności. A pan mecenas przy okazji mógłby się przy okazji zorientować, że próbuje pozwać zmarłego, nieletniego, ubezwłasnowolnionego, czy wręcz człowieka, który nie istnieje i nigdy nie istniał. Że adres który chce wskazać jako adres pozwanego jest nieaktualny, bo pozwany się wyprowadził, nigdy tam nie mieszkał, budynek został zburzony, nigdy takiego budynku nie było, nie ma takiego miasta "Londyn", brakuje numeru mieszkania, albo numeracja w budynku kończy się na 120. I nie zaśmiecałby sądu sprawami, w których sąd nie ma nic do zrobienia.

środa, 9 marca 2011

Tempus fugit

Osoba, która kieruje swą sprawę do sądu oczekuje, że rozpoznający ją sędzia będzie wiedział dokładnie o co w sprawie chodzi, miał jasną wizję jej prowadzenia a w dodatku pamiętał który świadek co mówił i w lot wychwytywał niezgodności. Że będzie miał nie tylko odpowiednią wiedzę prawniczą ale i dostateczną specjalistyczną wiedzę techniczną, aby móc zrozumieć przedstawiane mu dowody. Oczekuje też, że sędzia sprawę rozważy bardzo dokładnie, wyszuka najlepsze rozwiązanie, które nie tylko będzie zgodne z prawem ale i sprawiedliwe, i które rozwiąże cały spór pomiędzy stronami. Niestety rzeczywistość sądowa często rozmija się z  tymi oczekiwaniami, Bo często jest tak, że czyjąś Najważniejszą Sprawę w Życiu sądzi niewyspany, zrezygnowany sędzia, który kompletnie nie pamięta o co chodzi w sprawie, nie miał czasu przeczytać akt, nie bardzo jest na bieżąco z aktualnym orzecznictwem i w dodatku boi się, że jak wyda wyrok to będzie musiał napisać uzasadnienie.

Podczas XVI Sprawozdawczego Zebrania Delegatów SSP „Iustitia” podjęta została uchwała, w której po raz pierwszy zwrócono uwagę na zasadniczą wadę systemu sądownictwa, jaką jest całkowite ignorowanie kwestii czasu potrzebnego sędziemu na prawidłowe wykonywanie ciążących na nim obowiązków. Od wielu lat przepis stanowiący, że „czas pracy sędziego określony jest wymiarem jego zadań” jest bowiem rozumiany przez "nadzór" w taki sposób, że sędzia ma obowiązek wykonać niezwłocznie (czyli od razu) wszystkie nałożone na niego zadania niezależnie od tego ile by ich nie było. A jak tego nie zrobi to znaczy że nie wypełnia swych obowiązków, i trzeba go zagonić do roboty. Problem w tym, że na wykonanie każdej czynności, nawet najsprawniejszy i najlepiej zorganizowany sędzia potrzebuje pewnej minimalnej ilości czasu. Ilość zadań, które jest on w stanie wykonać każdego dnia, tygodnia, miesiąca jest więc ograniczona i zależy z jednej strony od czasochłonności zadań na niego nałożonych a z drugiej strony od ilości czasu jaki można poświęcić na pracę. Gdy ów "wymiar zadań" przekracza czas dostępny na jego wykonanie aby podołać obowiązkom (i zadowolić w ten sposób "nadzór") trzeba coś poświęcić. Najpierw poświęca się więc czas wolny, czas dla rodziny, hobby. Gdy to nie wystarcza poświęca się czas przeznaczony dotychczas na czynności które nie są niezbędne dla załatwiania "wymiaru zadań" - na przykład na śledzenie zmian w przepisach, orzecznictwie, poglądach doktryny. Potem przychodzi czas, gdy nagle okazuje się, że po zrobieniu wszystkich "pilnych spraw" nie ma kiedy przeczytać akt przed rozprawą więc kartkuje się je tylko tuż przed wyjściem na salę rozpraw by zorientować się tylko mniej więcej o co chodzi. Aż dochodzimy do momentu, gdy nie ma już czasu na nic i robi się cokolwiek aby pozbyć się sprawy, by mieć ją "z głowy" na parę miesięcy zanim wróci opinia biegłego, zanim rozpoznane będzie zażalenie albo nadejdzie kolejny termin rozprawy na który wezwano świadka, którego wcale nie było potrzeby wzywać, ale w końcu jakiś powód odroczenia musi być. Bo gdyby oddalić wniosek o przesłuchanie tego świadka to trzeba by od razu zakończyć postępowanie i wydać wyrok. A wyrok oznacza kolejne uzasadnienie do napisania, na które znowu trzeba będzie zarwać noc. Przez to sprawy toczą się dłużej, nawarstwiają się i coraz trudniej je ogarnąć. Podejmuje się więc coraz więcej zbędnych czynności  co jeszcze bardziej przedłuża postępowania i tak toczy się błędne koło zaległości.

Jakie jest na to lekarstwo? Na pewno nie są to oceny okresowe, ani nagrywanie rozpraw ani też żaden inny sposób na "usprawnienie" procesów oparty o założenie, że sędziowie to lenie i trzeba ich zagonić do roboty.   Ewidentnie bowiem problem nie leży w tym, że sędziowie mogliby pracować więcej ale im się nie chce, ale w tym, że sędziowie nie są w stanie pracować tyle by wykonać wszystkie nałożone na nich zadania. Nie w tym, że sędziowie za mało pracują, a w tym, że mają za dużo do zrobienia.  Poganianie, kontrolowanie, nadzorowanie nic tu nie da. Rozwiązanie jest tylko jedno - wprowadzenie limitu spraw, jakie miesięcznie mogą być powierzone sędziemu. Limitu ustalonego na takim poziomie, aby mógł on - zakładając że pracuje sprawnie - podołać im czasie nie dłuższym niż te 8 godzin dziennie, a w tym winien mieścić się czas na dokształcanie, przygotowanie do rozprawy, szczegółową analizę dowodów. A co z resztą spraw, które w tym czasie wpłynęły do sądu? Ano reszta będzie leżała i czekała na swoją kolejkę. Jeżeli zaś komuś nie będzie się podobało, że będzie musiał czekać rok zanim sprawa w ogóle trafi do sędziego to powinien zgłosić pretensje do swojego posła. Może wtedy dwu-władza polityczna zrozumie, że zapewnienie odpowiedniego dostępu do wymiaru sprawiedliwości to także ich obowiązek. A obowiązkiem sędziów jest wydawać dobre, przemyślane wyroki. A nie "załatwiać" jak najwięcej spraw, byle jak, byle szybko, żeby państwo nie musiało płacić odszkodowań za przewlekłość postępowań.



czwartek, 3 marca 2011

Socjal

Opisując te wszystkie zakręty wyścigu właściciela lokalu do odzyskania należnego mu słusznie prawa nie napisałem o  jeszcze jednej, znacznie poważniejszej przeszkodzie. Przeszkodzie którą w zasadzie trudno nawet nazwać zakrętem, jest to raczej szlaban ustawiony tuż przed metą. A mam na myśli prawo do lokalu socjalnego. Prawo to to kolejny element systemu ochrony Biednych Lokatorów Przed Złymi Kamienicznikami wprowadzony pewnego razu przy okazji udowadniania przez władzę jak to bardzo troszczy się o wyborców. W każdym razie o tych wyborców, którzy bezprawnie zajmują cudze mieszkania. Sprowadza się ono do tego, że w odniesieniu do niektórych takich wyborców nie wystarczy, że przy eksmisji wynajmie się im na miesiąc pokój w hotelu robotniczym, by mogli spokojnie przejść ze stanu (bezprawnego) zamieszkania do stanu spokojnej bezdomności. Gmina musi im „dać” nowe mieszkanie, socjalne, do utrzymania którego będą dokładać się podatnicy. A dopóki gmina nie zaproponuje eksmitowanemu zawarcia z nim umowy najmu lokalu socjalnego dopóty nie będzie można wykonać eksmisji. A że gminy lokali socjalnych nie mają, to oczekiwanie na możność wyrzucenia z lokalu osoby bezprawnie go zajmującej może trwać i kilka lat.

 Decyzja o przyznaniu bądź odmowie przyznania prawa do lokalu socjalnego pozostawiona została sądom, choć nie do końca. Ustawodawca wymienił bowiem w ustawie szereg przypadków, w których sąd musi przyznać prawo do lokalu socjalnego, i nie ma w tym zakresie żadnej swobody. Ów obowiązek dotyczy wprawdzie wyłącznie eksmisji z lokali komunalnych i spółdzielczych, lecz wprowadza on bardzo wyraźną sugestię ustawodawcy co do tego komu sądy winny przyznawać prawo do lokalu socjalnego. Kogóż więc ustawodawca postanowił otoczyć tak wielką troską? Otóż na pierwszej pozycji są kobiety w ciąży i małoletni. Zapewne pisząc te przepisy panowie prawodawcy mieli przed oczami wizję Matki-Polki z trójką malutkich dzieci wyrzucanej na bruk przez złego kamienicznika i postanowili im pomóc. Sęk w tym, że jak zwykle wyszło im co innego niż chcieli. Bo przepis stosuje się tak samo do 7-latka jak i do 17- latka. Jest mowa po prostu o małoletnim. A w dodatku gdy już przyznaje się nu prawo do lokalu socjalnego to takie prawo trzeba przyznać także i jego rodzicom. No bo przecież małoletni nie może być sam najemcą, a wybieranie które z rodziców ma otrzymać prawo do lokalu razem z nim jest w zasadzie równoznaczne z decydowaniem, czy kocha się bardziej tatusia czy mamusię. W rezultacie pozbawienie jakiejkolwiek rodziny z dzieckiem prawa do lokalu komunalnego jest praktycznie niemożliwe – bo nawet jak gmina uzyska orzeczenie nakazujące eksmisję to i tak będzie musiała dać im inne mieszkanie. To samo dotyczy kolejnej „uprzywilejowanej” grupy bezprawnych posiadaczy lokali, to jest bezrobotnych, a dokładnie osób mających status bezrobotnego. To duża różnica, bo bezrobotnym jest człowiek, który nie ma pracy zarobkowej, zaś status bezrobotnego ma ten, który się zarejestruje w Urzędzie Bezrobocia (nie wiadomo dlaczego nazywanym Urzędem Pracy). W efekcie prawo do lokalu socjalnego nie przysługuje bezrobotnemu, który się nie zarejestrował, natomiast przysługuje człowiekowi, który pracuje na czarno, a w urzędzie zarejestrował się, żeby mieć ubezpieczenie. Oznacza to też, że osoba która stara się żyć uczciwie, poszukuje pracy, podejmuje zatrudnienie jest traktowana gorzej niż jakby leżała do góry brzuchem, żyła z zasiłków i pracowała na czarno. Bo gdyby nie poszła do pracy, to sąd musiałby dać lokal socjalny. A tak to tylko może.

W rezultacie działania tych przepisów ochrona praw właściciela stała się fikcją, gdyż zgodnie z przepisami sąd ma obowiązek wstrzymać wykonanie eksmisji – czyli zezwolić pozwanemu na dalsze bezprawne korzystanie z lokalu – dopóki gmina nie znajdzie mu lokalu socjalnego.  Gmina zaś jest w jeszcze gorszej pozycji, gdyż w praktyce nie ma możliwości pozbycia się „złego” lokatora. Bo wystarczy że ów lokator zalicza się do jednej z uprzywilejowanych grup a gmina zawsze będzie musiała dać mu mieszkanie. Mieszkanie za które on nie będzie musiał płacić, bo nawet jak go eksmitują za niepłacenie to i tak dadzą mu inny lokal. W praktyce sądowej próbuje się łagodzić te niekorzystne efekty działania złego prawa, na przykład bardzo szeroko interpretując pojęcie „możliwości zamieszkania w innym lokalu, co stanowi przesłankę negatywną przyznania prawa do lokalu socjalnego. Innym pomysłem jest założenie, że przepisy o lokalach socjalnych stosuje się tylko do lokatorów, nie mają więc one zastosowania do osób, które nigdy nie miały prawa do zajmowanego lokalu, bo albo zajęły lokal „na dziko” albo też wprowadziły się (albo urodziły) po wypowiedzeniu najmu. Bez wprowadzenia sensownych zmian ustawodawczych przywracających należną ochronę także i praw właścicieli lokali nie ma szans na poprawę sytuacji.