wtorek, 30 września 2014

Długo, coraz dłużej


Wnioskując na podstawie mojego doświadczenia mogę stwierdzić, że najważniejszą przyczyną tego, że procesy nie kończą się na pierwszej rozprawie jest niestawiennictwo wzywanych świadków. Co więcej jeżeli świadków do przesłuchania jest więcej niż 3-4 rzadko zdarzało mi się, żebym zdołał przesłuchać wszystkich. Zawsze jakoś któregoś brakuje. Albo nie dostał wezwania, albo akuratnie miał coś ważniejszego do roboty, albo po prostu sobie nie przyszedł, bo nie. I choćby był to trzeci świadek zgłoszony na tę samą okoliczność (np. że powódka mówiła, że pozwany jest jej winien pieniądze) to równie rzadko zdarza się, aby wnoszący o jego przesłuchanie zrezygnował z przeprowadzenia tego dowodu - raczej wniesie o odroczenie rozprawy i ponowne wezwanie świadka, choćby miało to być za 3-4 miesiące. Dlaczego tyle? Bo sądząc dwa dni w tygodniu (więcej się naprawdę nie da) miesięcznie jestem w stanie rozpoznać 70-80 spraw, a mam ich jednocześnie do rozpoznania jakieś 250 (rocznie dostaję do rozpoznania co najmniej 1000 nowych spraw, z czego jakieś 2/3 wymaga rozprawy) I wszystkie muszą być wyznaczone na termin, bo przecież jak sprawa "leży bez terminu" to jest to "niczym nie uzasadniona przewlekłość".

No dobrze, ale nie o tym chciałem. To, co mnie najbardziej mierzi, to to, że z jakiegoś powodu zapewnienie stawiennictwa świadków jest uważane za mój, czyli sądu, problem. Strony, także te reprezentowane przez zawodowych pełnomocników, wydają się uważać, że ich rola kończy się na zgłoszeniu życzenia co do przesłuchania świadka, a dalej niech się już sędzia martwi.  I tłumaczy, dlaczego to tyle trwa, bo przecież strona ma prawo do rozpoznania sprawy bez nieuzasadnionej zwłoki. Tak jakby w procedurze nic się nie zmieniło i zadaniem sądu nadal było ustalenie prawdziwego stanu faktycznego, a nie tylko dokonanie oceny dowodów przedstawionych przez strony i w zakresie, w jakim zostały one zgłoszone. To zresztą widać także często przy przesłuchaniu świadków - państwo mecenastwo podejrzanie często sprawia wrażenie nie wiedzących co tak w ogóle chcą danym świadkiem sądowi udowodnić, i oczekujących, że to sąd coś z tego świadka wyciągnie. A ja muszę się wtedy zastanawiać, czy zadać to jedno istotne pytanie "z urzędu" żeby cokolwiek z tego dowodu uzyskać, wspierając w ten sposób jedną ze stron, czy może zostawić jak jest i zwolnić świadka ze świadomością, że właśnie zmarnowałem pół godziny swojego, i zapewne parę godzin jego czasu. Jeszcze ciekawiej jest, jak okaże się, że po wywołaniu stawił się sędzia, stawił się protokolant i stawił się świadek, natomiast pełnomocnik powoda, który wezwania owego świadka zażądał nie stawił się, wnosił o rozpoznanie pod nieobecność. Cóż mam wtedy zrobić? Zapytać co świadkowi jest wiadome w sprawie i jak powie że nic, to go zwolnić? Czyj w końcu to jest świadek?

Ponownie jednak odbiegał od tego, o czym chciałem pisać. Zacząłem od tego, że strony wydają się nie być zainteresowane tym, żeby zgłoszeni przez nie świadkowie stawili się na rozprawie. Wniosek o wezwanie świadka złożony, i już to nie jest ich problem. Naprawdę rzadko zdarza się, że świadek, który z jakiegoś powodu nie otrzymał wezwania stawił się jednak do sądu, bo o rozprawie poinformowała go strona. Raz tylko czy dwa zdarzyło mi się, że strona powiadomiła sąd (czyli mnie) że zgłoszony świadek nadal nie otrzymał wezwania, a jest ono mu potrzebne do pracy. Parę razy natomiast słyszałem na sali rozpraw stwierdzenie, że wezwany na świadka syn, brat, a raz nawet małżonek nie stawił się, bo nie dostał wezwania. Czy naprawdę nie można było mnie o tym poinformować wcześniej? Albo przynajmniej zapytać go o to wcześniej, a nie "dzisiaj rano", żeby był jeszcze czas coś zrobić? Czy jak się już zgłosiło na świadków swoich "sąsiadów od 30 lat" to może warto by było zapukać do nich i zapytać, czy dostali wezwania, i czy nie trzeba ich do tego sądu zawieźć?

Inny problem dotyczy tego, że zdecydowanie zbyt często strona zgłaszająca świadka w ogóle nie interesuje się tym, czy zgłoszony świadek faktycznie mieszka pod podanym adresem, czy jest w stanie się stawić na rozprawę, a w skrajnych przypadkach - czy w ogóle jeszcze żyje. Bo o takim "drobiazgu" jak to, czy świadek faktycznie coś wie to już nie ma co mówić. Króluje bowiem zgłaszanie świadków w oparciu o założenie, że ma coś ze sprawą wspólnego, to pewnie coś o sprawie wie. To, że świadek nie ma "coś o sprawie wiedzieć" tylko ma posiadać wiedzę o faktach przez stronę wywodzonych jako podstawa jej twierdzeń jakoś nieczęsto się przebija do świadomości coniektórych. Efektem tego wszystkiego jest zaś z jednej strony to, że czasem dwa - trzy razy odraczamy rozprawę bo świadek nie odbiera wezwań, po czym okazuje się, że nie odbiera bo tam nie mieszka. Pół roku - rok w plecy, bo pan czy pani mecenas zgłosili jako świadka na poparcie ich twierdzeń człowieka, o którym nic nie wiedzą. Na tej zasadzie pewien pełnomocnik pewnego ubezpieczyciela zgłosił w pewnej sprawie na świadka pasażera samochodu sprawcy. Dopiero po paru nieskutecznych wezwaniach okazało się, że ów pasażer w chwili wypadku miał 8 miesięcy. Kiedy indziej wezwano na świadka, i nawet o mało co nie ukarano grzywną zmarłego, bo pan mecenas nie zastanawiając się zbyt długo zażądał wezwania na świadka osobę, która widniała na jakiejś starej umowie. No ale przecież to nie jego problem, on najwyżej napisze skargę na przewlekłość jak sąd zmarnuje za dużo czasu usiłując przesłuchać tego świadka.

Żeby nie być jednostronnym to wrzucę też kamyczek i do swego ogródka. Niestety ponownie objawia się przy tym wszystkim jeden z sądowych grzechów głównych, jakim jest pobłażliwość. Pobłażliwość przy postępowaniu wobec świadków nie stawiających się na rozprawy i wobec stron, które bezmyślnie wnoszą o ich przesłuchanie. Cóż z tego, że na świadka można nałożyć grzywnę, skoro grzywna ta nie jest karą za zignorowanie wezwania, a środkiem służącym przymuszeniu, więc jak świadek raczy się stawić to trzeba mu ją uchylić.  Do tego o ile warunkiem uchylenia grzywny powinno być usprawiedliwienie nieobecności to nader często uchyla się ją jeżeli tylko świadek się stawi, bo potem z egzekwowaniem jej są problemy i w ogóle. Z tego samego zresztą powodu nie zawsze grzywnę się nakłada - trzeba przecież pisać postanowienie, doręczyć je, świadek może wnieść zażalenie, to będzie dodatkowa robota, po co to komu. A wystarczyłaby prosta zasada, że za niestawiennictwo wymierza się grzywnę, którą uchylić można tylko wówczas, gdy świadek wykaże, że niestawiennictwo było spowodowane przyczyną od niego niezależną, która była mu nieznana przed terminem rozprawy. Żeby potem nie było, że świadek nie stawił się, bo był na wycieczce, którą wykupił trzy miesiące wcześniej, tylko nie raczył powiadomić sądu. 

Do czego zmierzam? A do tego, że bardzo bym chciał, żeby wreszcie ci od stanowienia prawa na coś się zdecydowali. Albo mamy postępowanie kontradyktoryjne, i dowody przeprowadzają strony w obecności sądu, albo mamy inkwizycję i dowody przeprowadza sąd w obecności stron. Jeżeli to strony mają decydować jaki dowód chcą przedstawić, to niech same też ów dowód sprowadzą na salę. Czyli powiadomią świadka, w razie potrzeby przywiozą go, itd. Sąd może im co najwyżej wystawić urzędowy dokument nakazujący świadkowi stawienie się pod rygorem kary. A potem niech siedzą i zadają pytania. W końcu to ich świadek i to oni wiedzą, co on wie i co może na poparcie ich twierdzenia przedstawić. Jeżeli jednak mamy mieć inkwizycję to rola stron powinna ograniczać się do poinformowania sądu jakie ich zdaniem dowody są możliwe do przeprowadzenia, w tym kto może coś wiedzieć. Poinformowania, bez prawa domagania się, by sąd konkretny dowód przeprowadził, bo decyzja w tym przedmiocie winna należeć do sądu. Czyli koniec "wniosków dowodowych" które sąd uwzględnia albo oddala i jeszcze musi się tłumaczyć dlaczego tak zrobił. Jak inkwizycja - to inkwizycja.


Ech, rozmarzyłem się... ale wiem, że to nigdy nie nastąpi, bo panowie profesorowie proceduropisarze notorycznie chcieliby mieć ciastko i zjeść ciastko. Żeby było kontradyktoryjnie czyli szybko, ale żeby sąd też pomagał trochę tym co sobie nie radzą. Żeby sędzia miał władzę, ale kontrolowaną, żeby od wszystkiego można się było odwołać. Żeby tak było dobrze dla wszystkich i szybko jednocześnie. Ech...

piątek, 19 września 2014

De minimis non curat praetor

 
Gdy w rozmowach ze "społeczeństwem" podnoszona jest kwestia opłat sądowych zazwyczaj reakcją jest stwierdzenie, że te opłaty są niepotrzebne, bo przecież po to się płaci podatki, żeby mieć wszystko za darmo. Co ciekawe najgłośniej mówią to ci, których o płacenie podatków w jakiejś istotnej wysokości trudno by było podejrzewać. Prawda zaś jest taka, że niestety nawet i przy tak wysokich podatkach naszego drogiego kraju nie stać jest na to, by zapewnić każdemu prawo do rozpoznania przez sąd każdej sprawy, jaka tylko mu się przytrafi, a już na pewno nie stać go by zapewnić rozpoznanie każdej takiej sprawy zarówno dobrze jak i szybko. Jak ze wszystkim, jeżeli ma być coś zrobione dobrze i jeszcze do tego szybko, to na pewno tanie to nie będzie. Jeżeli zaś ma być tanio, to będzie albo długo, albo po łebkach. Albo i długo, i po łebkach.

W warunkach ograniczonego budżetu - a każdy budżet jest ograniczony - przy podejmowaniu decyzji co do tego jak ma działać wymiar sprawiedliwości decydenci muszą podjąć świadomą decyzję co do tego na co chcą stawiać, a z czego są gotowi zrezygnować. Mogą postawić na zapewnienie jak najszerszego dostępu do sądu, kosztem szybkości postępowania, godząc się na to, że obywatel będzie czekał na wyrok długo, ale dostanie go w każdej sprawie. Rządzący mogą też postawić jednocześnie na dostęp do sądu i szybkość postępowania, godząc się na to, że wyroki będą szybko, ale byle jakie. Mogą wreszcie zdecydować, że prawo obywatela do zbadania przez sąd w dwóch instancjach jego skargi na sąsiada za to, że jego kura przelazła przez dziurę w płocie i narobiła na trawniku, albo na spółdzielnię za to, że truje go gazem wpuszczanym przez sedes jest mniej ważne, niż prawo do rozpoznania sprawy szybko i dobrze. Ważne, żeby coś zdecydowali. I równie ważne - by wcielili to w życie dostosowując do tego odpowiednio zarówno organizację wymiaru sprawiedliwości jak i kognicję sądów oraz procedury. Bo udawanie, że bez zwiększania wydatków można sądzić jednocześnie szeroko, dobrze i szybko doprowadzi nas do sytuacji, w której nie będzie ani dobrze ani szybko. Czyli do tego, co mamy dzisiaj.

Ja, osobiście, byłbym za trzecim rozwiązaniem, to znaczy za tym, aby dla zapewnienia wysokiej jakości i sprawności postępowania ograniczyć ilość spraw, z którymi można będzie zwracać się do sądów. Zgodnie z zasadą, że jeżeli ilość zadań jest większa od mocy przerobowych, to należy ograniczyć ilość przyjmowanych zadań. Jeżeli samochody nie mieszczą nam się w warsztacie, albo chorzy w klinice to wprowadzamy wstępną selekcję, decydując jakimi przypadkami będziemy się zajmować, a jakimi nie, bo nie mamy ani sił ani środków by zajmować się prawidłowo wszystkimi. Należy zatem, no cóż, przede wszystkim radykalnie ograniczyć kognicję sądów, czyli zmniejszyć ilość spraw, którymi sądy muszą się zajmować. Już starożytni Rzymianie mawiali: de minimis non curat praetor czyli pretor, znaczy się sąd, nie zajmuje się drobiazgami. A więc sprawy o nie zachowanie staranności przy trzymaniu kur, które przez to przelazły na działkę sąsiada, o urwanie rączki w pożyczonym wiadrze, o palenie w toalecie internatu, o zapłatę 21 zł za dostawę baniaka wody, czy też 4,13 zł tytułem nie uiszczonych odsetek za 2 dni opóźnienia w płatności nie powinny trafiać do sądu powszechnego lecz do innego, pozasądowego organu orzekającego. Nie ważne, czy nazwiemy go kolegium orzekającym, czy sądem pokoju, czy może elektronicznym sądem społecznym do spraw drobnych - grunt by nie musieli się nimi zajmować ci sami sędziowie, którzy sądzą rozboje, zgwałcenia, wypadki drogowe ze skutkiem śmiertelnym, dzielą majątkami o wielomilionowej wartości. W Wielkiej Brytanii znaczna część spraw rozstrzyganych jest poza systemem sądownictwa powszechnego, przez sądy magistrackie podobne do naszych kolegiów do spraw wykroczeń - i jakoś strasburski trybunał nie widzi w tym nic zdrożnego.

Niezależnie od ograniczenia kognicji sądów należy uprościć rozpoznawanie spraw, by ograniczyć praco- i czasochłonność procedowania. Nie w każdej sprawie jest bowiem konieczne prowadzenie procesu z całym ceremoniałem i pełną pompą. Nie ma potrzeby by sprawę immisji pozostawianych przez kury na trawniku sąsiada sądzić na rozprawie z udziałem stron, przesłuchiwać przy tym pół wsi (częściowo doprowadzonej przez Policję, bo się nie stawiała) i zasięgać opinii biegłego w zakresie analizy wpływu kurzego łajna na trawę gazonową. W kodeksie postępowania cywilnego niby jest coś, co nazywa się "postępowanie uproszczone" tyle że żadnych uproszczeń w nim w zasadzie nie ma. Wyłączone jest stosowanie pewnych szczególnych instytucji, których w większości postępowań i tak się nie stosuje, ale nic więcej. Kiedyś było ograniczenie możliwości wnoszenia apelacji do przypadków "rażącego naruszenia prawa" ale nie spodobało się to Trybunałowi Konstytucyjnemu. Była też kiedyś ścisła prekluzja dowodowa, czyli zakaz zgłaszania nowych dowodów, ale już jej nie ma, bo przeszkadzała autorowi którejś kolejnej nowelizacji. Cóż jednak stoi na przeszkodzie by faktycznie uprościć te postępowania? Wprowadzić zasadę, że rozprawa odbywa się tylko, gdy sędzia uzna to za stosowne? Że dowody na rozprawę muszą sprowadzić strony? Że każda ze stron może powołać najwyżej dwóch świadków? Prawo do sądu by od tego nie ucierpiało, a wszyscy ci, którzy nie bawią się w pozywanie spółdzielni o zwrot nadpłaconych 13 zł za wodę by z pewnością na tym zyskali.

Wracając zaś do tego, od czego zacząłem, to nie można zapominać także o odpowiednim ukształtowaniu systemu opłat sądowych, by nie opłacało się pochopne wnoszenie spraw do sądu. By sądy nie zajmowały się sprawami niepoważnymi, nieprzemyślanymi, czy też badaniem czyichś urojeń i chorych pretensji. Być może wymagałoby to zmiany filozofii zwalniania od opłat sądowych ze zwalniania od nich w całości na zwalnianie z obowiązku uiszczenia ich z góry. Tak, by osoba występująca z niezasadnym powództwem ostatecznie poniosła konsekwencje wniesienia go, a nie tak jak dzisiaj, gdy "biedny bezrobotny" może sobie pozywać do woli na koszt Skarbu Państwa nie ponosząc żadnych konsekwencji swojego nieodpowiedzialnego zachowania. Warto by też pomyśleć o wprowadzeniu możliwości odrzucania kolejnych powództw wnoszonych przez osoby, które uprzednio wniosły wielokrotnie niezasadne powództwa, bądź wszczynają postępowania ewidentnie w celu szkodzenia innej osobie. Za granicą znane są takie rozwiązana - na przykład zdaje się w Australii (a może to w Kanadzie?) sąd może uznać kogoś za winnego wnoszenia złośliwych lub niepoważnych powództw, pozbawiając go w ten sposób prawa wszczynania postępowań sądowych bez zgody sądu. Na naszym gruncie sprawdziłoby się też wprowadzenie szczególnego rodzaju ubezwłasnowolnienia częściowego polegającego na pozbawieniu lub ograniczeniu zdolności procesowej, czyli zdolności do samodzielnego wszczynania i działania w postępowaniu. Pozwoliłoby to ograniczyć konsekwencje działań osób cierpiących na zaburzenia psychiczne objawiające się skłonnością do pieniactwa (querulentia) z którymi dzisiaj nic nie można zrobić, gdyż zwykle ich stan psychiczny nie jest na tyle poważny, by je nawet częściowo ubezwłasnowolnić. Skorzystałyby na tym i sądy, i zwykli obywatele, którzy dziś muszą czekać dłużej na swoją poważną sprawę, bo sąd zajmuje się kolejnym pozwem pani Krysi przeciwko sąsiadom z góry, którzy złośliwie o 6 rano spuszczają wodę w łazience, a do tego głośno tupią i piszczą kranami.


No dobra. Pożaliłem się, popisałem, przedstawiłem propozycje. Tyle że to wołanie na puszczy. Nikomu z prawdziwej władzy nie będzie zależało na tym, by cokolwiek w sądach poprawić, bo władzy nie zależy na tym, by w kraju były dobre i silne sądy, zdolne do kontrolowania tego, co politycy robią. Nie zależało na tym żadnemu z poprzednich 22 ministrów sprawiedliwości, jaki pełnili ten urząd od 1989 r. i mam poważne wątpliwości, czy zależeć na tym będzie temu 23, który dzisiaj został posadzony na ten najgorętszy stołek w rządzie. Wszak im gorzej sądy działają, tym bardziej można będzie je - przy społecznym poklasku - podporządkować ministrowi, oczywiście pod hasłami "przyspieszania i usprawniania". A naród? A naród obudzi się w końcu z obiema rękami w nocniku. I to - sądząc po tym jak wiele ze zdobyczy Okrągłego Stołu w dziedzinie niezależności sądów zostało już zlikwidowane - całkiem niedługo.