niedziela, 29 czerwca 2014

Ośla siekierka


Pewnego razu panie posłanki i panowie posłowie postanowili zmienić ustawę o zakwaterowaniu Sił Zbrojnych RP, by uczynić ją bardziej "humanitarną". Dokładnie chodziło im o to, żeby zrobić tak, żeby cywile zajmujący wojskowe lokale (kwatery) - głównie rodziny zmarłych wojskowych - nie byli wyrzucani przez wojsko na bruk, tylko mogli w razie czego liczyć na lokal socjalny od gminy. No i żeby o obowiązku opuszczenia lokalu decydował niezawisły sąd, a nie bezpośrednio zainteresowany odzyskaniem lokalu wojskowy urzędnik.

Osiągnąć zamierzony cel można było bardzo łatwo. Wystarczyło zapisać w ustawie, że Dyrektor oddziału Wojskowej Agencji Mieszkaniowej (czy kogo by tam upoważniono), może zażądać od cywila opuszczenia kwatery zajmowanej bez tytułu prawnego. Do tego trzeba było zaznaczyć, że o obowiązku opuszczenia lokalu orzekają sądy powszechne, stosując odpowiednio przepisy ustawy o ochronie praw lokatorów. W tym jednym przepisie byłoby wszystko co potrzeba - wykreowanie cywilnoprawnej podstawy żądania, zastrzeżenie drogi sądowej w sądzie powszechnym i wyraźne odesłanie do przepisów dotyczących orzekania o prawie do lokalu socjalnego, żeby nie było wątpliwości że należy je stosować. Bardzo proste. Niestety nie dla panów prawodawców, którzy postanowili to zrobić po swojemu. Jak? Ano popatrzmy.

Jeżeli chodzi o pierwszą część, to wyszło im całkiem dobrze. Przepis art. 29b Ustawy o zakwaterowaniu Sił Zbrojnych RP stanowi że: 

„Osoby inne niż żołnierz zawodowy, które zamieszkują kwatery albo inne lokale mieszkalne, są obowiązane do ich opróżnienia w terminie trzydziestu dni od dnia doręczenia wezwania właściwego dyrektora oddziału regionalnego.”

Mamy więc potrzebne nam źródło cywilnoprawnego obowiązku opuszczenia lokalu. Popatrzmy jednak dalej, jak ustawodawca poradził sobie z odesłaniem roszczeń z tego tytułu na drogę sądową (ustawa o zakwaterowaniu bazuje na drodze administracyjnej) oraz z przywołaniem przepisów o lokalach socjalnych. Szukamy... szukamy... szukamy... i im bardziej wpatrujemy się w tekst ustawy tym bardziej takiego przepisu w niej nie ma... Jest tylko art. 45 ust 3, w którym - poza listą osób, których nie można usunąć z lokalu w trybie administracyjnym - zapisano:

„[...]dyrektor oddziału regionalnego kieruje do sądu powszechnego pozew o opróżnienie lokalu mieszkalnego, orzeczenie o uprawnieniu do otrzymania lokalu socjalnego, o wezwanie do udziału w postępowaniu gminy oraz zasądzenie odszkodowania”

I tyle. To wszystko. Pouczenie dla dyrektora odnośnie tego że ma "skierować" do sądu pozew o opróżnienie lokalu, i co ma w nim napisać. Coś, co powinno znaleźć się nie w ustawie, a w jakimś zarządzeniu MON, określającym jak dyrektorzy oddziałów WAM mają wykonywać swe obowiązki. Nawiasem mówiąc trudno nawet zgadnąć dlaczego ów dyrektor miałby wnosić o "wezwanie" gminy do udziału w postępowaniu, do udziału w procesie "wzywa się" bowiem osoby, które powinny być pozwanymi, a nie są (art 194, 195 kpc). Gmina natomiast, jako zainteresowana rozstrzygnięciem w przedmiocie lokalu socjalnego powinna być zawiadomiona o toczącym się postępowaniu, by umożliwić jej wstąpienie do udziału w sprawie w charakterze interwenienta ubocznego zgodnie z art. 84 kpc, dokładnie tak samo jak nakazuje to przepis art. 15 ust 2 Ustawy o ochronie praw lokatorów:

 "W sprawie o opróżnienie lokalu sąd z urzędu zawiadamia gminę właściwą ze względu na miejsce położenia lokalu podlegającego opróżnieniu w celu umożliwienia jej wstąpienia do sprawy."

Wydaje się jednak, że nie ma co tu doszukiwać się jakiejś głębszej idei, i przy wykładni tego przepisu zamiast założenia że ustawodawca jest racjonalny i wie co robi należy zastosować narzędzie lepiej dostosowane do realiów dzisiejszej legislacji. To narzędzie to założenie, że nie należy poszukiwać ukrytego sensu przepisu, jeżeli jego brzmienie można wytłumaczyć niekompetencją ustawodawcy. Narzędzie to nazwałem - z braku lepszego pomysłu - oślą siekierką, i wygląda na to, że będzie ono w częstym użyciu. I tylko na marginesie dodam, że cytowany przepis w jego pierwotnej wersji (wprowadzonej ustawą z dnia 29 stycznia 2009 r. ) brzmiał:

"[...] dyrektor oddziału regionalnego Agencji występuje do sądu z pozwem o nakazanie opróżnienia lokalu mieszkalnego, orzeczenie o uprawnieniu do otrzymania lokalu socjalnego, o wezwanie do udziału w procesie gminy oraz określenie odszkodowania.”

Prawdziwy majstersztyk legislacji, nieprawdaż? Wręcz doskonałe zastosowanie języka prawnego... spuśćmy więc nad nim zasłonę milczenia, i wróćmy do naszych osłów i siekierek. Skończyliśmy na pouczeniu dla dyrektora, że ma "skierować" pozew do sądu, i wnosić w nim o orzeczenie o uprawnieniu do otrzymania lokalu socjalnego, "wezwanie" gminy do udziału w postępowaniu oraz zasądzenie odszkodowania. Za co ma być to odszkodowanie ustawa nie wyjaśnia, ale najwidoczniej ustawodawca wyszedł z założenia, że sąd będzie wiedział. Ale to szczegół. Zastanówmy się natomiast co sąd ma zrobić z tym pozwem, jak już zostanie do niego "skierowany". A w szczególności co zrobić z zawartym w nim wnioskiem o orzeczenie o uprawnieniu do otrzymania lokalu socjalnego.

W przypadku zwykłych "cywilnych" eksmisji orzekanie o prawie do lokalu socjalnego (lub o braku takiego prawa) opiera się o przepis art. 14 Ustawy o ochronie praw lokatorów. Przepis ten w ustępie 1 wprowadza zarówno obowiązek orzeczenia w każdym przypadku (z paroma wyjątkami wynikającymi z innych przepisów) o prawie lub braku prawa do lokalu socjalnego, jak i wskazuje, że  gmina ma obowiązek taki lokal dostarczyć:

 "w wyroku nakazującym opróżnienie lokalu sąd orzeka o uprawnieniu do otrzymania lokalu socjalnego bądź o braku takiego uprawnienia wobec osób, których nakaz dotyczy. Obowiązek zapewnienia lokalu socjalnego ciąży na gminie właściwej ze względu na miejsce położenia lokalu podlegającego opróżnieniu"

Wydaje się więc, że nie ma żadnego problemu, by wniosek dyrektora oddziału WAM o przyznanie lokalu socjalnego, "skierowany" w myśl przepisu art 45 ust 3 ustawy o zakwaterowaniu Sił Zbrojnych został rozpoznany w ten sam sposób i na tej samej podstawie prawnej. Przepis art. 14 ustawy o ochronie praw lokatorów mówi przecież tylko o opróżnieniu lokalu nie precyzując, czy ów lokal jest komunalny, spółdzielczy czy wojskowy. Logiczne? Owszem. Ale jest pewien haczyk - artykuł 1a ustawy o ochronie praw lokatorów, który mówi, że:

"Przepisów ustawy nie stosuje się do lokali będących w dyspozycji Wojskowej Agencji Mieszkaniowej."

Skoro zgodnie z wyraźnym brzmieniem art. 1a ustawy o ochronie praw lokatorów jej przepisów nie stosuje się do lokali będących w dyspozycji WAM, to znaczy że przy orzekaniu eksmisji z tych lokali nie stosuje się też jej art. 14. A art. 14 to chyba jedyny przepis w całym systemie prawa, który nakłada na gminę obowiązek dostarczenia eksmitowanemu lokalu socjalnego. Bez takiego przepisu nie można zaś nakazać jej zawarcia umowy najmu z konkretną osobą - wszak nakazanie zawarcia z kimś umowy najmu to nic innego niż ograniczenie jego prawa własności, a to może nastąpić tylko na podstawie przepisu ustawy. Co to oznacza? Ano tyle, że mamy sytuację, w której jedna ustawa (art. 45 ust. 3 ustawy o zakwaterowaniu sił zbrojnych RP) nakazuje dyrektorowi WAM wnosić o orzeczenie o prawie do lokalu socjalnego, a druga zabrania uwzględnienia tego wniosku (art. 1a w zw. z art. 14 Ustawy o ochronie praw lokatorów). 

Jak sądy sobie radzą z tym problemem? No cóż... niestety zwykle przy pomocy oślej siekierki, czyli uznając, że ustawodawca chciał uchwalić coś innego, niż uchwalił, więc zamiast przepisu który uchwalono należy stosować ten, który powinien być uchwalony. Przyjmuje się więc, podpierając autorytetem Sądu Najwyższego, że przepis art. 45 ust. 3 ustawy o zakwaterowaniu Sił Zbrojnych RP stwierdza, że "należy orzec" o lokalu socjalnym, więc "odsyła" do art. 14 ustawy o ochronie praw lokatorów, bo ustawodawca jest racjonalny i nie tworzy "pustych" przepisów. A art. 1a nie ma tu zastosowania, bo on odnosi się do lokali my orzekamy o osobach. Można się też podeprzeć autorytetem komentatora, który w jednej z książek napisał, że "wydaje się, że art. 14 powinno się stosować". Dzięki temu można dać eksmitowanym to, co ustawodawca chciał im dać ale nie potrafił tego napisać. Ale czy naprawdę powinno się tak robić? Czy faktycznie zadaniem sądów jest poprawianie błędów ustawodawcy?

wtorek, 10 czerwca 2014

Impostoza


Trafiła mi się skarga na komornika. Tak na pierwszy rzut oka kompletnie bezzasadna, no ale cóż, zgodnie z procedurą trzeba było odpis skargi przesłać komornikowi, by ten się wytłumaczył z tego co zrobił, i przysłał akta.  Komornik jak się okazało był nie nasz miejscowy (nasz był dłużnik), i nie było z nim umowy, że jak przyjdzie to odbierze z sekretariatu, więc trzeba mu było przesyłkę wysłać Nowym Lepszym. No to wysłaliśmy i czekamy.

Mija tydzień, dziesięć dni, dwa tygodnie a tu cisza. Ani akt, ani zwrotki. W końcu (bo ile można czekać) dzwonimy do komornika, a on nam odpowiada, że nic jeszcze nie dostał. Dobra, dobra. Znamy te numery. Wysyłamy wszystko jeszcze raz, nie bardzo proceduralnie prawidłowo, faksem do kancelarii z poleceniem że ma być załatwione w trybie pilnym i na poduszkach. I po paru dniach faktycznie jest... przychodzą akta, odpowiedź na skargę i można wreszcie zobaczyć co tam komornik nabroił. Przychodzi też zwrotka od Nowego Lepszego, ta od listu zawierającego odpis skargi. Nadal przyczepiona do koperty z adnotacją, że doręczyciel nie zastał nikogo w kancelarii, a komornik nie zareagował na podwójne awizo...

No, można powiedzieć że przypadek, no, wypadek przy pracy bez większych konsekwencji, zresztą trzeba zrozumieć, że to były pierwsze tygodnie działania Nowego Lepszego, więc oni się jeszcze uczyli. Powiedzmy że tak było. Niestety nauka poszła chyba w las, bo dwa miesiące później trafiłem na coś takiego:


Tak jest, to jest przesyłka do pani adwokat, pełnomocnika powoda. Wysłana przez Sąd Okręgowy, bo akurat był to odpis orzeczenia o oddaleniu zażalenia na odrzucenie pozwu. Nie będę już poruszał kwestii, że przesyłka nadana 27 stycznia 2014 r. była pierwszy raz awizowana 25 lutego 2014 r. Zastanawiam się natomiast, czy pani mecenas wie, że zażalenie oddalono, czy też może nadal czeka na rozstrzygnięcie, tłumacząc klientowi, że w sądzie okręgowym czeka się wiele miesięcy na rozpoznanie sprawy. 

Nie jej jednej zdarzyło się zresztą ostatnio nie odebrać podwójnie awizowanej przesyłki.  Na przykład tenże pan adwokat...


... zapewne nadal czeka, aż sąd doręczy mu odpis wyroku z uzasadnieniem, by na życzenie klienta wnieść apelację. I chyba nie wie jeszcze o tym, iż doręczono mu go już dawno, przez podwójne awizo, a termin do wniesienia apelacji minął. Zastanawiam się też jak zareaguje jego klient, gdy dostanie pismo od komornika z informacją, że wyrok jest prawomocny i trzeba płacić, bo  jeśli dobrze pamiętam to drugiej stronie wydano już tytuł wykonawczy. I żeby było jasne - adres kancelarii był prawidłowy. Sprawdziłem dwa razy - na liście adwokatów i w internecie. Dokładnie tak samo jak i tutaj:


gdzie pan mecenas nie odebrał awizowanej przesyłki zawierającej, jeżeli dobrze pamiętam, tytuł wykonawczy, o przesłanie którego sam wnosił. I pewnie nadal czeka, uspokaja klienta, i roztacza przed nim wizje odszkodowań za przewlekłość postępowania...

W czasach przedpegiepowych owszem zdarzało się, że pełnomocnicy nie odbierali awizowanych przesyłek. Zwykle jednak okazywało się, że to dlatego, że przesyłka poszła na nieaktualny adres, albo komuś pomyliły się cyferki w adresie. Albo że pan mecenas w czasie, gdy sprawa była zawieszona przeszedł na emeryturę lub w spoczynek wieczny. Nie przypominam sobie natomiast przypadku, żeby przesyłka wysłana na prawidłowy adres kancelarii nie została podjęta... no, może jeden, ale to dotyczyło pana radcy, który wkrótce potem przestał być radcą, więc to raczej wyjątek potwierdzający regułę. Teraz natomiast takie podwójnie awizowane niepodjęte widuję regularnie, zupełnie jakby państwo pełnomocnicy zapadli na jakąś dziwną chorobę objawiającą się niechęcią do odbierania listów z sądu. Zresztą nie tylko oni, bo owa impostoza szerzy się także wśród innych, dotychczas pewnych, odbiorców przesyłek... w mojej kolekcji mam podwójnie awizowane nie podjęte w terminie przesyłki kierowane do urzędu dzielnicy, do banków, do firm ubezpieczeniowych. Z plotek wiem także, iż istnieje gdzieś przesyłka skierowana przez sąd rejonowy do sądu okręgowego, którą zwrócono jako podwójnie awizowaną, jak i przesyłka kierowana do osadzonego w ZK, którą awizowano z adnotacją "adresata nie zastałem". A ilu zwykłych ludzi choruje na tę chorobę to trudno nawet oszacować... Tylko dzisiaj w dwóch sprawach 0drzuciłem zarzuty od nakazu zapłaty (na bardzo duże kwoty), bo pozwani nie uzupełnili braków formalnych. A nie uzupełnili pewnie dlatego, że nie wiedzieli że muszą, bo dotknięci impostozą nie odebrali wezwania, chociaż dwukrotnie dostali awizo. Bo przecież awizo musieli dostać... doręczyciel wyraźnie to odnotował na przesyłce... co nie?

środa, 4 czerwca 2014

25 lat wolności


Dzisiaj dzień wolności. 25 rocznica dnia, w którym skończył się w Polsce komunizm, choć jeżeli cokolwiek jeszcze pamiętam z historii, to panujący tu ustrój z komunizmem wiele wspólnego nie miał. Nie kłócąc się jednak ani o wyrazy, ani o to czy tamten ustrój był lepszy czy gorszy, warto jest przy okazji owej okrągłej rocznicy popatrzeć jak owe ćwierć wieku wolności wyglądało w sądownictwie. 

Gdy przez sądowe korytarze powiał wiatr zmian wiele się zmieniło. Niektórzy mówią że za mało, bo przyczyną dzisiejszej sytuacji w sądownictwie jest brak lustracji sędziów. Kto wie, może faktycznie jakby się wydało, że ja i moje koleżanki i koledzy z wydziału byliśmy tajnymi współpracownikami pani przedszkolanki i donosiliśmy na kolegów, którzy nie leżakują, to dzisiaj sądy wyglądałyby inaczej. Tego jednak nigdy się nie dowiemy. Wiemy natomiast, że w trakcie rozmów przy Okrągłym Stole kładziono duży nacisk na to, by zagwarantować obywatelom prawo do rozpoznania ich spraw przez niezawisłych sędziów w niezależnych sądach. Żeby nie było już wyroków "na telefon", żeby "obowiązująca linia partii" czy też poglądy tow. I sekretarza wyrażone w przemówieniu do obywateli nie wyznaczały linii orzeczniczej. Żeby sędziów niewrażliwych na oczekiwania władzy nie czekała już zsyłka na drugi koniec Polski albo wręcz usunięcie ze służby. Żeby sądy z mało istotnego elementu jednolitej władzy państwowej stały się niezależną i równorzędną trzecią władzą, której zadaniem będzie kontrolować i równoważyć pozostałe dwie, tak jak to kiedyś dawno temu wymyślił Monteskiusz. 

Założenia były oczywiście bardzo szczytne, i pełne - jakby to powiedzieć - rewolucyjnego zapału (albo raczej neofickiej gorliwości) we wprowadzaniu zmian, które całkowicie przerobią polskie sądy na nową, demokratyczną modłę, a obywatelom dadzą prawdziwe prawo do sądu. Na nowo ukształtowano więc wewnętrzną strukturę sądów, tworząc zręby samorządu sędziowskiego, któremu przydano większość władzy administracyjnej w sądach, by zatrzeć złe doświadczenia z czasów, gdy sądami kierowali partyjnie namaszczeni prezesi. Jednocześnie wprowadzono bardzo szerokie gwarancje niezawisłości sędziów, by żadna władza nie mogła, jak to w czasach słusznie minionych bywało, wywierać na sędziów presji by orzekali jak partia każe. Ustalono na dość wysokim poziomie pensje sędziów, wprowadzając jednocześnie mechanizm ich waloryzacji w sposób niezależny od decyzji politycznych. Wprowadzono także stan spoczynku, by zagwarantować ciągłość ochrony także po zakończeniu służby. Zagwarantowano sędziom nieusuwalność i wprowadzono zakaz przenoszenia ich na inne miejsce służbowe albo delegowania do innego sądu bez ich zgody, by nikt nie mógł im zasugerować, że albo orzekną jak władza oczekuje, albo od pierwszego będą dojeżdżać do pracy 120 km w jedną stronę. Wszystko po to, by obywatelowi zagwarantować takie prawo do sądu, jakie winien mieć obywatel prawdziwie wolnego i demokratycznego kraju.

Niestety, jak to z rewolucjami bywa, gdy minął miodowy miesiąc, a nowa demokratyczna władza okrzepła, to nowi demokratyczni rządzący zorientowali się, że takie całkowicie wolne i niezależne sądy to nie jest coś, co bardzo pomaga w rządzeniu. Zaczęło się więc powolne, krok po kroku, odzyskiwanie przez (aktualnie rządzącą) partię władzy nad sądami. I tak, pomalutku, krok po kroczku zniknął samorząd sędziowski, który kolejnymi nowelizacjami prawa o ustroju sądów powszechnych zredukowano do roli organu opiniodawczego, z którego zdaniem nikt się w zasadzie nie musi liczyć. Równolegle stopniowo zwiększano władzę prezesów sądów, wzmacniając jednocześnie wpływ ministra sprawiedliwości na ich wybór i powoływanie, aż w końcu z prezesów niezależnych sądów stali się oni współpracownikami ministra, wspierającymi go przy realizacji polityki w zakresie wymiaru sprawiedliwości. Jednocześnie zaczęto ograniczać gwarancje niezawisłości, te same, o wprowadzenie których "strona społeczna" wnioskowała przy Okrągłym Stole. Nagle okazało się, że to już nie są gwarancje prawa obywateli do niezawisłego sądu, tylko niczym nie uzasadnione przywileje kasty sędziowskiej. Zmieniono więc zasadę ustalania wynagrodzeń, poprzez wprowadzenie zasady, iż o wysokości pensji sędziów co roku decyduje rząd i wykonujący jego polecenia sejm. Wprawdzie ostatnio ponownie odebrano politykom tę władzę, ale nie przeszkodziło to im nadal majstrować przy wynagrodzeniach sędziów, poprzez "zamrażanie" waloryzacji. Zamrażanie, któremu towarzyszyły wypowiedzi, że jak sędziowie będą dobrze (zdaniem Pana Ministra) pracować to może w przyszłym roku im się waloryzacji nie zabierze. Co jakiś czas wracają też pomysły, żeby sędziom odebrać, albo ograniczyć "przywilej" w postaci stanu spoczynku, odebrano już prawo do pełnego wynagrodzenia za czas choroby (sobie panie posłanki i panowie posłowie zostawili 100%), a państwo politycy nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa. Wszak państwo musi mieć nad sędziami kontrolę, jak ponoć stwierdził pan poseł Kozdroń podczas prac nad nowelizacją Prawa o ustroju sądów powszechnych. A że nie o to chodziło budowniczym nowej demokratycznej Polski? Ano trudno.

Co zostało więc po 25 latach wolności z owych szczytnych idei i wielkich nadziei? Ano niewiele. Sądy miały stać się niezależną władzą, w której prawdziwie niezawiśli sędziowie wymierzają sprawiedliwość zgodnie z własnym sumieniem, nie obawiając się represji, ani nie licząc na przywileje za spolegliwość. Zamiast tego mamy dziś terenowe placówki działu administracji rządowej "sprawiedliwość" realizujące politykę rządu w zakresie wymiaru sprawiedliwości. Na ich czele stoją współpracownicy ministra, przez niego powołani i sprawujący na jego zlecenie nadzór administracyjny według otrzymanych wytycznych. Sędziowie mają zaś mnóstwo okazji do dawania dowodu na swą odporność na naciski i twardość kręgosłupa moralnego. I nie chodzi tylko o to, że politycy uważają dziś za stosowne wypowiadać się w mediach o tym jaki ich zdaniem wyrok powinien wydać sąd. Nie chodzi też o to, że co niektórzy zapowiadają, że jak dojdą do władzy to będą "rozliczać" sędziów, którzy nie będą orzekali zgodnie z interesem narodowym. Nie chodzi nawet o to, że dzisiaj media (głównie brukowe), oraz różne grupy "niezależnych" krzykaczy i awanturników próbują wywierać presję na sędziów by orzekali zgodnie ze "społecznymi oczekiwaniami", czyli tak jak dziennikarze napisali, że powinni. To są drobiazgi. Niestety jest też tak (choć całe szczęście jeszcze nie wszędzie) że  oczekuje się od sędziów, że będą  stosowali się do wydanych w ramach tzw. wewnętrznego nadzoru administracyjnego poleceń prezesa co do sposobu planowania i prowadzenia rozpraw.  Że zamiast rzetelnie orzekać będą "pokrywać wpływ" nie ważne jak duży on będzie. Że zamiast pracować dobrze będą pracować statystycznie dużo. A to wszystko pod rzeczywistą groźbą różnego rodzaju nieprzyjemności w razie niepodporządkowania się, z postępowaniem dyscyplinarnym za nie wykonanie niewykonalnego polecenia włącznie. 

Tyle nam zostało z wolnego, okrągłostołowego sądownictwa po 25 latach wolności. Ciekawie ile zostanie z niego za kolejnych kilka lat. Wszak już dzisiaj "naród" jak nie podoba mu się wyrok to zwraca się o interwencję do ministra sprawiedliwości, a gdzieś nawet widziałem tezę, że należy zlikwidować "przywilej" niezawisłości sędziów i rozliczać ich za wydawanie wyroków niezgodnych ze społecznym poczuciem sprawiedliwości... I tak się zastanawiam... czy myśmy już przypadkiem kiedyś nie jedli tej żaby?