Obsługiwane przez usługę Blogger.

niedziela, 4 sierpnia 2013

Sprawa pana Zdzisia


Pewnego dnia pod pewien blok pojechał radiowóz, wysiedli z niego panowie policjanci i z ławeczki pod blokiem zabrali pana Zdzisia. Wsadzili go do radiowozu i zawieźli do więzienia, bo taki nakaz wydał sąd. Za co pan Zdzisio trafił za kratki? Zabił kogoś? Pobił? Okradł? A może za bardzo lubił dzieci bawiące się w piaskownicy? Nic z tych rzeczy. Pana Zdzisia wsadzono do więzienia bo straż miejska złapała go na piciu taniego wina na tejże samej ławeczce, oddała  sprawę do sądu, a tam sędzia skazał go na siedem dni aresztu.

Pan Zdzisio apelował od tego wyroku, pisząc, że jest alkoholikiem i musi pić, a pije na ławce przed blokiem, bo czuje się samotny, a tam zawsze spotka znajomych z którymi zamienić może kilka słów. Pisał też, że straż miejska się na niego uwzięła, bo on przecież nikomu krzywdy nie robi, nigdy nikogo nie zaczepia, nie hałasuje, nie śmieci, więc za co niby chcą go karać.  Poparli go zresztą sąsiedzi, którzy gremialnie podpisali się pod oświadczeniem, że pan Zdzisio to uczciwy człowiek, nikomu nie wadzi, sąsiadom pomaga, a że sobie to w winko na ławce sączy to to im nie przeszkadza, bo w końcu człowiek musi mieć jakąś przyjemność w życiu. Niestety to nie wystarczyło, bo okazało się, że pan Zdzisio wysłał apelację o jeden dzień za późno i sąd ja odrzucił.

Czy wsadzenie do więzienia alkoholika, tylko za to, że pił sobie winko na ławeczce przed blokiem miało sens, czy może było kolejnym przykładem głupoty sędziów, jak to zwykli pisać internetowi komentatorzy? A może jest to dowód na potrzebę zmiany mentalności sędziów i wprowadzenie ich kadencyjności, jak głoszą niektórzy politycy? Zanim pokusimy się o odpowiedź na to pytanie warto dowiedzieć się ciut więcej o całej sprawie.

Otóż ten wyrok,  który zaprowadził pana Zdzisia do więzienia nie był pierwszym w jego karierze.  Nie był też drugim, piątym ani dziesiątym.  Pan Zdzisio był stałym gościem sal sądowych, bo za picie winka na ławeczce był wcześniej skazywany kilkanaście razy, i to nie licząc przypadków, w których był w na tyle dobrym humorze, że zgadzał się przyjąć mandat - który zresztą zaraz po tym wyrzucał do kosza. Nie oznacza to oczywiście, iż każde z tych skazań było konsekwencją skarg przypadkowego przechodnia oburzonego tym, że taki jeden siedzi na ławce i pije. Po prostu jakoś się tak zdarzało, że ławeczka pana Zdzisia znajdowała się obok trasy, którą akurat przypadkowo przechodził patrol, akurat wtedy gdy on pił, no i nie było rady wobec ujawnienia wykroczenia należało podjąć interwencję. I zapisać sobie kolejny sukces w realizacji programu "zero tolerancji".

Już za pierwszym razem sędzia zorientował się, że obwiniony nie jest żadnym zagrożeniem dla wychowania w trzeźwości, a na zapobieganie jego  alkoholizmowi jest już zdecydowanie za późno, więc skazywanie go za naruszenie ustawy, która miałaby to zapewnić jest bez sensu. No ale co on mógł zrobić. Uniewinnić pana Zdzisia nie mógł, bo pan Zdzisio uczciwie przyznał się i do tego, że pił, i do tego, że wiedział, że nie wolno. Uznać, że to była niska szkodliwość społeczna też nie było można, bo prawo wykroczeń takiej możliwości nie przewiduje. No to po pewnej gimnastyce prawniczej (i pertraktacjach  rozumu z sumieniem) stwierdził, że przypadek pana Zdzisia jest na tyle szczególny, że uzasadnia nadzwyczajne złagodzenie kary i wymierzenie obwinionemu tylko kary nagany, co w praktyce oznaczało powiedzenie mu, by poszedł i więcej nie wykraczał.

Pan Zdzisio nie przejął się mocno naganą. Ani pierwszą, ani drugą, ani nawet trzecią. Za czwartym zaś razem oskarżyciel we wniosku nie omieszkał zwrócić uwagi sądu na to, że stwierdzenie także i tym razem, że rozmiar winy obwinionego jest niewielki, a jego dotychczasowe postępowanie i pozytywna prognoza przemawia za nadzwyczajnym złagodzeniem kary byłoby odrobinę niezgodne z rzeczywistością. Pana Zdzisia ukarano więc dwudziestozłotową grzywną i odesłano do domu, z poleceniem, by na przyszłość pił w mieszkaniu, a nie pod blokiem. Oczywiście nic to nie pomogło. Pan Zdzisio nie przejął się ani tą grzywną, ani kilkoma następnymi, nawet gdy zamiast 20 zł sąd kazał mu zapłacić 50, potem 100, a ostatecznie nawet 250 zł. Zresztą równie dobrze mógłby to być i milion złotych, bo wszystko czego pan Zdzisio w życiu się dorobił, to mieszkanie komunalne i renta zbyt niska by cokolwiek z niej wyegzekwować. Próba wysłania go do pracy przy zamiataniu ulic (czyli skazania go na ograniczenie wolności) skończyła się niepowodzeniem, bo okazało się, że pan Zdzisio jest całkowicie niezdolny do pracy, bo nie jest w stanie podnieść nic cięższego od butelki Chateau de Yabol... a przynajmniej ma dokumenty stwierdzające taki fakt.

W międzyczasie poszukiwano oczywiście alternatywnych rozwiązań problemu. Próbowano pana Zdzisia leczyć, lecz on twierdził, że pije bo lubi i nie czuje potrzeby, żeby z tym skończyć. Próbowano z nim negocjować, przekonywać go, objęto opieką pracowników socjalnych, ale on nie bardzo się tym przejmował. Próbowano wreszcie, nieoficjalnie, przekonać kogo trzeba, żeby zrobił coś, żeby strażnicy miejscy przestali traktować pana Zdzisia jako sposobu na wykonanie normy wykrywalności, bo zdarzało się, że był on spisywany nawet dwa razy dziennie. Niestety bez skutku, wnioski o ukaranie go wpływały cały czas. A z każdym kolejnym wnioskiem o ukaranie pana Zdzisia pole manewru zmniejszało się coraz bardziej.

Aż wreszcie nadszedł ten dzień, gdy pozostało już tylko jedno rozwiązanie. Gdy już nie można było nadzwyczajnie złagodzić kary, i wymierzyć nagany, bo ciężko byłoby obronić tezę, że ktoś kilkanaście razy skazany za to samo jest w gruncie rzeczy dobry i raczej więcej tego nie zrobi. Gdy oczywistym się okazało, że karanie grzywną jest bezcelowe, bo obwiniony nie posiada majątku, z którego mógłby ją zapłacić, więc grzywna nie jest dla niego żadną uciążliwością. Gdy jasnym było, że nie można nakazać mu wykonywania prac społecznych, bo lekarze orzekli, że jest on całkowicie niezdolny do pracy. Cóż wtedy pozostało? Ano tylko wymierzyć ostatnią z przewidzianych w przepisie kar i skazać pana Zdzisia na parę dni aresztu, w nadziei, że może to będzie ostatni wyrok, bo ktoś się wreszcie obudzi. Albo pan Zdzisio, albo ci, co go oskarżają...

Pan Zdzisio odsiedział swój wyrok. Nie było apeli o jego uwolnienie i ułaskawienie, ani też gorącej dyskusji nad zapadłym wyrokiem. Zapewne przyczyną tej ciszy było to, że sprawa ta nigdy nie dotarła do mediów, i żaden dziennikarz nie wysmarował artykułu zawierającego oczywiście tylko fakty pasujące do tezy, że głupi sąd skrzywdził biednego człowieka. Nikt nie głosił więc haseł, że alkoholizm obwinionego powinien zwalniać z obowiązku przestrzegania zakazu spożywania alkoholu w miejscach publicznych, ani nie wymieniał litanii nazwisk uniewinnionych (albo wciąż jeszcze nie osądzonych) "zbrodniarzy" którzy nadal nie siedzą podczas, gdy pan Zdzisio siedzi. Nikt nie żądał usunięcia sędziego z zawodu, zamknięcia go razem z panem Zdzisiem ani też zobowiązania go, by z własnych pieniędzy zapłacił panu Zdzisiowi odszkodowanie. Nie wypowiadali się "wybitni znawcy" prawa wykroczeń (a także makroekonomii, spraw międzynarodowych i badania wypadków lotniczych, w zależności od potrzeby) i nikt nie zapowiadał zmiany  prawa w związku z tą bulwersującą sprawą. Nikt nie wyzywał sędziów od niedouczonych głupków, ani nie żądał usunięcia ich z zawodu i zastąpienia ich przez nowych, nieskażonych "komuną" tudzież nie powiązanych z SB...

Ech... gdyby zawsze tak było.