Pages

piątek, 20 września 2013

Peselowanie



Od momentu wejścia w życie błyskawicznej nowelizacji kodeksu postępowania cywilnego, którą wprowadzono obowiązek ustalania peselu pozwanego upłynęło już trochę czasu, a to oznacza, że najwyższy czas zobaczyć, jak to wszystko działa. Tym bardziej, że temat jakby ucichł, bo jakoś nie słychać, aby pomysłodawcy tudzież ojcowie tej Wspaniałej Reformy wypowiadali się na temat olbrzymich korzyści, jakie jej funkcjonowanie przyniosło obywatelom. Chociaż to może zrozumiałe, bo patrząc na tę sprawę od strony osoby, która ze skutkami rzeczonej reformy spotyka się na co dzień to jakoś nie bardzo jest czym sie chwalić. Bo z tym ustalaniem peseli pozwanych wcale nie jest tak różowo, jak to w gazetach pisali, że będzie.

W zamieszczanych w internecie komentarzach specjalistów od sądownictwa (a także od ekonomii, piłki nożnej i badania wypadków lotniczych) wszystko jawi się bardzo prosto. Wystarczy wpisać dane do komputera i po parunastu sekundach jest wynik. I jest to prawda, tyle że nie do końca. Po pierwsze na odpowiedź z bazy PESEL-SAD trzeba obecnie czekać nawet parę minut, bo system nie jest dostosowany do obsługi tak wielkiej ilości zapytań, a po drugie żeby dostać odpowiedź trzeba najpierw wiedzieć, o co zapytać - a z tym to już nie jest tak prosto, jakby się niektórym wydawało. Ale największy problem polega na tym, że cała ta wielka heca z peselami wcale nie zapobiega powtórzeniu się przypadku pani Danuty z Sochaczewa, od którego wszystko się zaczęło. Jak to możliwe? Ano popatrzmy na to, co tak naprawdę wprowadzono.  

System PESEL-SAD, przy pomocy którego sądy mają ustalać pesele pozwanych działa na dwa sposoby - można albo zweryfikować zgodność podanych danych z bazą, albo ustalać przy jego pomocy brakujące dane. W pierwszym przypadku, gdy wpisujemy imię, nazwisko oraz podany przez powoda numer PESEL, system wypluwa informację, że dane są zgodne, albo że są niezgodne. Jeżeli są zgodne, to problemu nie ma, bo to znaczy, że powód wskazał że pozywa tego Karola Piprztykowskiego który ma taki a taki pesel, a sąd ustalił iż tenże pesel faktycznie należy do wskazanej osoby. Inaczej mówiąc jest dokładnie tak, jak być powinno, to znaczy powód oznaczył pozwanego, a sąd tylko sprawdził, czy podany pesel zgadza się z imieniem i nazwiskiem. Tyle tylko, że niestety ustawodawca ostatecznie uznał, że powód wcale nie musi podawać peselu pozwanego, bo tenże pesel (a zatem to, kto konkretnie jest pozywany) powinien ustalić sąd. I tu wchodzi nam drugi tryb pracy systemu, to znaczy ustalanie brakujących danych. No i zaczynają się schody.

Żeby ustalić numer PESEL, podobnie zresztą jak i inne dane osoby, należy skierować odpowiednie zapytanie, w którym podaje się znane nam dane poszukiwanej osoby. Skąd Sąd bierze te dane? Ano z pozwu, i tylko z pozwu. Powód musi je podać w pozwie, bo to on oznacza pozwanego. Owszem jakieś dane mogą być wpisane w załączonych do pozwu dokumentach, ale skąd mogę wiedzieć, czy te dokumenty faktycznie dotyczą osoby, którą powód chce pozwać? Nic mu przecież nie zabrania załączyć dokumentów nie dotyczących tej sprawy. Bierzemy więc tylko to, co znalazło się w pozwie i wpisujemy do systemu. I już mamy pierwszy schodek. 

Jeżeli wpiszemy do systemu tylko imię i nazwisko, to zwykle otrzymamy listę kilkunastu, lub nawet kilkudziesięciu osób, wraz z towarzyszącymi im numerami PESEL. No i co wtedy? Mamy przesłać listę powodowi, żeby nam zaznaczył, którego z nich pozywa? A nawet jeśli, to skąd będziemy wiedzieli, że osoba, którą nam zaznaczy to ta, której adres podał w pozwie? Pamiętajmy, że sprawa, od której wszystko się zaczęło wynikła właśnie z faktu, że wierzyciel wskazał komornikowi numer PESEL osoby o tym samym imieniu i nazwisku co dłużnik. Jak więc możemy ustalić, którego Jana Kowalskiego pan powód ma życzenie pozwać? Ano trzeba podać maszynie dodatkowe dane. Tyle tylko, że zwykle jedyne „dodatkowe dane”, jakie możemy znaleźć w pozwie i wpisać je do systemu to adres zamieszkania pozwanego, który wcale nie musi pokrywać się z zapisanym w systemie adresem zameldowania. Tak więc może okazać się (i często tak jest) że na zapytanie o pesel Jana Kowalskiego z ulicy Błotnistej 9 otrzymamy odpowiedź, że takiego człowieka nie ma. No i co wtedy? Ano nie wiadomo.

Numeru PESEL nie umieszcza się w wyroku, ani w nakazie zapłaty, bo panowie posłowie nie uznali za stosowne nakazać by je tam wpisywano. Oczywiście można to robić, w końcu „oznaczenie strony” nie oznacza tylko imienia i nazwiska, ale nie jest to konieczne. A skoro można i prowadzić rozprawę i wydać wyrok nie znając peselu pozwanego (bo żaden przepis tego nie zabrania) to znaczy, że nie ma podstaw do zawieszania postępowania do czasu, gdy powód poda dane umożliwiające ustalenie peselu pozwanego. Wszak art. 177 §1 pkt 6 kpc wprost mówi, że zawiesić można tylko wtedy, gdy brak danych umożliwiających ustalenie peselu powoduje, że nie można nadać sprawie biegu. Owszem można też wywodzić, że skoro ustawodawca zamieścił przepis nakazujący sądowi ustalanie peselu pozwanego w rozdziale dotyczącym rozprawy (art. 208(1) kpc) to znaczy, że jego ustalenie jest konieczne dla wydania wyroku, ale taka argumentacja wymagałaby założenia tego, że ustawodawca umieszczając przepis właśnie w tym miejscu uczynił to w sposób przemyślany, co mając na uwadze przebieg prac legislacyjnych jest bardzo ryzykowne. Wymagałoby też udzielenia odpowiedzi co w takim razie ze sprawami, w których nie przeprowadza się rozprawy, a więc rzeczony artykuł - skoro zamieszczono go w tym miejscu celowo - się do nich nie stosuje. A że dobrej odpowiedzi nie ma to i wygląda na to, że sądzimy jak dotychczas, czy jest pesel czy nie. 

Brak peselu pozwanego staje się przeszkodą dla nadania dalszego biegu sprawie dopiero na etapie nadania klauzuli wykonalności, no bo skoro w treści klauzuli zamieszcza się numer PESEL, to bez niego klauzuli nadać nie można. A więc dopiero wtedy możemy więc wezwać powoda do podania danych umożliwiających ustalenie peselu pozwanego i jak ich nie poda to zawiesić postępowanie klauzulowe. No i tutaj pytanie za sto punktów – a co będzie jak na tym etapie, po wydaniu wyroku, przy okazji nadawania klauzuli powód poda dane innej osoby niż ta, której doręczono odpis pozwu? Jeżeli zamiast podania danych pani Danuty bizneswomenki z Gdańska poda dane pani Danuty emerytki z Sosnowca, i to jej pesel wyskoczy sądowi z systemu? Proceduralnie wszystko będzie w porządku. Sąd wezwał powoda do podania danych, dane zostały podane i na ich podstawie sąd ustalił numer pesel pozwanego posługując się systemem PESEL-SAD. A skutek? A skutek będzie dokładnie taki sam jak ten, któremu cały ten pomysł z ustalaniem peseli miał zapobiec.

Używanie numeru PESEL jako dodatkowego oznaczenia jednoznacznie identyfikującego strony postępowania sądowego jest w dzisiejszych czasach konieczne. Jest nas po prostu zbyt dużo, i jesteśmy zbyt mobilni, by dla identyfikacji wystarczyło samo imię i nazwisko. To nie te czasy, gdy wszyscy wiedzieli który to Jaśko Kaziuków. Niestety sposób, w jaki postanowiono wprowadzić numery PESEL do praktyki polskich sądów nienajlepiej świadczy o racjonalności ustawodawcy. Nie wprowadzono wyraźnie zasady, że bez jednoznacznego oznaczenia pozwanego nie można wydać przeciwko niemu wyroku, co więcej zwolniono powoda z obowiązku dokładnego oznaczenia pozwanego, a ten obowiązek przerzucono na sąd. Wprowadzono w ten sposób rozwiązanie, które bynajmniej nie chroni przed przypadkami błędów w identyfikacji dłużnika, bo nie wyklucza możliwości takiej pomyłki na etapie nadawania klauzuli wykonalności. Zamiast wprowadzić istotne zmiany przylepiono tylko łatę, która z zewnątrz może i ładnie wygląda, ale tak naprawdę nawet nie zakrywa całej dziury. No ale cóż, nic nowego pod słońcem. Nie pierwsza to i nie ostatnia nieprzemyślana nowelizacja uchwalona w odpowiedzi na zapotrzebowanie medialne. Wytrzymamy i to... 

poniedziałek, 16 września 2013

Testament spadkobiercy


Rozpoznawanie spraw o stwierdzenie nabycia spadku rozpoczyna się od odebrania zapewnienia spadkowego, czyli przesłuchania zgłaszających się spadkobierców, by ustalić, kto tutaj ewentualnie mógłby dziedziczyć. Należy więc wypytać spadkobierców o potencjalnych spadkobierców ustawowych, czyli o to, czy spadkodawca miał dzieci z małżeństwa, ewentualnie pozamałżeńskie, albo adoptowane. Jak dzieci nie było, to przechodzimy na drugi krąg uprawnionych i pytamy o rodziców, rodzeństwo, a jak trzeba to i o bratanków i siostrzeńców spadkodawcy. Do tego trzeba jeszcze zapytać, czy ktoś spadku nie odrzucił, nie zrzekł się dziedziczenia, albo też nie został uznany za niegodnego dziedziczenia, bo to by nam zupełnie popsuło rachunki. No i oczywiście należy zapytać, czy spadkodawca przypadkiem spadkodawca nie sporządził testamentu... a przynajmniej do dzisiaj tak mi się wydawało...

O poszukiwaniu testamentu mówi art 670 kpc, i do dzisiaj byłem przekonany, że nakazywał on mi badać, czy spadkodawca, czyli zmarły, pozostawił po sobie testament. Gdy jednak przyjrzałem mu się dokładniej okazało się, że się mylę, i w dodatku przez ostatnie pięć lat rozprawy prowadziłem niezgodnie z tymże przepisem. Od czasu nowelizacji Kodeksu Postępowania Cywilnego w 2007 r. (tej, która wprowadziła notarialne akty poświadczenia dziedziczenia) przepis ten stanowi bowiem, iż:

Art. 670.  Sąd spadku bada z urzędu, kto jest spadkobiercą. W szczególności bada, czy spadkobierca pozostawił testament, oraz wzywa do złożenia testamentu osobę, co do której będzie uprawdopodobnione, że testament u niej się znajduje. Jeżeli testament zostanie złożony, sąd dokona jego otwarcia i ogłoszenia.

Trudno jest zrozumieć, jakie znaczenie dla stwierdzenia nabycia spadku ma to, czy spadkobierca pozostawił testament, nie mówąc już o tym, że nie bardzo wiadomo, gdzie, miałby ten testament pozostawić (w domu? u sąsiada?). Samo rozważanie tej kwestii nie ma przy tym chyba sensu, bo nie ulega chyba wątpliwości, że komuś tu się wyraźnie pomylił spadkobierca ze spadkodawcą.  Początkowo sam zresztą myślałem, że to zwykły błąd przy przepisywaniu z Dziennika Ustaw do programu... ale okazało się, że nie. Z oficjalnego (ze strony Rządowego Centrum Legislacji) skanu Dziennika Ustaw nr 181/2007 (poz. 1287) wynika, że taka właśnie była ogłoszona treść przepisu. A jak stwierdziłem chwilę później ten przepis został uchwalony w dosłownym brzmieniu zaproponowanym w projekcie rządowym zawartym w druku sejmowym nr 1651 Sejmu V kadencji.

Nad całą ustawą (i tymże nieszczęsnym art 670 kpc) pracowała podkomisja nadzwyczajna powołana w ramach Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka. Sporządziła ona sprawozdanie, w którym powtórzyła słowo w słowo przepis zaproponowany w projekcie rządowym. Sama komisja, w druku nr 1942 przedłożyła sprawozdanie, w którym zaleciła Sejmowi uchwalenie zmiany art 670 kpc zgodnie z projektem rządowym. Błędu nie zauważył także ekspert, który sporządził na zlecenie Biura Analiz Sejmowych opinię o projekcie ustawy, ani też żaden z posłów biorących udział w posiedzeniach komisji, a następnie w II i III czytaniu na posiedzeniu plenarnym. No i uchwalili...

No cóż. nauczka dla mnie, żeby czytać dokładnie przepisy, także te, co do których myślałem, że je znam na pamięć. Bo nigdy nie wiadomo,  co jeszcze panom posłom udało się tak "przypadkiem" uchwalić. Chociaż tutaj ta konkretna "wpadka" miała ewidentnie jednego "ojca" - autora pierwotnego projektu rządowego, którego błąd był następnie powielany przez tych wszystkich, którzy przynajmniej w teorii mieli propozycji rządu się przyjrzeć i ją rozważyć. Może warto by więc wprowadzić zasadę, że każdy proponowany przepis, tudzież jego zmiana, opatrywana jest nazwiskiem jej autora, by potem wiadomo było, komu mamy pogratulować szczególnych osiągnięć w dziedzinie legislacji?




piątek, 6 września 2013

Poniedziałkowy dół

No cóż... miło było ale się skończyło.  Trzy tygodnie urlopu minęło jak jeden weekend i trzeba było wrócić do pełnienia obowiązków służbowych. Do szarej, a miejscami także czarnej rzeczywistości, gdzie  posiadanie określonych  nieregularności w położeniu klepek pod pokrywką nie jest wprawdzie niezbędne, ale pomaga. Do świata statystyki, gdzie demony wpływu, załatwienia i pokrycia toczą krwawy bój z duchami sprawiedliwości,  logiki i rozsądku, a próbujący się im przeciwstawić padają pod ciosami zarządzeń nadzorczych, wydawanych w imię przenajważniejszej sprawności. Mamrocząc pod nosem słowa powszechnie używane dla wyrażenia entuzjazmu z powodu powrotu do pracy  podążyłem więc w poniedziałkowy poranek na miejsce służby. 

Tak jak się spodziewałem moja szafa była pełna po brzegi.  Tak samo nadstawka, szafa ubraniowa i wózek magazynowy, który wstawiono mi do pokoju, i dwa następne, które dowieziono natychmiast po tym jak opróżniłem poprzedni. Tak na oko było tego jakieś 15 metrów bieżących akt. I było tam wszystko. Pisma w sprawach, które aktualnie rozpoznaję, pisma w sprawach dawno zakończonych, akta spraw, które należałoby umorzyć, albo zawiesić, a wreszcie nowe sprawy przydzielone mi do rozpoznania. Inaczej mówiąc dokładnie to samo, co trafiłoby do mojej szafy gdybym przez te trzy tygodnie nie wypoczywał, tylko ofiarnie pełnił służbę. I te trzy tygodnie bezwstydnego lenistwa musiałem nadrobić. 

Gdy już wygrzebałem się spod sterty akt (znaczy do zrobienia zostało tyle, ile się mieści w jednej szafie) naszła mnie pewna refleksja... Zacząłem się zastanawiać na czym w takim razie polega ten cały "urlop" który muszę co roku planować z góry i prosić o jego udzielenie w konkretnym terminie. Co jest szczególnego w prawie do urlopu, że korzystanie z niego jest ściśle reglamentowane, a prawo do dodatkowych paru dni urlopu przyznawane w nagrodę za długoletnią służbę jest uważane za  szczególny przywilej? Myślałem, myślałem i nadal nie wiem... bo z której strony nie patrzeć to nijak nic mi nie wychodzi.

Generalnie urlop polega na tym, że czas poświęcany normalnie na pracę poświęcany jest na wypoczynek. Czyli pracodawca płaci za czas wypoczynku jak za pracę. No ale sędzia nie pracuje w określonych dniach i godzinach, czas jego pracy określony jest wymiarem nałożonych zadań. Żeby można więc było powiedzieć że czas normalnie poświęcany na pracę przeznacza na wypoczynek trzeba by mu zmniejszyć odpowiednio ilość przydzielonych do rozpoznania spraw. I już się mi tu coś nie zgadza, bo w czasie urlopu dostałem dokładnie tyle samo "nowych" spraw co normalnie wynika z podziału, czyli jakieś 50 sztuk, tak więc tutaj żadnego zmniejszenia czasu pracy nie ma. Nikt też przez ten czas nie wyręczał mnie w rozpoznawaniu spraw bieżących, wszystkie wnioski, pisma i zapytania czekały w szafie aż wrócę z urlopu i je zrobię, niezależnie od na bieżąco wpływających spraw. Czyli summa summarum musiałem poświęcić na pracę tyle samo czasu, ile poświęciłbym, gdybym na urlop nie poszedł, tyle że kosztem czasu, który byłby normalnie czasem wolnym. Czy urlop, który trzeba potem odpracować jest faktycznie urlopem?

Krótki rzut oka do systemu komputerowego rozwiał także nadzieję że udanie się (za zgodą najwyższych czynników) na urlop miało jakikolwiek wpływ na nałożone na mnie terminy do podjęcia czynności. System gliwicki, zwany także niekiedy szuflandią podszyszkownika H. nie przewiduje bowiem takich fanaberii jak "urlop" więc terminy na podjęcie czynności w sprawie rozpoczynały się w momencie, w którym akta trafiły do mojej szafy. Tak więc nowe życie pourlopowe rozpocząłem z olbrzymią ilością "dni na minusie", które oczywiście gdzieś tam w systemie zostały zapisane jako dowód mojego lenistwa. To samo zresztą dotyczyło samych pism wpływających do akt, które zaopatrywano w adnotacje, o przedstawieniu ich do decyzji w dniu, w którym trafiły do szafy, i nieważne że byłem wtedy zupełnie gdzie indziej. A że to, że byłem na urlopie w żaden sposób nie jest odnotowywane w aktach, to teraz wygląda to tak, że sekretariat przedstawił mi sprawę do decyzji 19 sierpnia, a ja przez następne dwa tygodnie nic z tym nie zrobiłem. To samo zresztą dotyczy uzasadnień. W paru sprawach wnioski wpłynęły zaraz po tym jak poszedłem na urlop i terminy do sporządzenia uzasadnienia zdążyły sobie upłynąć... a uzasadnienie "po terminie" to największa sądowa zbrodnia. Trudno, co zrobić. Mogę co najwyżej poprosić o usprawiedliwienie przekroczenia terminu, motywując to tym, że byłem na urlopie... i może je uzyskam.

No i wracamy w ten sposób do pierwszego pytania, czym w takim razie jest urlop. To nie jest czas, w którym zamiast pracować mogę odpoczywać, bo tę samą pracę będę musiał wykonać później, kosztem czasu wolnego. To nie jest też czas, w którym zwolniony jestem z obowiązku służby, bo wszelkie terminy, których mam dotrzymywać nadal biegną, a bycie na urlopie co najwyżej może (bo nie musi) usprawiedliwić ich niedotrzymanie. Tak w zasadzie jakbym nikogo o nic nie prosił, tylko po prostu postanowił sobie przez tydzień nie przychodzić do sądu to niczym nie różniłoby się to od pójścia na urlop. Tak samo musiałbym nadrobić to, co przez ten czas nie zrobiłem, a i terminy by mi biegły dokładnie tak samo...

Coś tu chyba jest bardzo nie tak...