Pages

piątek, 11 listopada 2011

Raport

Parę dni temu opublikowany został raport jakiejś fundacji "Court Watch Polska" która postanowiła uznać się za kompetentną do pilnowania czy sądy dobrze sądzą. Posłała więc do sądów "obserwatorów" którzy mieli wyrazić swoje opinie, w oparciu o które wyrażono opinie i sugestie zebrane na 160 stronach wydanych na koszt Fundacji Batorego. Prawdę mówiąc nie bardzo mnie to interesowało, bo takich raportów to pojawia się co roku kilka, a jeden głupszy od drugiego. Jak na przykład ten sprzed paru miesięcy, w którym paru wesołków stwierdziło, że dostępność do sądów jest ograniczona, bo na stronach internetowych sądów nie podano bezpośrednich numerów telefonów do sędziów, a jak strony dzwonią do sekretariatu, to sędziowie nie chcą z nimi rozmawiać. Zwrócono jednakże moją uwagę na to, że jedna z autorek owego "raportu" pozwoliła sobie zacytować w nim - i oczywiście skrytykować - jedną z moich wypowiedzi zamieszczonych jakiś czas temu na tym blogu. W takiej zaś sytuacji nie wypadało się do owej krytyki nie ustosunkować.

W rozdziale raportu zatytułowanym "służebna rola sądu w praktyce zacytowano fragment mojej wypowiedzi zawartej we wpisie z 13 października 2011 r. 

"Sądząc, z wypowiedzi, które towarzyszą nawoływaniom do wprowadzenia takiej „reformy” sąd ma przestać być władzą a stać się służącym, którego zadaniem jest dać „obywatelowi” to, czego zażąda, a od niego samego niczego nie żądać. Ma robić wszystko, by „obywatel” uzyskał taki wyrok jak chce i to szybko i bez wysiłku z jego strony"

pisząc iż tekst ten świadczy  o tym, że "nie każdy sędzia dobrze rozumie swoją rolę społeczną", bo przecież:

“Służebna rola sądu nie sprowadza się do spełniania oczekiwań jednostek, ale do służenia dobru publicznemu – czasem zgodnie, a czasem wbrew oczekiwaniom poszczególnych osób”

I tutaj pytanie za 100 punktów. Czym różni się ta wypowiedź od mojej. Ja też przecież pisałem o tym, że sądy nie istnieją po to by spełniać życzenia stron, chociaż moja wypowiedź odnosiła się w zasadzie do kwestii proceduralnych. Być może z tego powoda autorka tej części raportu nie do końca zrozumiała moją wypowiedź, bo zakładam, że na tyle dobrze rozumie ona tekst pisany, by dostrzec, że w cytowanej wypowiedzi nie zawarłem mojego poglądu, lecz pogląd przeze mnie krytykowany. Co wynika dokładnie z dalszej części wpisu, a zwłaszcza z ostatniego akapitu, w którym napisałem:
 
Sąd „dla obywatela” nie może zatem oznaczać sądu w którym można łatwo uzyskać wyrok zasądzający dochodzoną należność. [...] Sąd nie jest od pomagania komukolwiek i wyręczania kogokolwiek w czymkolwiek. Bo sąd, który pomaga jednej ze stron jest sądem stronniczym. Na ołtarzu sprawności, szybkości i usprawnienia dochodzenia roszczeń nie wolno poświęcać praw stron do uczciwego procesu i bezstronnego rozpoznania sprawy.

Trudno jednakże jednoznacznie się wypowiadać na temat tego jakie były motywy krytyki mojego stanowiska w tej sprawie, bo dalsza część wypowiedzi autorki - która miała "wyjaśniać" jej stanowisko niczego tak naprawdę nie wyjaśnia. Bo sprowadza się ona do tego, że zdaniem autorki istnienie zadłużenia alimentacyjnego winno stanowić negatywną przesłankę podwyższenia alimentów, a jak sądy tego nie rozumieją to znaczy że nie są "służebne". I że ogólnie sądy zasądzają za wysokie alimenty i powinny zasądzać niższe, to wtedy urząd w którym ona pracuje nie musiałby tyle płacić. 

Lektura tego kawałka raportu (a czytało się to gorzej niż niejeden pieniacki pozew) spowodowała, że postanowiłem sprawdzić, czy reszta raportu jest tak samo "obiektywna" Wczytałem się więc dokładniej w to, co popełniono, i już na wstępie znalazłem taki o to "kwiatek": 

"Najczęściej jednak przejawem deficytu kultury jawności było ustalanie celu wizyty publiczności oraz legitymowanie i wpisywanie nazwisk obserwatorów do akt sprawy, a więc działania neutralizujące rzadko spotykaną przez sędziów rejonowych sytuację, w której na sali znajduje się jakiś anonimowy przedstawiciel społeczeństwa."

Że co proszę? Czy człowiek, który to napisał ma JAKIEKOLWIEK pojęcie o procedurze sądowej i COKOLWIEK wie na temat praktyki sądowej? To nawet nie jest niekompetencja, to jest totalna i absolutna ignorancja, która całkowicie dyskwalifikuje i autorów, i cały ten raport. Zapytanie o nazwiska, a także wylegitymowanie ma na celu tylko jedno - sprawdzenie, czy osoby, które zgłosiły się jako publiczność nie zostały zgłoszone jako świadkowie. Bo jeżeli tak, to należy ich usunąć z sali, by nie mogli słuchać, co mówią inni. Odnotowanie nazwisk w protokole służy temu, by w przyszłości nie było wątpliwości co do tego, czy osoba, którą zgłoszono na świadka była wcześniej obecna na rozprawach czy nie. A legitymowanie ułatwia też późniejsze dyscyplinowanie publiczności, na wypadek gdyby zachowywała się nieprawidłowo.  To jest oczywiste dla każdego, kto ma choćby podstawową praktyczną wiedzę w zakresie funkcjonowania sądów. Ale niestety nie dla przedstawicieli owej Fundacji, która automatycznie uznała, że jest to przejaw "antyobywatelskiej" postawy sędziów. No cóż, można się tego było spodziewać skoro "dokopywanie" sędziom jest w tym kraju niemal narodowym sportem.

Taka "wpadka" już na samym początku podważa rzetelność także innych informacji na temat sposobu funkcjonowania "ocenianych" sądów w zakresie sposobu prowadzenia rozpraw. Przytaczane przykłady "nieprawidłowości" stwierdzone zostały bowiem, jak widać, przez ludzi, którzy nie wiedzieli na co patrzą i co widzą. To zupełnie jakby postanowili sobie poobserwować sposób przeprowadzania operacji w szpitalach i wyrażali opinię, że "niedopuszczalne jest, żeby lekarze nie reagowali na piszczenie aparatury". Nie mam nic przeciwko obecności publiczności na sali rozpraw, ale jeżeli owa publiczność przychodzi tam z zamiarem oceniania mnie (i zgłaszania potem sugestii co do "poprawy" mojego postępowania) to chciałbym, żeby były to osoby kompetentne. Na przykład wiedzące dlaczego sędzia wypytuje publiczność o nazwiska. I zdające sobie sprawę z tego, że "mamusie" płaczące na zawołanie są na porządku dziennym, i sędziowie nie takie przedstawienia na sali widzieli. A przywołanie takich "aktorów" do porządku może nastąpić tylko poprzez jednoznaczne i brutalne danie im do zrozumienia, że sędzia się na ten cyrk nie nabiera.

Dopóki zatem owa Fundacja nie znajdzie kompetentnych obserwatorów, niech ograniczy się do sprawdzania, czy w sądach są czyste łazienki. Bo do tego się akurat nadaje, o czym świadczy poświęcona temu część "raportu".