Pages

poniedziałek, 7 listopada 2011

Przypadkowy człowiek

Od pewnego czasu zauważyłem, że pisma składane przez strony trafiają do mojej szafy z coraz większym opóźnieniem. Coraz dłużej czeka się też na wykonanie zarządzeń, by kogoś wezwać, albo się gdzieś zwrócić. Znaczy sekretariat się obija, lenie nic nie robią tylko piją kawę i gadają o pieluchach no i trzeba by to wszystko wyrzucić na zbitą twarz. Tyle tylko, że gdy w niedzielę siedziałem sobie w pracy (tak to jest jak człowiekowi urlopów się zachciewa) to spotkałem tam także kilku tych leni, którzy roznosili pocztę, przygotowywali wezwania, pakowali akta dla biegłych. Bo niestety pracy jest coraz więcej, a pracowników nie przybywa. Odpowiedź na prośbę o dodatkowe etaty jest zawsze taka sama. Nie ma pieniędzy. Nigdy nie ma pieniędzy. Są pieniądze na fanaberie w stylu sądów odmiejscowionych, młotki, birety, kamery na salach, wydawanie ministerialnej gazetki, ale na pracowników sądów pieniędzy nie ma. Braki kadrowe łata się poprzez zatrudnianie ludzi na zlecenie, tudzież kombinowanie z różnymi rodzajami stażystów. Praktykanci, aplikanci i kto tam jeszcze wpada w sądowe łapy wykorzystywani są do ostateczności czy to do protokołowania, czy do „prac ręcznych” znaczy pieczątkowania, szycia i klejenia. Ale to są wszystko półśrodki, a w dodatku dopuszczanie do akt przypadkowych ludzi może skończyć się bardzo źle.

Pewnego razu w ramach takiego przymusowego naboru zatrudniono, w ramach stażu z Urzędu Bezrobocia, człowieka, który był bardziej przypadkowy od innych. I nie wiem do dziś czy naprawdę nie nadawał się nawet do najprostszej biurowej roboty, czy też umyślnie knocił wszytko. Popracował wprawdzie tylko miesiąc, ale efekty jego „pracy” odczuwamy do dziś, bo nadal nie udało się wszystkiego „odkręcić”. Cóż takiego wyczyniał ów geniusz? No cóż. Wszywanie pism do akt sprawy nie w kolejności, wyrywkowo, czy też okazjonalnie „do góry nogami” to w zasadzie mało istotny szczegół. Mylenie adresów na kopertach, błędne wpisywanie godziny na wezwaniach (pewnemu człowiekowi wysłał wezwanie na 18:30 zamiast na 13.30) czy nawet mylenie dat rozpraw, to drobiazg. Ale to, co wyczyniał z korespondencją, która miała być przez niego dołączana do właściwych akt to prawdziwy koszmar. Robota w zasadzie prosta jak konstrukcja cepa. Należy dane pismo wziąć, włożyć do akt, których sygnaturę wskazano w piśmie a akta wraz z pismem włożyć do szafy sędziego, którego nazwisko wpisano na okładce akt. Nazwisko napisano też na szafie, więc tu nie powinno być problemu. Ale dla tego „geniusza” jednak był. Nie żeby nie wiedział co i jak ma robić, na kilka pierwszych dni otrzymał „anioła stróża” który pokazywał mu jak się „podkłada korespondencję” i wtedy nie było żadnych problemów. Potem jednak zaczął pracować samodzielnie. I się zaczęło. W paru sprawach pisma „się zawieruszyły”, i dopiero po poszukiwaniach znalazły się w szufladzie jego biurka („bo nie zdążyłem w piątek podłożyć”), w zupełnie innych aktach („musiałem się pomylić”), albo włożone do trzeciego tomu pięciotomowych akt („przecież włożyłem do akt”). Parę razy znajdowałem też na półce akta, które nie wiedziałem dlaczego się tam znalazły, po czym okazywało się, że pomiędzy podwójnymi okładkami, albo gdzieś w stosie „dyżurnych” odpisów orzeczeń leży nowe, często bardzo istotne pismo.

To wszystko byłoby tylko denerwujące, gdyby nie to, że wśród takich „błądzących” pism były także odpowiedzi na pozew, wnioski o odroczenie rozprawy, pisma usprawiedliwiające nieobecność, czy wnioski o nadanie klauzuli wykonalności. Efektem było wydanie kilku wyroków zaocznych, jak również kilku zwykłych w warunkach nieważności postępowania. Jednego świadka ukarano grzywną za nieusprawiedliwione niestawiennictwo, podczas, gdy przebywał on w szpitalu i odpowiednie zaświadczenie wysłał do sądu. Wydano też kilka tytułów wykonawczych, w oparciu o błędne założenie, iż pozwany nie wniósł sprzeciwu od nakazu zapłaty. Odrzucono też kilka apelacji i zażaleń, bo nie podłożono do akt pisma zawierającego uzupełnienie braków. A gdy te wszystkie zagubione pisma się znalazły nie można było tychże postanowień tak po prostu podrzeć i wyrzucić, choć oczywiste było że są one błędne i nie powinny być w ogóle wydane. Niektóre można było uchylić w trybie art. 359 kpc. W innych trzeba było czekać na wniesienie zażalenia przez stronę i zażalenie to uwzględnić w trybie 395 kpc. Sprzeciw od wyroku zaocznego i wstrzymanie jego wykonalności załatwiało w zasadzie sprawę, o ile wniesiono go w terminie i opłacono, ale w wypadku zwykłych wyroków zmienić je lub uchylić mógł tylko sąd okręgowy. W paru sprawach niestety takie błędne orzeczenia się uprawomocniły, bo strona nie wniosła sprzeciwu, zażalenia czy apelacji. Na podstawie błędnego założenia, że orzeczenie jest prawomocne wydano też tytuły wykonawcze, które stanowiły podstawę wszczęcia egzekucji. A wina oczywiście spadła na sąd.