Jestem dziś „dyżurny” to znaczy ten, który ma
obowiązek siedzieć za biurkiem w godzinach urzędowania i podpisywać te
wszystkie pisma, które bezwzględnie ależ to absolutnie muszą być podpisane
przez sędziego albo Świat Się Zawali.
Zaszczyt taki dopada mnie parę razy w miesiącu według grafiku powstającego w
oparciu o jakiś mistyczny nie do końca dla mnie zrozumiały wzór, ale nie bardzo mam na co narzekać bo rozdział dyżurów następuje mniej więcej
uczciwie. A zresztą i tak codziennie siedzę w robocie więc mi tam żadna
różnica. No może poza tym, że zawsze to dodatkowa robota.
Cóż obejmują moje obowiązki dyżurne? Ano po
pierwsze podpisywanie prawomocności. Jak ktoś przychodzi po odpis postanowienia
to sekretariat mu taki odpis przygotuje, opieczętuje, poświadczy za zgodność z
oryginałem, ale to ja muszę podpisać pieczątkę, że orzeczenie jest prawomocne.
Prawdę mówiąc nie rozumiem dlaczego nie może tego robić pracownik sekretariatu,
przecież stwierdzenie że trzy tygodnie od wydania wyroku już minęły, a do akt
nie wpłynęła ani apelacja ani wniosek o uzasadnienie nie wymaga żadnej
szczególnej wiedzy prawnej i spokojnie mógłby to robić sekretarz sądowy. Już w
ostateczności można by wprowadzić zasadę, że prawomocność z urzędu stwierdza
sędzia referent podpisując się w odpowiedniej rubryczce na okładce akt i na tej
podstawie sekretariat wydaje odpisy prawomocnego orzeczenia. Świat by się nie
zawalił, ani też stabilność i pewność obrotu prawnego by na tym nie ucierpiała.
Kolejny rodzaj kwitów do podpisania jak
przyniosą to nakazy doprowadzenia. No tu niby nie ma wątpliwości, że polecenie
pozbawienia wolności powinien podpisać sędzia, ale z drugiej strony czy na
pewno? Sędzia wydał postanowienie nakazujące doprowadzenie i pod nim się
podpisał. To postanowienie wykonuje sekretariat, doręczając odpowiednie papiery
odpowiednim policjantom. Czy naprawdę nie wystarczy tutaj to, że sędzia wydał postanowienie? Czy nie powinno się oddzielić orzekania
od wykonywania? Nie wydaje mi się, aby istniało jakieś wielkie ryzyko wydania
nakazów doprowadzenia bez upoważnienia sędziego, więc może warto się zastanowić
nad zmianą obowiązującej praktyki w tym przedmiocie. Świat z pewnością by się
nie zawalił.
Następne kwity do podpisu. Sterta pism do
różnych osób i urzędów o udzielenie informacji. W tym uniżone pismo do
Gmachu Sądu by raczył wywiesić u siebie ogłoszenie. I znowu pytanie jakie jest
uzasadnienie tego, żeby to sędzia podpisywał takie pisma, bo argument że ktoś
tam w banku czy jakimś urzędzie nie uznaje sekretarza sądowego za godnego
pisania do niego jest z lekka absurdalny. Ponownie zatem powinna być prosta
zasada – sędzia wydał polecenie zwrócenia się gdzieś, i na polecenie sędziego
sekretarz się zwraca. Jak ktoś nie jest pewien, czy pismo jest prawdziwe to może
skontaktować się z sądem i uzyskać potwierdzenie, czy sędzia faktycznie wydał
takie polecenie. Co nie zmienia faktu, że większość takich pism dotyczy
informacji, które strony powinny uzyskać we własnym zakresie, ale panom
mecenasom wygodniej jest posłużyć się do tego celu sądem. Ale o tym pisałem już
wiele razy i nie ma powodu, żebym powtarzał to jeszcze raz
Kolejny plik do podpisu. Polecenia wypłaty do
Oddziału Finansowego. Wydałem postanowienie, żeby wypłacić, uprawomocniło się,
opatrzono je pieczęciami z orzełkiem, podpisałem się na odwrocie, że to
jest prawomocne, ale to niestety za mało. Finansowy musi mieć jeszcze podpisane
przez sędziego polecenie wypłaty wskazujące skąd, komu i ile mają wypłacić, bo
tego całego postanowienia to oni nie rozumieją i nie poważają. Za każdym razem,
gdy miałem coś do załatwienia z finansowym odnosiłem wrażenie, że oni funkcjonują
na jakiejś zupełnie innej płaszczyźnie abstrakcji i to co ja do nich mówię to jakbym mówił w suahili i nic a nic z tego nie rozumieją. Raz kazałem wypłacić, wydałem postanowienie, ono się
uprawomocniło, po czym dowiedziałem się, że nie wypłacą bo nie ma faktury...
Innym razem nie wypłacili, bo nie załączono ichniego druczka, czy też pieczątka
była nieczytelna, albo kserokopia, zaświadczania, która mi wystarczyła do wydania postanowienia nie wystarcza księgowemu do dokonania wypłaty. To może darujmy sobie wydawanie tych postanowień, skoro o tym czy komuś można zapłacić i tak decyduje księgowy.
Niech biegli składają faktury do finansowego a finansowy niech dalej decyduje. W ten sposób ominiemy niepotrzebnego pośrednika w osobie sędziego i może biegli będą
szybciej dostawać należne im pieniądze.
No i ostatnie, choć nie bardzo wiem dlaczego
mi to przynoszą – wnioski o wyrażenie zgody na udostępnienie akt, wykonanie
kserokopii, fotografowanie. Tym to już powinien zajmować się wyłącznie
sekretariat. Zasada jest prosta – jest stroną ma dostęp do akt i może prosić o
kopie. Jak zapłaci, dostanie. Co tu jeszcze więcej decydować? Cóż tak ważnego jest
w sprawie by aż to sędzia musiał decydować, czy dana osoba jest godna dostąpić
zaszczytu ujrzenia akt i zamówienia kserokopii. To powinna być wyłącznie
materia kierownika sekretariatu.
I tak zleciał mój dyżurny dzień. W przerwach
pomiędzy tymi niezwykle kluczowymi dla funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości
czynnościami przejrzałem sprawy na następną sesję, napisałem pół uzasadnienia i przerobiłem kolejne trzy przegródki zaległych akt. Jeszcze dwie i mogę
iść do domu. Może uda się wyjść jeszcze przed zmrokiem...