Pages

sobota, 3 marca 2012

Wóz w błocie

Sądy działają źle, bo obywatele zbyt długo muszą czekać na wyrok - to hasło powtarzają jak mantrę kolejni "reformatorzy" sądownictwa. I żeby ten stan zmienić wprowadzają swe reformy, każdy według własnego, jedynie słusznego pomysłu. Jedni tworzą małe sądy, którymi łatwo jest zarządzać, i do których obywatel ma blisko, a drudzy je likwidują, żeby "uelastycznić kadrę sędziowską" i wywołać "efekt synergii" - cokolwiek by to nie znaczyło. Jedni zaostrzają rygory proceduralne, inni je łagodzą. Jedni inwestują w ludzi, drudzy w nowe technologie. Cel reformy od dwudziestu lat jest zawsze taki sam. A efekty? Efekty też takie same...

Tak jak już wcześniej pisałem, podstawowym problemem z "reformatorami" jest to, że żaden z nich tak naprawdę nie próbuje ustalić jaka jest rzeczywista przyczyna stanu, który chcą zmienić. Więc albo się coś zmienia na zasadzie, że jak coś nie działa, to rozwalmy to i spróbujmy zrobić coś zupełnie przeciwnego, albo też wprowadza się w życie jakiś pomysł wyłącznie dlatego, że jest to jakiś pomysł. Według zasady, że "coś trzeba zrobić, to jest coś, więc musimy to zrobić". Jeżeli dołożymy do tego fakt, że większość pomysłów na "reformy" wygląda jakby była tworzona przez ludzi, którzy swe wyobrażenie o sądach i rozprawach czerpią z "Anny Marii Wesołowskiej" to nic dziwnego że pomimo tylu "reform" nadal jest co reformować. Ale to nie wszystko. Jest jeszcze jeden problem, znacznie poważniejszy, który w zasadzie uniemożliwia przeforsowanie wielu bardzo prostych propozycji, które w odróżnieniu od faktycznie wdrażanych z pewnością skróciłyby czas oczekiwania na wyrok. Opór doktrynalnej materii. 

Jakiś czas temu sędziowie przedstawili konstruktywne propozycje w sprawie zmian procedury karnej, mające na celu likwidację największych absurdów proceduralnych, które skutkują bezsensownym przedłużaniem procesów. Te propozycje nie weszły jednak w życie, bo w oczach Wybitnych Autorytetów Prawniczych równałyby się to naruszeniu fundamentalnych zasad procesu sądowego, takich jak zasada jawności postępowania, prawa do obrony, prawo skargi i odwołania. O ile jednak przytoczone zasady faktycznie powinny być przestrzegane, to niestety ich doktrynalna interpretacja często prowadzi do ich wynaturzenia, prowadzącego wręcz do absurdu. I tak wielogodzinne odczytywanie oskarżonemu dokumentów z akt, przedstawiane jest jako urzeczywistnienie w praktyce zasady ustności, jawności i bezpośredniości postępowania, oraz zapewnienie oskarżonemu prawa do obrony. Podobnie konieczność rozpoznawania niekończących się cykli zażaleń na postanowienia o odrzuceniu  zażalenia na postanowienie o oddaleniu zażalenia na postanowienie o odrzuceniu zażalenia ma urzeczywistniać prawo strony do odwołania od decyzji kończącej postępowanie. A takie przykłady można mnożyć.

Propozycje, by zerwać z tymi absurdami poprzez ograniczenie możliwości wnoszenia zażaleń, rezygnację w niektórych przypadkach z przeprowadzania rozprawy, albo nawet tylko przyjęcie zasady, że jak ktoś nie chce się bronić to nie należy go do tego zmuszać spotykają się ze świętym oburzeniem ze strony Autorytetów. Są one traktowane jak herezje, albo wręcz bluźnierstwo przeciwko utrwalonym i niepodważalnym zasadom postępowania sądowego, wyrastającym z tradycji i niezmiennie zachowywanym. Proceduralnych ortodoksów nie przekonują przy tym argumenty, iż wiele tych "utrwalonych zasad" stanowi dorobek XIX-wiecznej jurysprudencji, stworzony w czasach, gdy większość ludzi była niepiśmienna, więc swe skargi i wnioski mogła przedstawiać tylko ustnie. W czasach, w których większość ludzi poruszała się po obszarze, który ograniczał się do terenu jednej gminy, zaś powszechne usługi pocztowe, nie mówiąc już o telegrafie czy telefonach były zupełnie nowym, dostępnym dla nielicznych wynalazkiem. Dziś wiele się zmieniło. Praktycznie całkowicie wyeliminowano analfabetyzm, większość spraw załatwiamy dziś na piśmie Dzięki internetowi możemy przekazywać pisemne wiadomości praktycznie natychmiast, a nawet rozmawiać bezpośrednio z osobami znajdującymi się na drugim końcu świata. Przez internet i telefon robimy zakupy, zamawiamy usługi, negocjujemy umowy. To wszystko sprawia, że stare zasady, choćby najbardziej utrwalone, muszą zostać zmienione. I dopóki tego nie zrobimy nie możemy liczyć na poprawę sytuacji.

Reformowanie sądów przypomina dziś próbę ruszenia z miejsca wozem, którego koła tkwią po osie w błocie. Nie ważne jak długo będziemy kręcili kołami, czy będziemy nimi kręcili szybko czy wolno, do przodu czy do tyłu, to i tak nie ruszy on z miejsca. By to nastąpiło trzeba najpierw wyciągnąć wóz z błota - w tym przypadku z błota doktrynalnych przesądów i dziewiętnastowiecznych tradycji prawniczych. Z błota proceduralnych dogmatów i niepodważalnych zasad, które są niepodważalne bo są niepodważalne. Jak to zrobić? Tego nie wiem. Ale wiem, że sądom w Polsce w tej chwili potrzebna jest nie reforma, lecz reformacja. Zerwanie z dogmatami, tradycyjnymi doktrynami i niepodważalnymi autorytetami. I powrót do źródeł. Pytanie tylko, kto i do jakich wrót przybije tezy koniecznych zmian.