Pages

poniedziałek, 14 marca 2011

Trupi sąd

Pewnego razu dostałem do rozpoznania wniosek o zasiedzenie nieruchomości. Jak to zwykle bywa ilość uczestników takiego postępowania była dość duża, bo obejmowała wszystkich spadkobierców ostatniego, przedwojennego właściciela, a on miał szóstkę dzieci, i dwa razy tyle wnuków. Ich nazwiska i adresy pan mecenas podał we wniosku wnosząc o doręczenie im odpisów wniosku, co też przewodniczący w mojej osobie zarządził uczynić. Po tygodniu do akt wpłynęło pismo jednej z uczestniczek, która już na wstępie poinformowała sąd, iż w zasadzie nie ma sensu czekać na zajęcie stanowiska przez pozostałych uczestników, bo jeden od trzydziestu lat mieszka w Australii, jeden od dawna nie mieszka pod tym adresem, a jeden to nie on tylko ona. A pozostałych dziewięć osób już nie żyje – niektórzy od ponad dwudziestu lat - a ich adresy podane przez pana mecenasa są podwójnie nieaktualne, bo nie tylko adresaci nie żyją, ale i same domy, których adresy wskazano zostały parę lat temu wywłaszczone i zburzone w związku z budową obwodnicy.

W tym momencie sąd (czyli ja) powinien walnąć pięścią w stół, zwrócić cały wniosek panu mecenasowi, nakładając jednocześnie na niego porządną grzywnę za kpiny z sądu i marnowanie czasu sędziego. Ale niestety trzeba było wyręczyć pana mecenasa i poszukać tych wszystkich spadkobierców, pościągać akta spraw i akta stanu cywilnego. No bo przecież w postępowaniu nieprocesowym to sąd ma obowiązek wszystko ustalić. Tak więc wdrożyłem dość długie śledztwo celem odnalezienia właściwych spadkobierców . Pan mecenas mnie w tym wspierał przysyłając co chwilę wnioski o wyznaczenie rozprawy i o przyspieszenie rozpoznawania sprawy. Jakoś chyba nie zauważył, że dopóki nie wiem kogo sprawa dotyczy dopóty  nic nie mogę w niej zrobić. Co też wyraźnie napisałem w wyjaśnieniach jakie kazano mi złożyć po tym jak pan mecenas napisał skargę na przewlekłość postępowania, bo sprawa wpłynęła ponad rok temu a do chwili obecnej nie odbyła się ani jedna rozprawa. Może i fakt, że postępowanie trwało długo, ale niestety na liście biegłych nie mamy biegłego nekromanty, za pośrednictwem którego można by wezwać na rozprawę wskazanych przez pana mecenasa uczestników i przesłuchać ich "na okoliczność wniosku o zasiedzenie".

Takie „trupie sprawy” to wcale nie jest tak rzadkie zjawisko, o czym świadczy chociażby to, że pewnego razu przygotowałem sobie specjalny druczek zarządzenia by zwrócić się o akt zgonu pozwanego, bo nie chciało mi się w kółko wypisywać tej formułki. Przodują tu zwłaszcza „seryjni” powodowie, a w szczególności te wszystkie Fundusze Sekuratatetyzacytezazynyzacyjaine, czy inni specjaliści od starych nieściągalnych (a czasem nawet nieistniejących) długów. Praktycznie w każdej partii „zwrotek do uznania za doręczone"  (jakieś 20 dziennie), zwłaszcza tych dotyczących nie doręczonych nakazów zapłaty jest przynajmniej jedna z adnotacją listonosza „adresat zmarł”. A z aktu zgonu okazuje się zwykle, że zmarł na długo przed wniesieniem pozwu. I co wtedy robimy? Ano odrzucamy pozew z powodu braku zdolności sądowej pozwanego. Całe to postępowanie kosztuje Skarb Państwa jakieś 30 zł i to nie licząc czasu pracy sędziego, referendarza, sekretarzy. I te koszty są pokrywane z naszych podatków, bo dobry wujek sąd oddaje w takich przypadkach powodowi całą uiszczoną przez niego opłatę.
 
Jaka na to rada? Ano tylko jedna i zawsze ta sama. Wprowadzić zasadę, że to powód ma obowiązek doręczyć pozwanemu odpis pozwu. Może wtedy skończyłoby się kierowanie pozwów według listy kupionych wierzytelności. Może wreszcie zaczęto by pozywać człowieka, a nie pozycję wykazu wierzytelności. A pan mecenas przy okazji mógłby się przy okazji zorientować, że próbuje pozwać zmarłego, nieletniego, ubezwłasnowolnionego, czy wręcz człowieka, który nie istnieje i nigdy nie istniał. Że adres który chce wskazać jako adres pozwanego jest nieaktualny, bo pozwany się wyprowadził, nigdy tam nie mieszkał, budynek został zburzony, nigdy takiego budynku nie było, nie ma takiego miasta "Londyn", brakuje numeru mieszkania, albo numeracja w budynku kończy się na 120. I nie zaśmiecałby sądu sprawami, w których sąd nie ma nic do zrobienia.