Pages

niedziela, 28 lutego 2016

Państwo w państwie



Przy okazji jakiegoś artykułu na temat „dobrej zmiany” w sądach napotkałem następujący komentarz czytelnika:

„Jeżeli wierzysz że sądy, prokuratura, komornicy,urzędnicy, służby skarbowe w tym kraju pracują dobrze to musisz być człowiekiem "bezgranicznej" wiary. Przecież wielu z nich nie odpowiada za swoje decyzje bo do tej pory to można im w tych związkach korporacyjnych "naskoczyć". Wielu z nich w tym "Państwie Prawa" działa poza prawem a wystarczy obejrzeć parę programów "Państwo w Państwie" na TV Polsat.”

No to obejrzałem… 

Trafiło akurat na odcinek wyemitowany w dniu 27 grudnia 2015 r. Bo akurat wtedy nie miałem nic lepszego do roboty i mogłem poświęcić trochę czasu na obejrzenie tzw. dziennikarskiego magazynu na temat prawa. Jeśli ktoś nie oglądał to może to nadrobić (jeżeli wytrzyma 5 minut obowiązkowych reklam) oglądając go na stronie programu „Państwo w państwie”. [link]

Program rozpoczyna się mocnym stwierdzeniem prowadzącego:

„Czy mężczyzna, który jest bezpłodny może zostać ojcem dziecka? Dziś w programie Państwo dowiedzą się że tak, bo tak uznał sąd”

Następnie widzimy dwie krótkie wypowiedzi, które chyba mają wprowadzać widza w temat. Najpierw widzimy panią, która mówi:

„Mój mąż jest w ogóle bezpłodny, robił badania DNA”

A następnie pana, który potwierdza jej słowa:

„Pan spadkodawca nigdy nie mógł być ojcem żadnego dziecka”

Czyli ze wstępu programu dowiadujemy się, że sąd uznał bezpłodnego mężczyznę za ojca dziecka. Ale ten sąd głupi, przecież to oczywiste, że jak ktoś jest bezpłodny, to nie może być ojcem. Tyle tylko, że nie do końca jasne jest w jakich okolicznościach miało nastąpić owo „uznanie”, czyżby chodziło o błąd przy ustaleniu ojcostwa? Jakieś przekłamanie w badaniach DNA? Popatrzmy więc dalej.

Trochę światła na sprawę rzuca pierwsza, wprowadzająca wypowiedź pana redaktora, który informuje widzów, iż:

„Pani Dorota była drugą żoną mężczyzny, który jak państwo słyszeli był pierwotnie bezpłodny, nie mógł spłodzić dziecka. Mimo to sąd uznał, że jest on ojcem dziecka z pierwszego małżeństwa. I dlatego teraz po jego śmierci pani Dorota musi oddać kilkadziesiąt tysięcy złotych domniemanemu synowi”

Oho, chyba coś świta. Coś mi się wydaje, że w grę będzie wchodzić tutaj mało znane, ale szeroko stosowane domniemanie pochodzenia dziecka od męża matki. Kwestię tę reguluje wprost art. 62 §1 Kodeksu Rodzinnego i opiekuńczego, który stanowi:

„§1 Jeżeli dziecko urodziło się w czasie trwania małżeństwa albo przed upływem trzystu dni od jego ustania lub unieważnienia, domniemywa się, że pochodzi ono od męża matki. Domniemania tego nie stosuje się, jeżeli dziecko urodziło się po upływie trzystu dni od orzeczenia separacji.”

Jeżeli zatem ów syn urodził się w trakcie małżeństwa to za jego ojca uznaje się męża matki. Koniec. Kropka. Domniemanie to stosuje się we wszystkich sprawach, niezależnie od tego, czego by one dotyczyły. Taki domniemany syn będzie zatem miał prawo dziedziczenia po mężu matki, będzie miał prawo do zachowku po nim, będzie mógł domagać się alimentów itd. Bo z punktu widzenia prawa jest on synem męża matki, zaś to czy faktycznie jest jego biologicznym dzieckiem nie ma tu nic do rzeczy. Dlaczego nie ma? Bo prawo tak stanowi. To prawo jest głupie? A, to z pretensjami w tej sprawie proszę nie do sądu tylko na Wiejską, bo to tam to prawo uchwalono. 

Oczywiście nie jest tak, że mąż matki nie ma żadnych środków obrony przed konsekwencjami niewierności swej małżonki. Jeżeli bowiem uważa, że nie mógł być ojcem dziecka to może wystąpić do sądu o zaprzeczenie swego ojcostwa. Mówi o tym art. 62 §3 Kodeksu:

„§3 Domniemania powyższe mogą być obalone tylko na skutek powództwa o zaprzeczenie ojcostwa.”

Sąd na żądanie zainteresowanego może zatem orzec, że mąż matki nie jest ojcem dziecka. Oczywiście – i tu też czasami pojawia się problem - o ile w toku postępowania zostaną przedstawione dowody, które takie prawdopodobieństwo podważą. Czyżby zatem u podstaw sprawy poruszanej w programie leżało błędne orzeczenie w postępowaniu o zaprzeczenie ojcostwa? W końcu pan redaktor powiedział, że sąd „uznał” bezpłodnego za ojca, a „uznać”, gdy chodziło o dziecko urodzone w małżeństwie (lub 300 dni po), sąd mógł tylko w postępowaniu o zaprzeczenie ojcostwa. Popatrzmy więc dalej.

Następnie oglądamy nagraną wypowiedź Pani Pokrzywdzonej, okraszoną tradycyjną smutną muzyczką. W zasadzie o niczym. Bardzo się kochali, powoli się dorabiali, żyli skromnie i oszczędnie. Dowiadujemy się też, że pierwsza żona męża Pani Pokrzywdzonej na rozprawie rozwodowej powiedziała, że zaszła w ciążę z innym mężczyzną i dlatego chce rozwodu. Niestety z dalszej części wypowiedzi Pani Pokrzywdzonej dowiadujemy się tylko że jest ona pokrzywdzona i gnębiona, także przez sąd, nie dowiadujemy się natomiast czy mąż Pani Pokrzywdzonej faktycznie wytoczył powództwo o zaprzeczenie ojcostwa. No cóż. Może dowiemy się o tym z dalszej części programu. Bo ewidentnie jest to kwestia, którą prowadzący powinien wyjaśnić, informując zgromadzonych w studio i widzów przed telewizorami co w opisywanym przypadku stanowi prawo. Wszak to program poświęcony nieprawidłowościom w działaniach organów stosujących prawo, co nie? Popatrzmy.

No cóż, Sytuacja zaczyna się rozwijać. Dowiadujemy się, że dziecko urodziło się po rozwodzie męża Pani Pokrzywdzonej z jego pierwszą żoną, a on był przekonany że nie jest ojcem dziecka. Dobra, ale to nam nic nie zmienia w sytuacji prawnej, wszak cytowany wyżej art. 62 §1 kodeksu rodzinnego i opiekuńczego przewiduje domniemanie ojcostwa także dzieci urodzonych nawet na 300 dni po rozwodzie. §3 tego artykułu, również zacytowany, wyjaśnia zaś, że obalenie tego domniemania może nastąpić tylko w drodze powództwa o zaprzeczenie ojcostwa. To, co jest w tym momencie z punktu widzenia prawa istotne dla sprawy to to, czy mąż Pani Pokrzywdzonej w ogóle wytoczył powództwo o zaprzeczenie ojcostwa. Bo jeżeli nie wytoczył to w zasadzie nie mamy o czym rozmawiać. Niestety krytyczne pytanie nie pada, ponownie natomiast pada stwierdzenie pana redaktora prowadzącego iż sąd „uznał” męża Pani Pokrzywdzonej za ojca mężczyzny, który wkrótce pojawi się w programie w roli Tego Złego. Nadal jednak nie wiemy w jakich okolicznościach owo „uznanie” nastąpiło. Oglądamy więc dalej.

Dowiadujemy się następnie, że domniemany ojciec Tego Złego nie chciał by on po nim dziedziczył, bo nie było między nimi żadnych kontaktów ani więzi rodzinnych, a jeśli już to bardzo złe. Dowiadujemy się też, że mąż Pani Pokrzywdzonej dokonał na jej rzecz darowizny ze zwolnieniem z obowiązku zaliczenia na schedę spadkową oraz sporządził testament w którym „wydziedziczył” swego domniemanego syna, ale sąd powiedział, że „to jest nieważne”. Czyżbyśmy więc mieli w rzeczywistości inny problem w sprawie? Mający źródło w orzeczeniu sądu w sprawie o zachowek, w którym sąd nie uznał wydziedziczenia za skuteczne? Wkrótce to się wyjaśnia, gdy od rzecznika Sądu Okręgowego dowiadujemy się, że była sprawa o zachowek, i powództwo Tego Złego przeciwko Pani Pokrzywdzonej zostało częściowo uwzględnione. Następnie zaś dowiadujemy się chyba, że sąd uznał, że wydziedziczenie było jednak nieskuteczne, gdyż nie zaistniały obiektywnie przesłanki wydziedziczenia. Problem okazuje się zatem zupełnie inny, niż sugerowałyby to pierwsze wypowiedzi w programie. Nie chodzi tu o to, czy mąż Pani Pokrzywdzonej został przez sąd uznany za ojca Tego Złego, lecz to to, że sąd uznał za nieskuteczne dokonane przez niego wydziedziczenie. Musimy więc sięgnąć do innej podstawy prawnej, to jest do art. 1008 Kodeksu Cywilnego

„Spadkodawca może w testamencie pozbawić zstępnych, małżonka i rodziców zachowku (wydziedziczenie), jeżeli uprawniony do zachowku:

1) wbrew woli spadkodawcy postępuje uporczywie w sposób sprzeczny z zasadami współżycia społecznego;
2) dopuścił się względem spadkodawcy albo jednej z najbliższych mu osób umyślnego przestępstwa przeciwko życiu, zdrowiu lub wolności albo rażącej obrazy czci;
3) uporczywie nie dopełnia względem spadkodawcy obowiązków rodzinnych.”

Przepis ten skonstruowany został (ponownie przez panie i panów na Wiejskiej, a nie przez sądy) w taki sposób, że ogranicza on prawo spadkodawcy do wydziedziczenia spadkobierców. Nie wystarczy zatem aby spadkodawca uważał, że zachowek się nie należy, musi jeszcze zaistnieć choćby jeden z wymienionych w przepisie przypadków, bo tylko wtedy wydziedziczenie jest skuteczne. Zatem by rozważać dalej, czy decyzja sądu była prawidłowa musimy wiedzieć co konkretnie zarzucał spadkodawca swemu synowi, i dlaczego sąd tego nie uznał. Dobrze by więc było, gdyby pan redaktor prowadzący był uprzejmy zacytować odpowiedni akapit z uzasadnienia krytykowanego przez niego orzeczenia. Wszak Pani Pokrzywdzona powinna być w jego posiadaniu.

Niestety, gdy przychodzi do rozmowy z ekspertami pan redaktor daje dowód na to, że kompletnie nie zdaje sobie sprawy z tego o czym tak naprawdę robi program. Co dziwi, bo przecież każdy dziennikarz dochowuje maksymalnej staranności przy przygotowywaniu materiałów, a tak przynajmniej przekonują na rozprawach ich pełnomocnicy, gdy przychodzi do bronienia się przed zarzutem naruszenia dóbr osobistych. Z ust pana redaktora pada bowiem pytanie: 

„Jak to jest, że człowiek jest pierwotnie bezpłodny, tu mamy nawet zaświadczenie lekarskie […] a sąd stwierdza, że taki mężczyzna jednak jest ojcem dziecka.

Noż kurcze przepraszam. Jakie „stwierdza”? Jakim „ojcem dziecka”? Czy pan redaktor w ogóle oglądał materiał filmowy, który przed chwilą wyświetlono? Coś mi tu się wydaje, że pan redaktor odrobinę próbuje tutaj manipulować opinią publiczną, wprowadzając do historii tak pożądany przez tzw. „Społeczeństwo” element, czyli głupi sąd który wydał idiotyczny wyrok. A tego tutaj przecież nie było! Sąd nic nie stwierdził w kwestii ojcostwa pana spadkodawcy! To sam pan spadkodawca stwierdził że rzeczone dziecko jest jego synem, bo jakby nim nie było to by go nie musiał wydziedziczać! Sąd stwierdził tylko – a przynajmniej tyle można się domyślać z tego co mówiono – że nie zaistniały okoliczności uzasadniające wydziedziczenie. Wstyd panie redaktorze!

Ciekawy więc byłem, czy ktoś z pozostałych obecnych w studiu zwróci wreszcie uwagę, że sprawa dotyczy skuteczności wydziedziczenia a nie ustalenia ojcostwa. Najpierw nastąpiła jednakże konfrontacja Pani Pokrzywdzonej z Tym Złym podczas której wymieniono szereg ciosów bez żadnego związku ze sprawą, ale potem nagle rozmowa wskoczyła na właściwe tory, to znaczy przekazano informację, że oświadczenie o wydziedziczeniu jest badane przez sąd pod kątem zasadności. Pan redaktor niestety przerwał rozwijającą się „nieprawomyślnie” wypowiedź po czym zamiast pociągnąć temat, i zapytać co ma ten temat mówi prawo zapytał co na ten temat myśli pani senator Lidia Staroń. Pani senator niestety też ewidentnie nie rozumiała o co w sprawie chodzi więc też zaczyna mówić o ustalaniu ojcostwa i o tym że Ten Zły to bardzo niedobry człowiek jest. Tematu jednak nie pociągnięto, bo w to miejsce pojawia się kolejny materiał filmowy tym razem o tym że Ten Zły zabrał Pani Pokrzywdzonej część renty przez co ona nie może spłacać kredytu. I smutną muzyczką wszystko okraszone.

Potem nastąpił kawałek poświęcony rencie rodzinnej i temu co mówi prawo na ten temat. Pan redaktor po raz kolejny popisał się przy tej okazji swoją niewiedzą pytając jakie dokumenty musiałyby zostać przedstawione, żeby udowodnić, że Ten Zły nie jest synem Pana Spadkodawcy. Po czym znowu stwierdził, że ZUS tu jednak nie jest winien, bo to sąd ustalił że Pan Spadkodawca jest ojcem , więc ZUS musiał rentę zabrać. Potem pada jednak stwierdzenie, na które czekałem. Oto pan redaktor oświadcza, że zaraz zobaczymy dlaczego sąd „pomimo wielu dowodów” uznał jednak że Pan Spadkodawca jest ojcem. Zamieniam się w słuch (i wzrok)

Na ekranie pojawia się jednak najpierw zbliżenie na „główkę” wyroku sądu okręgowego, a następnie na „główkę” wyroku sądu apelacyjnego, okraszone komentarzem Pani Pokrzywdzonej że wyrok jej się nie podoba. Potem mamy zbliżenie na coś co wygląda jakby było fragmentem części historycznej wyroku sądu apelacyjnego, z której dowiadujemy się, że Ten Zły żądał tytułem zachowku 77.166 zł ale sąd okręgowy zasądził tylko 32.377,66 zł. No ale to są wyroki w sprawie o zachowek, która nie ma absolutnie nic wspólnego z ustalaniem ojcostwa, bo w postępowaniu o zachowek kwestia ojcostwa spadkodawcy w ogóle nie była badana. Nie była, bo nie mogła być, a to dlatego, że cytowany już wyżej §3 artykułu 62 Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego stanowi wyraźnie, iż podważenie domniemania pochodzenia od męża matki może nastąpić TYLKO w postępowaniu o zaprzeczenie ojcostwa. Sejm (bo senatu wtedy nie było) zabronił zatem udowadniania tego „przy okazji”. O czym my więc w ogóle mówimy? Czemu służy ten podkład dźwiękowy z powtarzaniem po raz piąty już chyba tego, że przecież matka Tego Złego sama twierdziła, że on nie jest synem męża Pani Pokrzywdzonej? Czemu służą następne wypowiedzi tyczące się kwestii badań genetycznych, zaświadczeń o niepłodności i dalsza rozmowa na ten temat? Czy w końcu dojdziemy do kwestii istotnej, czyli rozstrzygnięcia w kwestii zaistnienia lub nie przesłanek wydziedziczenia?

No i doszliśmy. W drugiej połowie programu pada wreszcie stwierdzenie, z którego możemy się domyślać tego jakie były motywy rozstrzygnięcia w sprawie o zachowek. Sąd podobno orzekł bowiem, iż fakt nie utrzymywania kontaktów ze spadkodawcą był przez niego zawiniony, gdyż on sam nie chciał nawiązać tych kontaktów. Znaczy się mamy odwołanie do trzeciej przesłanki wydziedziczenia, czyli „uporczywego nie dopełniania obowiązków rodzinnych”. Uporczywego, czyli że pomimo napomnień, zachęt i inicjatywy drugiej strony spadkobierca „trwał w uporze” i nie dopełniał obowiązków rodzinnych. Dobrze by więc było, gdyby teraz zacytowano szersze fragmenty uzasadnienia, zwłaszcza te tyczące się argumentacji obu stron. Niestety pan redaktor zamiast do faktów odwołuje się do tego co myślą widzowie, po czym ponownie wracamy do kwestii zaprzeczenia ojcostwa, i tego że prokurator odmówił wytoczenia powództwa o zaprzeczenie ojcostwa. Szkoda zresztą, że tę istotną kwestię poruszono dopiero po 40 minutach programu. Bo ja już nie rozumiem o czym jest ten program. O wydziedziczeniu czy o ustalaniu ojcostwa. Pan redaktor chyba też tego nie wiedział, bo nie wyjaśnił tego do samego końca. Widzowie zaś odeszli od telewizorów z przekonaniem, że głupi sąd nie rozumie ze człowiek bezpłodny nie może mieć dzieci i może uznać kogoś za ojca chociaż ten nim nie jest i kazać płacić. 

Nie mam nic przeciwko programom interwencyjnym poświęconym problemom prawnym. Ale powinny być to programy, które niosą jakieś przesłanie, tłumaczą widzom co prawo mówi na jakiś temat, jakie mogą wynikać z tego problemy. Na kanwie tego przypadku można by wytłumaczyć jak działa domniemanie ojcostwa i że skuteczność wydziedziczenia jest uzależniona od zaistnienia określonych przesłanek. Zamiast tego pan redaktor kręcił się jak kij w przeręblu wokół kwestii tego czy Ten Zły jest synem czy nie jest, co jakiś czas powtarzając przewodnie kłamstwo programu, czyli to, że sąd „uznał” że Pana Spadkodawcę za ojca. W rezultacie zamiast programu wyjaśniającego co się stało i co prawo mówi na ten temat mieliśmy tradycyjną nagonkę na głupi sąd, który nic nie rozumie. 

I tyle. Więcej tego programu nie oglądam. Szkoda mojego czasu.