Pages

czwartek, 5 grudnia 2013

Adresata nie zastałem



Załóżmy, że z jakiegoś powodu, przeciwko komuś wydany został nakaz zapłaty. Nakaz ten następnie, zgodnie z procedurą wysłano mu na adres podany w pozwie, lecz przesyłka została zwrócona przez pocztę jako „nie podjęta w terminie”. Na przesyłce mamy adnotacje o dwukrotnym, w odstępach tygodniowych, awizowaniu, oraz adnotację doręczyciela „adresata nie zastałem”. Zastanówmy się więc co to oznacza, dlaczego rzeczony pozwany nam tego listu nie odebrał. A mamy 8 możliwości:

1.  bo zgubił awizo, miał daleko na pocztę, wtedy padało, a tak w ogóle to miał ważniejsze sprawy, niż jakieś listy z sądu, a to wszystko to go i tak nie obchodzi;

2.  bo uznał, że jak nie odbierze, to w ten sposób uniknie problemów, bo przecież jak nie dostał listu, to nic mu nie mogą zrobić, prawda?

3.  bo go akurat nie było w domu, z jednego z tysiąca możliwych powodów, począwszy od urlopu na wsi, przez pobyt w szpitalu, na udziale w misji w Afganistanie skończywszy;

4.  bo nie było go w domu, ponieważ jakiś czas temu został przejęty na rachunek Skarbu Państwa, znaczy się w drodze programowego oddziaływania próbuje się go resocjalizować w jednostce penitencjarnej;

5.  bo listonosz awizo wprawdzie wypisał, ale zapomniał je wsadzić do skrzynki (i tak dwa razy) więc adresat nic a nic nie wiedział o tym, że jest do niego jakiś list z sądu; 

6.  bo od jakiegoś czasu pod tym adresem już nie mieszka, ponieważ postanowił się przeprowadzić gdzie indziej;

7.  bo tam nie mieszka, i nigdy nie mieszkał. Może kiedyś ten adres gdzieś podawał, ale mieszkać to tam nigdy nie mieszkał;

8.  bo nie ważne czy tam mieszkał czy nie mieszkał od jakiegoś czasu jedynym sądem władnym do rozpoznawania spraw z jego udziałem jest Sąd Ostateczny.

No i co teraz zrobimy? Zgodnie z art. 139 kpc przesyłki prawidłowo awizowane można uznać za doręczone, i jeśli kierować się tylko adnotacjami na przesyłce, to we wszystkich tych przypadkach możemy uznać przesyłkę za doręczoną, a po dwóch tygodniach uznać nakaz zapłaty za prawomocny, i odfajkować prawidłowo zakończoną sprawę. No bo przecież doręczyciel zamieścił prawidłowe adnotacje o awizowaniu, terminy upłynęły, są podpisy doręczyciela (no, maziaje takie, ale może być) więc niby dlaczego nie uznać za doręczone. Tyle tylko, że z tych wszystkich przypadków o prawidłowym doręczeniu „przez awizo” można mówić tylko wówczas, gdy adres, na który dokonano doręczenia był faktycznie adresem miejsca zamieszkania pozwanego. A i to nie zawsze, bo jeśli odwołać się do wymienionych wyżej możliwości to doręczenie mogłoby zostać uznane za prawidłowe tylko w przypadkach 1, 2 i 3, przy czym w tym ostatnim pozwany mógłby domagać się przywrócenia uchybionego terminu. Ale jak odróżnić te trzy przypadki, gdzie podwójne awizo równa się doręczeniu od pozostałych pięciu? Ano dobre pytanie...

Samo oglądanie przesyłki nic nam nie da, bo awizo jest awizo, a adnotacja „adresata nie zastałem” może odnosić sie zarówno do takiego co nie odebrał bo nie chciał, jak i do takiego co nie odebrał, bo od paru lat nie żyje. Możemy spróbować przeanalizować pod tym kątem dokumenty dołączone do pozwu, ale to rzadko kiedy da nam odpowiedź. To, że w dokumentach widnieje inny adres wcale nie oznacza, że pozwany nie zamieszkuje pod adresem, na który próbowaliśmy mu doręczać – no chyba, że wygląda na to, że powodowi przy wpisywaniu adresu do pozwu pomyliły się cyferki w numerze domu czy mieszkania. Podobnie zresztą to, że adres zgadza się z podanym w umowie nie oznacza, że jest on nadal aktualny, bo umowy są często sprzed wielu lat. Wyjątkowo w dokumentach znajdzie się pismo pozwanego zawiadamiające o zmianie adresu, albo dokument z którego wynika, że ten adres to nie jest adres zamieszkania, ale np. sklepu czy warsztatu prowadzonego przez pozwanego. Tak więc nie tędy wiedzie droga do ustalenia czy mamy doręczone, czy nie.

Od pewnego czasu mamy drugie narzędzie, to znaczy dostęp bezpośredni do danych osobowych i adresowych poprzez portal PESEL-SAD. Narzędzie jest wprawdzie dość toporne, i na odpowiedź trzeba czekać najmarniej godzinę, ale też pomaga. Niestety nie za bardzo, gdyż z punktu widzenia problemu „czy doręczono” przy jego pomocy z pewnością można ustalić tylko to, że nie doręczono, bo pozwany nie żyje. A i to nie do końca, bo pomiędzy zgonem a ujawnieniem tego faktu w systemie może upłynąć kilka tygodni. Jeśli zaś chodzi o pozostałe przypadki, to na podstawie danych uzyskanych z bazy można co najwyżej wnioskować lub domniemywać co do skuteczności doręczenia, bazując na informacjach o zameldowaniu. A zameldowanie i zamieszkanie to dwie zupełnie różne rzeczy...

Jeżeli po sprawdzeniu okaże się, że pozwany jest zameldowany pod adresem podanym w pozwie to uprawdopodabnia nam to, że mamy do czynienia z przypadkiem 1, 2, 3, 4 lub 5, ale jednocześnie nie wyklucza przypadku 6, 7 i 8. A nie wyklucza, bo to, że ktoś jest gdzieś zameldowany wcale nie oznacza, że faktycznie tam mieszka, ani nawet że kiedykolwiek tam mieszkał. Życie zna bowiem znacznie więcej przypadków, niż są to w stanie wymyśleć scenarzyści telenowel (z „Modą na sukces” włącznie) i jest absolutnie możliwe, że ktoś się wyprowadził parę lat temu, ale nie wymeldował, jak i to, że ktoś „załatwił sobie meldunek” w jakimś miejscu, bo był on mu do czegoś potrzebny. Albo że nie żyje, tylko jeszcze tego faktu w systemie nie odnotowano.

Podobnie, gdy z systemu wyjdzie nam, że pozwany nie jest zameldowany pod danym adresem to na tej podstawie faktycznie trudno jest wprost wnioskować, że pozwany tam nie mieszka. Mnóstwo ludzi mieszka bez „meldunku”, często przez wiele lat, zwłaszcza, gdy wynajmują mieszkania, albo czekają cierpliwie „na akt notarialny” przy kupowaniu mieszkania od dewelopera. Uprawdopodabnia to zatem przypadki 6 i 7, ale nie wyklucza 1, 2, 3, 4 i 5. Pewne wnioski można dodatkowo spróbować wyciągnąć z historii „meldunków”. Na przykład jeżeli ktoś był zameldowany pod adresem podanym w pozwie, ale się z niego wymeldował, to można przypuszczać, że po prostu się przeprowadził. Oczywiście o ile wymeldowanie się było połączone z faktyczną zmianą miejsca zamieszkania, a nie miało na celu tylko uzyskanie jakiejś korzyści wynikającej z zameldowania w konkretnym miejscu. Jeżeli kogoś wymeldowano w trybie administracyjnym, z powodu nie zamieszkiwania no to można w zasadzie zakładać, że jednak tam nie mieszka... chyba że było to tak, że rodzice synka wymeldowali żeby nie płacić za niego, ale on po jakimś czasie wrócił i sobie grzecznie mieszka. 

Cóż więc należy robić? Ano chyba tylko rzucić monetą. Albo zaryzykować i postawić na jedną z dwóch opcji. Tyle że w tej grze stawką są ludzkie sprawy, a taki błędnie uznany za doręczony nakaz może potem narobić problemów. I to zarówno pozwanemu, który będzie to musiał „odkręcać”, jak i powodowi, który w połowie egzekucji może się dowiedzieć, że wcale nie ma prawomocnego nakazu, bo sąd uznał, że nie dokonano skutecznego doręczenia, więc wniesiony po paru latach sprzeciw jest skuteczny. Gdzie tutaj pewność, zaufanie do orzeczeń sądowych? To samo zresztą może działać w drugą stronę, powód, który ma słuszne roszczenie, i ustalił prawidłowy adres pozwanego może nie uzyskać nakazu zapłaty, ponieważ sąd nie uznał doręczenia za prawidłowe, i w dodatku żąda podania aktualnego adresu pozwanego twierdząc, że prawidłowy jest nieprawidłowy. Ucieka czas, pieniądze, nerwy, a i autorytet wymiaru sprawiedliwości na tym nie zyskuje. Inaczej mówiąc jest problem, i warto by go jakoś rozwiązać.

Niestety rozwiązanie problemu doręczeń zastępczych może nastąpić tylko w drodze rozsądnej legislacji. Rozwiązania są dwa: można albo wprowadzić obowiązek rzeczywistego doręczenia pierwszego pisma w sprawie – czyli zlikwidować doręczenie zastępcze w ogóle – albo wprowadzić domniemanie doręczenia przesyłki na adres zameldowania. Wprowadzenie tego drugiego rozwiązania nie wymagałoby przy tym naprawdę żadnych istotnych zmian – wystarczyłaby drobna zmiana art. 139 kpc polegająca na wpisaniu, że przesyłki wysłane na adres zameldowania uznaje się za doręczone. Planowana likwidacja obowiązku meldunkowego nie stanowi tu przeszkody – wystarczy przekształcić istniejący dziś rejestr adresów zameldowania w rejestr adresów do doręczeń, zachowując tę samą infrastrukturę i procedury wpisów itp. Co więcej w zasadzie nic nie stałoby na przeszkodzie, by dzisiejsze „stałe zameldowanie” stało się deklarowanym miejscem zamieszkania np. dla potrzeb ustalania właściwości miejscowej, a „zameldowanie czasowe” stało się deklarowanym adresem do doręczeń. I sytuacja byłaby prosta. Jeżeli obywatel zadeklarował, że będzie odbierał listy pod danym adresem, to znaczy, że doręczenia dokonane na ten adres uznaje się za skuteczne po upływie terminu awizowania. I nie ma problemu, czy adres był prawidłowy czy nie – był w rejestrze, znaczy był prawidłowy. I to jest problem obywatela by podać taki adres, pod którym będzie mógł odbierać listy. 

No i na koniec zwyczajowe pytanie: dlaczego tego jeszcze nie zrobiono?