środa, 25 lutego 2015

Wielki Brat patrzy


W mediach wybuchła afera. No, może za dużo powiedziane że afera, raczej kontrowersja związana z treścią ustawy nowelizującej prawo o ustroju sądów powszechnych. Nie dotyczyła ona jednak ani przyznania ministrowi prawa wnoszenia kasacji, ani pozbawienia sędziów sądów rejonowych zwrotu kosztu dojazdów, ani ograniczenia reprezentacji sądów rejonowych w zgromadzeniach, ani nawet przyznania ministrowi pełnej władzy nad szkoleniem kandydatów na sędziów. To dziennikarzy nie zainteresowało. Zauważyli natomiast to, że nowe rozwiązania ustawowe dają ministrowi możliwość szukania w aktach sądowych "haków" na przeciwników politycznych, i inne elementy niepożądane. 

Ministerstwo oczywiście zaprzeczyło stwierdzając że to jest nieprawda, bo minister tylko będzie badał sprawność postępowań, a tak w ogóle to orzeczenia będą anonimizowane. Warto może więc spojrzeć do rzeczonej ustawy, która - czego nie zauważył pewien opozycyjny polityk komentujący sprawę - jest już uchwalona i czeka na podpis prezydenta. Do ustawy z dnia 20 lutego 2015 r. o zmianie ustawy Prawo o ustroju sądów powszechnych i niektórych innych ustaw. Ustawa ta dodaje cały nowy rozdział poświęcony administrowaniu systemami informatycznymi, a w nim kilka bardzo ciekawych przepisów.

W toku medialnej burzy jaka nastąpiła najwięcej uwagi poświęcono nowemu art. 175a §2 który stanowi:

Minister Sprawiedliwości przetwarza dane stron, pełnomocników uczestników postępowań sądowych i innych osób uczestniczących w postępowaniach sądowych, zawarte w centralnych systemach teleinformatycznych obsługujących postępowanie sądowe lub sądy, na podstawie art. 175d § 1, oraz w rejestrach prowadzonych na podstawie przepisów odrębnych, w czasie niezbędnym do realizacji zadań wymienionych w art. 175d § 1 ustawy.

Prawdę mówiąc nie wiem dlaczego akurat ten artykuł zwrócił taką uwagę, jest on dość mętny, bo tak w zasadzie nie wiadomo co to jest to przetwarzanie. A poza tym skoro chodzi tylko o "dane stron" to nie bardzo z tego wynika na czym miało by polegać naruszanie prawa do prywatności stron i gdzie te "haki". W końcu to, że ktoś był stroną postępowania i jaki adres podał to w zasadzie nie jest jakaś mocno kompromitująca informacja, no chyba żeby chodziło o fakt bycia pozwanym o alimenty albo ustalenie ojcostwa, ale ilu jest takich. Nic więc dziwnego że kontratak ministerstwa skupił się na twierdzeniu że ów dostęp jest mu niezbędny by prawidłowo nadzorować wykonywanie nadzoru (co wolno mu robić) albo też sprawdzać, czy postępowania prowadzone są sprawnie i w razie potrzeby "interweniować" (czego mu robić nie wolno). Generalnie że chodzi o to, że procesy trwają długo, odszkodowania z tego tytułu kosztowały budżet już prawie tyle, ile kiedyś wydał na dofinansowanie koncertu Madonny więc pan minister absolutnie musi mieć środki żeby chronić i bronić obywateli. A że to tłumaczenie nijak ma się do stawianych zarzutów i zagrożeń wynikających z uchwalenia ustawy? Ano trudno, w polityce czasami tak trzeba.

Rzeczywiste źródło problemu znajdziemy kawałek dalej, w Art 175a §5 znowelizowanej ustawy:

"Minister Sprawiedliwości ma dostęp do centralnych baz danych sądów i sądowych systemów teleinformatycznych w zakresie wykonywania zadań określonych w ustawie."

 No już wyraźniej nie można tego napisać. Minister ma dostęp. Do baz danych sądów i sądowych systemów teleinformatycznych. Do wszystkiego co tam jest. Jeżeli uzna, że jest mu to potrzebne "do wykonywania zadań określonych w ustawie", czyli w praktyce kiedy tylko zechce. A te "bazy danych i systemy teleinformatyczne" to coś więcej niż wspominany w komunikacie ministerstwa portal orzeczeń sądów powszechnych, w którym udostępniane są zanonimizowane orzeczenia. Powiedziałbym nawet że jest to coś zupełnie innego, bo centralna baza danych sądu" to nic innego jak elektroniczne repertorium. A w elektronicznym repertorium jest wszystko.

Elektroniczne repertorium prowadzone jest przez sądy (przynajmniej te cywilne) w ramach oprogramowania o nazwie SAWA, znanego tez jako "Currenda" (a niekiedy i K...wenda) od nazwy firmy, która je opracowała i ciągle dostosowuje do potrzeb sądów. W tym systemie jest odnotowane wszystko, co kiedyś odnotowywano w papierowych księgach repertoriów - czyli jakie są sprawy, między kim a kim, o co, kiedy wpłynęły, kiedy zapadł wyrok i jaki, czy był zaskarżony. W systemie odnotowywane są także wszystkie czynności podejmowane w toku postępowania - to kiedy były rozprawy, fakt wydania postanowień wpadkowych i zarządzeń, fakt przekazania akt biegłemu, i kiedy je zwrócił, fakt złożenia pism do akt sprawy i wydania zarządzeń, to kiedy wysłano wezwania i kiedy wróciły zwrotki. Ale nie w tym problem. Problem w tym, że do bazy danych od co najmniej 5 lat, jak nie dłużej, wklejane są obowiązkowo - na polecenie Ministerstwa - elektroniczne wersje wydanych wyroków i postanowień, ich uzasadnienia, a także protokoły rozpraw z zeznaniami świadków. A wkrótce - bo programista już to przewidział - będą tam zamieszczane też po zeskanowaniu wszystkie pisma składane w postępowaniach, czyli w zasadzie całość akt. A do tego wszystkiego będzie miał w zasadzie nieograniczony dostęp Minister Sprawiedliwości. Polityk, realizujący wytyczne swojej partii.

Tenże polityk, i osoby przez niego upoważnione, będą miały więc dostęp do protokołów rozpraw we wszystkich sprawach. Także tych toczących się z wyłączeniem jawności - w sprawach rozwodowych, opiekuńczych, alimentacyjnych, w sprawach gospodarczych, gdzie poruszane są kwestie tajemnic przedsiębiorstwa. Mając centralny dostęp do wszystkich baz (proste do zrobienia dla zdolnego informatyka) wystarczy więc wrzucić poszukiwane nazwisko w wyszukiwarkę i zobaczyć co wyjdzie. Czy to będzie polityczny konkurent, niepokorny dziennikarz czy może natarczywy obywatel związkowiec - jeżeli tylko był w sądzie to wszystko się wyświetli. Czy dotyczące jego czy jego rodziny. Może synek chuliganił i miał sprawę w wydziale rodzinnym? Może była jakaś sprawa o alimenty? A może po prostu został pozwany przez byłego wspólnika który oskarżył go o oszustwo? Człowiek jest, to i hak się znajdzie. 

Owszem można twierdzić, że uczciwi ludzie nie muszą się niczego bać, a wyborcom zależy na tym, żeby kandydaci nie ukrywali wstydliwych faktów ze swego życia. Tyle tylko że to, czy "hak" jest prawdziwy nie ma znaczenia, gdy wypłynie on w czasie kampanii wyborczej czy w innej podobnej sytuacji. Na przykład może okazać się w protokole rozprawy o podział majątku jest zeznanie byłej teściowej że córka jej mówiła, że mąż chodził na dziwki i jednej nawet zostawił obrączkę bo nie miał jak zapłacić. Albo że sąd w uzasadnieniu do sprawy o zakłócanie ciszy nocnej napisał, że sąsiad zeznał, że obwinionego regularnie widywał pijanego. Mały przeciek do prasy i pan kontrkandydat może się z tego tłumaczyć do samych wyborów. A potem  się go przeprosi, jak już się okaże że była małżonka wszystko sobie zmyśliła, a sąsiad też prawdy nie mówił. Wiele razy przecież tak już było. A i niepokornego dziennikarza można postawić do pionu wyciągając z akt postępowania o podział majątku z byłą małżonką coś, co można będzie przedstawić tak, że bynajmniej nie przysłuży się to jego karierze. A wszystko znacznie łatwiej niż dotąd dzięki centralnemu dostępowi do baz danych sądów.

Zwykły obywatel też pewnie będzie szczęśliwy jak będzie wiedział, że ministerialny urzędnik w ramach "prowadzenia analiz mających na celu poprawę sprawności postępowań" będzie mógł sobie poczytać zeznania na jego sprawie rozwodowej albo alimentacyjnej. Ofiary gwałtów ucieszą się pewnie, że ich zeznania składane przed sądem zostaną przeanalizowane przez zespół do spraw poprawy skuteczności ścigania przestępstw przeciwko wolności seksualnej. Strony postępowań o ustalenie ojcostwa będą na pewno zadowolone z tego, że okoliczności poczęcia przedstawione w zeznaniach będą uwzględnione przy planowaniu posunięć legislacyjnych w zakresie ochrony rodziny. Przykłady można mnożyć, bo wszystko można będzie uzasadnić "realizowaniem zadań", każdemu będzie można zajrzeć do sprawy, bez pytania o zgodę. Centralnie zza biurka w ministerstwie. A co z ochroną prywatności? Ano takowej brak. Ale przecież obywatele tego chcą, bo przecież chcą żeby sądy działały sprawnie, co nie?

Na zarzut, że owa nowelizacja ma umożliwić "szukanie haków" pan minister zareagował oburzeniem, że ktoś w ogóle może mu zarzucać takie złe intencje. Tyle tylko, że tutaj nie chodzi o to, w jakim celu wprowadzono to rozwiązanie, ale o to do czego może zostać wykorzystane. A może zostać wykorzystane właśnie do szukania haków i ingerowania w prywatność uczestników postępowań. Być może (a przynajmniej mam taką nadzieję) nie przez obecnego ministra. Może nawet nie przez następnego. Ale kto wie czy potem nie nastanie minister, który z przyznanych mu narzędzi zrobi właśnie taki użytek. Który będzie szukał haków, ewentualnie postawi sobie za punkt honoru żeby wyplenić niemoralność i każe sprawdzić wszystkie sprawy o ustalenie ojcostwa żeby wykryć grzeszników. Absurdalne? Oczywiście, ale pokazuje wyraźnie, że przepisy gwarancyjne, te które mają chronić prawa i wolności obywatelskie należy uchwalać przewidując najgorsze. Najgorsze, to znaczy to, że do władzy dojdzie ktoś, kto tych praw nie będzie szanował więc te przepisy będą jedynym, co będzie go powstrzymywać przed ich naruszaniem. Tego tutaj ewidentnie zabrakło. Pytanie czy ktoś będzie miał wolę to naprawić.
 

piątek, 20 lutego 2015

Najem wielkiej wartości


Załóżmy, że trafiła nam się sprawa o podział majątku po rozwodzie. Załóżmy też, że małżonkowie przez całe małżeństwo dorobili się tylko mieszkania komunalnego i podstawowego jego wyposażenia, które po 20 latach używania w zasadzie nie ma żadnej wartości więc podzielili się nimi zgodnie. Załóżmy więc, że jedynym składnikiem majątku jaki ewentualnie pozostał do podziału to owo mieszkanie, a dokładnie rzecz biorąc prawo najmu lokalu komunalnego. Mieszkanie jest jedno, ich jest dwoje więc jedno w wyniku podziału dostanie mieszkanie, a drugie powinno z tego tytułu dostać spłatę wartości swego udziału w tym mieszkaniu. Pytanie tylko ile miałoby to być. Gdyby to mieszkanie było ich własnością sprawa byłaby prosta - połowa wartości rynkowej, ale to mieszkanie należy do miasta a oni mają tylko prawo najmu, więc trzeba znaleźć jakiś inny miernik wartości. No więc ile może być warte takie prawo najmu?

Sąd Najwyższy wypowiedział się w tej sprawie w uchwale z dnia 24 maja 2002 r. sygn. akt III CZP 28/02, pisząc w jej tezie:

"Wartość prawa najmu lokalu komunalnego, objętego podziałem majątku wspólnego, stanowi różnica między czynszem wolnym a czynszem regulowanym, z uwzględnieniem - w konkretnych okolicznościach sprawy - okresu prawdopodobnego trwania stosunku najmu. "

Z kolei w uzasadnieniu tej uchwały podniesiono, że:

"wartość prawa najmu jest określana przez wartość, jaką dla najemcy przedstawia możliwość korzystania z przedmiotu najmu, a więc że prawo najmu lokalu jest warte tyle, ile dla najemcy warta jest możliwość korzystania z tego lokalu, z uwzględnieniem ograniczeń wynikających zarówno z treści samego stosunku najmu, jak i ze zdarzeń prawnych kreujących ten stosunek prawny. Ponieważ prawo najmu lokalu komunalnego nie jest przeznaczone do obrotu, przy ustalaniu wartości tego prawa nie może być pomocna jego wartość rynkowa, lecz konieczne staje się odwołanie do przeciętnego czynszu rynkowego, który musiałby zapłacić zainteresowany korzystaniem z takiego lokalu mieszkalnego. Czynsz taki, stanowiący ekwiwalent możliwości korzystania z przedmiotu najmu, jest jedynym słusznym miernikiem wartości prawa przysługującego najemcy mieszkalnego lokalu komunalnego. Realną wartość prawa najmu wyraża więc wysokość czynszu rynkowego, będącego ekwiwalentem możliwości korzystania z lokalu.
"

Takie stanowisko, już w aktualnie obowiązującym stanie prawnym, Sąd Najwyższy potwierdził w Uchwale z dnia 9 maja 2008 r. (III CZP 33/08). Orzeczenie to wyznacza także względnie spójną linię orzeczniczą sądów powszechnych. Metoda wyceny wartości prawa najmu jest zatem taka, że ustalamy przez biegłego wysokość czynszu w wypadku wolnorynkowego najmu danego mieszkania, odejmujemy od tego czynsz żądany przez gminę, a różnicę mnożymy przez przewidywany czas dalszego trwania najmu. Pod tym ostatnim pojęciem, skoro umowa jest zawierana na czas nieoznaczony, w zasadzie należałoby rozumieć średni okres przewidywanego dalszego życia osoby otrzymującej prawo najmu, ustalany za pomocą oficjalnej tabeli stosowanej przez ZUS, wszelkie inne okoliczności skutkujące zakończeniem umowy najmu są bowiem niemożliwe do przewidzenia, nie można więc zakładać że nastąpią. Problem w tym, że tak przyjęty okres hipotetycznego dalszego trwania najmu obejmuje zwykle kilkadziesiąt lat przez co może się okazać, że owo prawo najmu warte jest więcej niż prawo własności tego lokalu. 

Żeby nie być gołosłownym rzucę pierwszy z brzegu przykład, wyciągnięty z uzasadnienia do jakiegoś postanowienia. Mieszkanko komunalne, malutkie, 26 metrów kwadratowych z małym kawałkiem. Warte w jego aktualnym stanie pewnie nie więcej niż jakieś  200.000 - 220.000 zł. Czynsz komunalny 180 zł miesięcznie, czynsz wolnorynkowy wyliczony przez biegłego - 1000 zł miesięczne (tanio, bo bez opłat). Według tabeli średniego dalszego trwania życia kobiet ogłoszonej przez Prezesa GUS dla potrzeb obliczania wysokości emerytur pani mająca aktualnie lat 54 winna mieć przed sobą jeszcze jakieś 26 lat życia, a dokładnie 310 miesięcy. Przemnóżmy teraz różnicę czynszu wolnorynkowego i komunalnego (820 zł miesięcznie) przez te 310 miesięcy i otrzymamy 254.200 zł. Tyle zgodnie z metodologią wskazaną przez Sąd Najwyższy wynosi wartość tego prawa najmu, a co za tym idzie drugi małżonków ma prawo żądać dla siebie połowy tej kwoty...

Wydaje mi się, że w tym momencie każdy się zgodzi, że takie rozwiązanie ewidentnie prowadzi do absurdalnego wyniku, prawo o charakterze obligacyjnym okazuje się bowiem warte więcej od prawa rzeczowego. Dodatkowo dokonanie w takiej sytuacji podziału tego prawa, z zasądzeniem połowy jego wartości na rzecz drugiego małżonka jest równoznaczne z postawieniem go w sytuacji bez wyjścia. Gdyby bowiem przedmiotem podziału było prawo własności lokalu, to miałby on możliwość zbycia go lub obciążenia, by uzyskać środki na spłatę. W wypadku prawa najmu takiej możliwości w sposób oczywisty nie ma, jej "korzyści" wynikające z nabycia prawa do niego mają zaś z jednej strony charakter przyszły, z drugiej zaś czysto wirtualny. Nie można bowiem mówić, iż osoba mieszkająca w lokalu komunalnym i płacąca 180 zł czynszu co miesiąc wzbogaca się o 820 zł z racji nie płacenia czynszu w kwocie 1000 zł, bo najprawdopodobniej nie byłoby jej stać na płacenie czynszu w takiej wysokości. Jej jedyną "korzyścią" jest to, że w ogóle ma dach nad głową, bo za te pieniądze na wolnym rynku nie wynajęłaby nawet pokoju.

No cóż, jeżeli jakaś interpretacja przepisu czy pogląd na temat stosowania prawa w jakimś stanie faktycznym prowadzi do absurdu to oczywistym jest, że pogląd ten jest błędny. Przepis powinien bowiem być możliwy do zastosowania w taki sam sposób w każdym stanie faktycznym. Stwierdzeniu że jakieś rozwiązanie jest złe winno jednakże towarzyszyć zaproponowanie czegoś innego, zastanówmy się więc co ewentualnie innego można by z tym fantem zrobić. Opcji mamy zaś kilka:

Po pierwsze możemy uznać, że prawo najmu lokalu komunalnego wchodzi wprawdzie w skład majątku wspólnego, ale jest dobrem nie mającym materialnej wartości, gdyż jest niezbywalne, nieobciążalne, nie przynosi dochodów ani bezpośrednio ani w postaci zmniejszenia regularnych obciążeń. W związku z tym przy dokonywaniu podziału takiego prawa należy przyznać go jednemu z małżonków bez żadnych spłat dla drugiego bo zero podzielone na pół nadal będzie zerem. Proste rozwiązanie, eliminujące cały problem. Tyle tylko, że chyba nie do końca poprawne. No bo jak to tak - mieszkali razem 20 lat, a teraz jednego na bruk bez niczego, a drugi zostanie w mieszkaniu? Do tego przecież - jak zresztą już było wspomniane - możliwość wynajęcia mieszkania za cenę wynajęcia pokoju sama w sobie jest jakąś wartością, ten co tę możliwość traci na rzecz drugiego winien zatem otrzymać jakąś rekompensatę. Może więc koncepcja Sądu Najwyższego co do sposobu wyceny nie jest taka głupia, tylko trzeba ją trochę dopracować?

Drugą opcją jest zatem uznanie że prawo najmu lokalu komunalnego ma jednak wymierną wartość, która w razie podziału majątku winna zostać wyrównana przez dopłaty pieniężne. Wartość ta sprowadza się zaś do różnicy pomiędzy tym ile za takie mieszkanie trzeba by zapłacić na wolnym rynku a tym ile się za nie faktycznie płaci jako za komunalne. Pytanie tylko za jak długi okres ową różnicę trzeba obliczać, skoro przyjęcie przewidywanego okresu życia najemcy (no bo dłużej najem trwać nie może) prowadzi do absurdu? Dziesięć lat, bo na tyle można racjonalnie planować w przyszłość? Chociaż z takim samym uzasadnieniem można przyjąć okres pięciu lat, albo i trzech. Bo w końcu kto planuje z większym wyprzedzeniem. Trzy lata to też termin, na który miasto zawiera umowy najmu na czas oznaczony, więc byłby dodatkowy argument, no ale zawiera je też na rok, więc jest to żaden argument. No chyba że zrezygnujemy w ogóle z argumentowania i ustalimy, że okres za który ustala się spłatę ustala sędzia po uważaniu, no ale to będzie równoznaczne ze stwierdzeniem, że wysokość spłaty zależy od uznania sędziego. To zaś stoi w sprzeczności z samą ideą spłaty jako wyrównania udziałów w majątku po dokonanym podziale, nie zaś odszkodowania za utratę prawa do lokalu. Bo nie może być tak, że jeden sędzia za to samo mieszkanie zasądzi 20.000 zł spłaty, a drugi 200.000 zł, i oba orzeczenia będą zgodne z prawem bo prawo nic na ten temat nie mówi. Czyli to rozwiązanie też nie bardzo jest jak zastosować.

Pozostaje nam zatem trzecia opcja, której przyjęcie eliminuje wszystkie powyżej wymienione problemy. Jeżeli bowiem uznamy, że owo prawo najmu lokalu komunalnego z racji swego szczególnego charakteru przysługuje każdemu z małżonków osobno, i mają oni jedynie prawo do wspólnego korzystania z niego, to takie prawo nie podlegałoby podziałowi. Kwestia zmiany sposobu korzystania z lokalu po rozwodzie rozstrzygana byłaby wówczas na płaszczyźnie gminy, która winna w ramach ciążącego na niej obowiązku zaspokajania potrzeb mieszkaniowych mieszkańców problem ten rozwiązać. To eliminowałoby nie tylko problem z ustaleniem wysokości spłaty, ale i znacznie czasem poważniejsze problemy związane z samym dzieleniem tego prawa, o których dotąd w ogóle nie napisano. A problemy te obejmują na przykład to czy w lokalu ma zostać "on" bo to było mieszkanie jego rodziców i jego dom rodzinny, czy też "ona" bo w nim teraz mieszka, a "on" się wyprowadził. Niby proste, ale co wtedy, gdy "on" twierdzi, że "ona" wyrzuciła go siłą z domu i zmieniła zamki? Albo że wyprowadził się bo miał dość pomówień o znęcanie i wzywania policji jak tylko otworzy puszkę piwa? A co gdy jednemu z nich najem został już wypowiedziany na wniosek drugiego z uwagi na nie zamieszkiwanie? Przykłady można mnożyć. Z drugiej jednak strony pozostawienie byłych małżonków jako współnajemców spowoduje inne problemy, przybierające postać artykułów w "opiniotwórczych" dziennikach o tytułach w stylu "Sąd skazał ją na mieszkanie z oprawcą!" albo "Żona wyrzuciła go z mieszkania, a sąd umywa ręce" - bo znając aktualną sytuację lokalową w gminach szansa na rychłe "rozkwaterowanie" byłych małżonków będzie mikroskopijna. Dodatkowo nie bardzo jest podstawa prawna do traktowania najmu komunalnego jako nie stanowiącego majątku wspólnego - przy najmie lokalu socjalnego można by jeszcze to podpiąć na siłę pod to, że jest to prawo związane ściśle z jedną osobą, ale przy zwykłym komunalnym nie bardzo. Czyli znowu ślepa uliczka.

Czas na konkluzję, bo się rozpisałem więcej niż komuś chciałoby się przeczytać. Otóż konkluzja jest taka że nie wiem co robić w takich sprawach. Standardowe rozwiązanie prowadzi do absurdu, alternatywne jest zaprzeczeniem państwa prawa, a ostateczne nie bardzo da się się uzasadnić w obecnym stanie prawnym. Przydałaby się tu interwencja ustawodawcy, który wyraźnie by wskazał że przyjmuje się wartość za rok, trzy, czy pięć lat, ewentualnie określił jakieś szczególne zasady dzielenia komunalnym najmem. Ale nie spodziewam się, że takie zmiany nastąpią. Sprawa nie jest medialna.




poniedziałek, 9 lutego 2015

Porzućcie wszelką nadzieję


Wkrótce upłynie pięć lat odkąd zacząłem pisać tego bloga. Wiele przez ten czas się w sądach zmieniło, niestety głównie na gorsze, przez co powoli zaczęło mi brakować tematów. W końcu ile razy można pisać o tych samych problemach, o tych samych absurdach, zgłaszać te same postulaty. Wraz z upływem lat zacząłem nabierać przekonania, że nikomu poza sędziami nie zależy na tym, żeby sądy dobrze działały, zaś politykom chodzi tylko o to, żeby sądy im nie przeszkadzały w rządzeniu. A na koniec zorientowałem się, że to jest najwidoczniej normalna sytuacja, bo tak zawsze w tym kraju było.

Pisałem, i to pewnie parę razy, o absurdalnej polityce budżetowej co do wymiaru sprawiedliwości, który traktowany jest jako wygodne miejsce do robienia cięć, i to w sytuacji gdy w tym samym czasie znacznie większe sumy wydatkowane są na cele, które nie wydają się ważniejsze od sprawnego sądownictwa. O tych wszystkich dziadowskich oszczędnościach na wydatkach sądów, gdy jednocześnie lekką ręką rozdaje się pieniądze na dofinansowanie kopalń albo na wspieranie przemian demokratycznych na Ukrainie, i gdy ciągle słyszymy o marnotrawstwie pieniędzy w jednym czy drugim resorcie. Ale cóż, wygląda na to, że tak to właśnie ma wyglądać, bo na taką politykę budżetową skarżył się już w dniu 3 kwietnia 1920 r. publicysta Gazety Sądowej Warszawskiej pisząc:

"Rzucone przez b. Departament Sprawiedliwości hasło oszczędności jest skrupulatnie stosowane i przez obecne ministerjum. Wydaje się, jak gdyby ministerjum postanowiło sobie, iż tak znana dobrze rozrzutność i nieszanowanie grosza publicznego w innych zarządach centralnych muszą być odkupione i zrównoważone kosztem budżetu sprawiedliwości — nędzne wynagrodzenie, a za to pracy do woli; gdzie indziej nadmiar ludzi, nie wiedzących co ze sobą robić; w sprawiedliwości — personel ciągle zbyt jest szczupły; gdzie indziej nieprodukcyjne szastanie pieniędzmi; w sprawiedliwości — wprost skąpstwo na najpilniejsze potrzeby. A skutki tego opłakane; sprawa, dziś wniesiona, zyskuje termin często po 3 miesiącach; przestępstwo, dziś popełnione, będzie sądzone po upływie roku. Gdzież tu idea szybkiego wymiaru sprawiedliwości? Wiadomo z jakim trudem tylko może adwokat wytłomaczyć klijentowi, iż tak powolny przebieg sprawy nie jest skutkiem jego niedbalstwa, lecz fizycznego niepodobieństwa wcześniejszego sądzenia sprawy."

Pisałem też o tym, że zadaniem przepisów ustrojowych sądów powinna być ochrona niezawisłości sędziów, bo bez tego nie może być mowy o prawdziwym sądownictwie. Pisałem, że powinno się je pisać tak, żeby uniemożliwiały wywieranie na sędziów nacisków, nawet gdyby ktoś bardzo chciał to zrobić. Wskazywałem, że każdy ma określoną granicę odporności na naciski po przekroczeniu której może się złamać, więc zadaniem państwa jest chronić sędziów przed takimi naciskami. I to także nie było nic nowego, bo dokładnie to samo pisał przed wojną prof. Eugeniusz Waśkowski w swym artykule "Niezawisłość sądu i jej gwarancje", opublikowanym w Gazecie Sądowej Warszawskiej z dnia 26 lipca 1924 r.

"Najpewniejszy i zarazem najprostszy sposób zapewnienia niezawisłości sędziów polega na tem, aby stworzyć dla sędziów takie warunki urzędowania, przy których nie mieliby żadnej pobudki dla łamania przysięgi. Nie kusić do grzechu, to jest najpewniejszy sposób, aby ustrzedz od grzeszenia. Ma się rozumieć, że człowiek o silnym charakterze i stałych zasadach moralnych oprze się nawet wielkiej pokusie, lecz wybitnych ludzi mało, a państwo potrzebuje znacznej ilości sędziów w celu rychłego wymiaru sprawiedliwości. Ustawodawstwo więc zmuszone jest mieć do czynienia z ludźmi średnimi, przeciętnymi, niezdolnymi do wykazywania heroizmu, aby byli w stanie zbliżyć się mniej więcej do ideału sędziego, nie narażając zbyt silnie własnych interesów; trzeba, żeby się nie obawiali nikogo, aby nikomu nie musieli się przymilać. "

Równie często chyba pisałem o  szaleństwie nadzorczym, które sprawiło, że w sądach dzisiaj ważniejsze jest pokrycie wpływu od rzetelnego rozpoznania sprawy. O tym, że za panaceum na zaległości i długotrwałość postępowań uważa się wzmocnienie nadzoru i wydanie kolejnych zarządzeń nadzorczych. Że orzekanie staje się powoli sztampowe, mechaniczne, bo nie ma czasu na szukanie drugiego dna i koronkową robotę. I znowu nie wymyśliłem nic nowego, bo na te same bolączki sądownictwa zwracał uwagę senator Aleksander Jackowski w swym przemówieniu podczas debaty budżetowej, które relacjonowała Gazeta Sądowa Warszawska w dniu 26 czerwca 1927 r.

"Ze zdumieniem przeczytałem w sprawozdaniu p. kol. Łypacewicza, że lepiej by się działo w sądach i możeby tych wielkich zaległości nie było, gdyby prezesowie byli sprawniejsi. Po cyfrach, które przytoczyłem, a z których widać, że normy pracy są wyższe niż poprzednio, i że są przekraczane w wysokim stopniu, nie wiem, czy trzeba lepszego karbowego, jak nasze ministerstwo, aby lepiej wypocić z tych sędziów ich myśli, ażeby zrobić z nich bezmyślnych automatycznych funkcjonarjuszy, którzy mają czas na napisanie, podpisanie, ale nie mają czasu na zweryfikowanie, czy do tego, co napisali, nie wkradł się błąd, nie mogą czekać, czy im później umysł po jakimś czasie zwykłej następnej pracy podświadomej nie powie błyskawiczną myślą: Omyliłeś się, sędzio, tyś źle to zrobił. My stawiamy ich w położeniu robotników fabrycznych przy automatycznych maszynach, wyrabiających pewną ilość spraw, a tego nie wolno robić. Tu musi być swoboda myślenia, uznania i swoboda stanowienia."

Wprowadzenie w 1928 r. nadzoru administracyjnego Ministra Sprawiedliwości nad sądami bynajmniej nie rozwiązało problemów, na które zwracał uwagę pan senator, bo temat sytuacji sędziów i tego jak przekłada się ona na warunki ich pracy żył w prasie przez cały okres II Rzeczypospolitej. Dokładnie to samo jedenaście lat później pisał bowiem Romuald Zalewski w zamieszczonym w miesięczniku "Głos sądownictwa", nr 12 z 1938 r., artykule pod tytułem "Przeciążenie pracą w sądownictwie": 

"Sędziowie chcą pracować w takich warunkach, aby praca ta dawała im zadowolenie, wypływające z poczucia dobrze spełnionego obowiązku. A jakże takie poczucie może mieć sędzia, który częstokroć nie ma czasu na zapoznanie się ze sprawą, a co dopiero mówić o należytym przygotowaniu się, który nie ma czasu na zapoznanie się z najnowszym orzecznictwem, który przystępuje do rozstrzygania jakiejś tam kolejnej sprawy z oznakami przemęczenia, a któremu zmorą na sercu ciążą te następne, jeszcze nie rozpoznane, a oczekujące swej kolei, który czuje i boleśnie odczuwa swoje braki, jakim jednak nie jest w stanie zaradzić. I czy w tych warunkach należy się dziwić, że tu i owdzie można się natknąć na sędziego zgorzkniałego, zdenerwowanego, mającego pretensję do całego świata, słowem, takiego, jakim w żadnym razie sędzia być nie powinien."
 
No cóż. jak widać dzisiejszy stan sądownictwa nie różni się nijak od jego stanu w latach trzydziestych. No, może nie jest aż tak źle, bo jakoś nie wyobrażam sobie, aby dzisiaj pojawiła się wzorowana na przedwojennej ustawa, która zawieszałaby niezawisłość sędziów by umożliwić rządowi pozbycie się tych, którzy mu się nie spodobali. Aktualna pozostaje jednak diagnoza Kazimierza Fleszyńskiego co do sytuacji stanu sędziowskiego w Polsce zamieszczona w artykule "Fikcje a rzeczywistość polskiego wymiaru sprawiedliwości" opublikowanym w "Głosie sądownictwa" nr 7-8 z 1931 r.:

"A sędziowie? Ludzie ledwo widzialni zza stosu akt sądowych, stale zatapiani powodzią napływających w zwiększonym tempie spraw, skrępowani jak najmocniej całym szeregiem rygorystycznych przepisów, przemęczeni, źle wynagradzani, pracujący bez zapału, stykający się wreszcie raz wraz z niemozliwemi do wykonania, pełnemi niewiary do sędziego, kazuistycznemi, bezcelowemi, powodującemi ogromne wydatki dla skarbu państwa przepisami."

wszystko się bowiem w niej zgadza. W jednym zdaniu w zasadzie zebrane wszystkie pretensje, które przez ostatnie pięć lat podawałem do publicznej wiadomości. Nadmierny wpływ. Nielogiczne procedury. Brak czasu na cokolwiek. Nieadekwatne wynagrodzenia. Brak zaufania do sędziów widoczny w treści tworzonych przepisów. Mnóstwo absurdalnych uregulowań generujących duże koszty. I tak jak wtedy tak i dziś nikomu chyba poza sędziami to nie przeszkadza, a sędziowie mają coraz mniej sił by z tym walczyć. A cierpią na tym - tak jak i przed wojną - obywatele, którzy powinni w sądach otrzymać skuteczną ochronę ich praw przed zakusami władzy. Bo władza polityczna, tak jak i przed wojną, nie jest zainteresowana tworzeniem i utrzymywaniem sądów, które mogłyby ją skutecznie kontrolować i ograniczać.

Dlatego, drodzy obywatele, porzućcie wszelką nadzieję na to, że kiedykolwiek w sądach będzie lepiej. Nie zależało na tym sanacji, nie zależy i eurodemokracji. W dodatku jest nawet gorzej niż było, bo nie zależy na tym także i wam, przynajmniej jeśli wnioskować po vox populi pojawiającym się w komentarzach do informacji o problemach w sądownictwie. W debacie sejmowej nad zmianami w prawie o ustroju sądów powszechnych, które zwiększyły uprawnienia kontrolne ministra uczestniczyło sześciu posłów. Wypowiedzi senatorów, podczas debaty o tej ustawie prowadziły do wniosku, że niektórzy z nich zupełnie nie wiedzieli nad czym obradują, więc powtarzali zasłyszane w mediach frazesy na temat sądownictwa, a na koniec podnieśli ręce tak, jak przewodnik kazał. Nie znalazł się wśród nich nikt na miarę senatora Aleksandra Jackowskiego, który w 1927 r. w tym samym senacie  powiedział wprost:

"Tylko wróg Państwa może dyskredytować swoje własne władze sędziowskie, które nie miały faktycznej możności, ażeby sprawnie wykonać to, do czego zostały powołane."

Przyszłość widzę w czarnych barwach...


Z cytowanymi w tekście artykułami można zapoznać się korzystając z biblioteki cyfrowej UW (Gazeta Sądowa Warszawska) oraz Jagiellońskiej biblioteki cyfrowej (Głos Sądownictwa)

poniedziałek, 2 lutego 2015

Przebiegli i niedostępni


Kolejny problem z sądami, jaki się pojawił w ostatnich dniach w przestrzeni medialnej to problem biegłych sądowych, a dokładnie długiego czekania na ich opinie. W zasadzie na ten problem sędziowie zwracali uwagę od lat, temat jednakże jakoś nie przebijał się do mediów i został zauważony dopiero, gdy pewien skazaniec po odsiedzeniu całej kary został wypuszczony na wolność. Ponieważ zaś relacje prasowe na ten temat jak zwykle zawierały tylko to, czego oczekiwali czytelnicy warto by przy tej okazji przyjrzeć się temu jak to naprawdę z tymi biegłymi jest.
 
Załóżmy więc, że trafiła nam się sprawa, gdzie potrzebna nam będzie opinia biegłego lekarza. Żeby wyglądało to ładnie i medialnie powiedzmy więc że oto pan Franciszek został potrącony na pasach, spędził pół roku w szpitalu i teraz pozywa ubezpieczyciela o zapłatę renty "z tytułu zwiększonych potrzeb", bo musi kupować leki, chodzić na rehabilitację itp. Koszty są duże, a że przez ten wypadek pan Franciszek musiał zamknąć swoją firmę to teraz żyje z renty i prac dorywczych ledwo wiążąc koniec z końcem. Ubezpieczyciel natomiast nie chce płacić bo twierdzi, że ich lekarz twierdzi że te leki co pan Franciszek chce brać to są mu niepotrzebne, albo że te dolegliwości na które on je bierze to nie mają nic wspólnego z wypadkiem. Żeby wyjaśnić kto tu ma rację trzeba zatem powołać biegłego lekarza właściwej specjalności by obejrzał dokumenty, zbadał pana Franciszka i wyjaśnił nam co mu jest, jak go trzeba leczyć i ile to będzie kosztowało. Dopuszczamy więc dowód z opinii biegłego lekarza ortopedy, jako właściwego dla połamanych nóg i bolącego kręgosłupa, i w tym momencie zaczynają się nasze problemy.

Może się okazać, że mamy szczęście, i na urzędowej liście biegłych prowadzonej przez prezesa Sądu okręgowego mamy aż trzech ortopedów, co daje nam możliwość wyboru tego, który opiniuje najlepiej. Niestety jednak po paru telefonach do nich zapewne okaże się, że tak dobrze to wcale nie jest. Bo pierwszy oświadczy, że z uwagi na obowiązki służbowe, i znaczną ilość zleconych opinii nie jest w stanie przyjąć nowych, więc prosi żeby zadzwonić tak za trzy miesiące to może się zgodzi. Drugi stwierdzi, że na mocy umowy z prezesem Sądu okręgowego on opiniuje tylko dla wydziału ubezpieczeń społecznych, więc opinii nie przyjmie i już. A trzeci oświadczy że wprawdzie jest ortopedą, ale dziecięcym i specjalizuje się w wadach wrodzonych, więc nie podejmuje się sporządzenia opinii w tej sprawie, bo tu trzeba traumatologa. I co teraz? Ano to samo, co byśmy zrobili gdyby na liście byłby tylko jeden z tych trzech - szukamy gdzie indziej. Kto wie, może jakiś ortopeda z ościennych okręgów zechce przyjąć zlecenie, jeżeli obiecamy mu że nie będzie musiał do nas jeździć, a pacjent pofatyguje się do niego. Jeżeli nie to możemy popytać na uniwersytecie, czasami się zgodzą, jak damy półroczny termin. Są też komercyjne firmy, które zatrudniają lekarzy z kwalifikacjami biegłych, może tam, o ile da się to jakoś zmieścić w procedurę. Kto wie, może się uda.

Załóżmy jednak, że nam się poszczęściło, i udało się wysłać akta do biegłego ortopedy, który zgodził się zrobić opinię w 6 tygodni. Cud niemalże, i zbyt dobre by było prawdziwe. I niestety nie jest. Bo doświadczenie mi mówi, że te 6 tygodni będzie mocno teoretyczne, a wszystko potrwa znacznie dłużej, tak ze dwa razy. Oczywiście należy egzekwować od biegłego terminowe wykonanie opinii. Nadzór to sprawdza i kładzie nacisk. Możemy więc ponaglać biegłego telefonicznie - zapewne odpowie że już lada dzień odda opinię bo mu się komputer zepsuł albo pojechał na kongres i dlatego ma opóźnienie. Możemy go też ponaglić na piśmie i pogrozić mu grzywną. Możemy mu nawet te grzywnę wymierzyć - 500, albo i 1000 zł. Ale co z tego, skoro nam nie chodzi o to, żeby biegły zapłacił, tylko żeby zrobił opinię. Zresztą zanim dostanie odpis postanowienia o grzywnie wysłanego do niego pocztą (przez telefon się nie da) upłynie pewnie ze 2-3 tygodnie. Możemy zażądać żeby natychmiast oddał akta, albo nawet odebrać je policjantami, tyle że to też nam nic nie da, bo nadal nie mamy opinii, a znalezienie innego biegłego jest jeszcze mniej prawdopodobne niż tego pierwszego. Generalnie summa summarum lepiej jest więc czekać aż się biegły zlituje i zrobi opinię niż odbierać mu ją i zlecać innemu, bo to potrwa jeszcze dłużej, a tu człowiek czeka na rentę.

Gdy już biegły, pewnie po jakichś 3-4 miesiącach, odda akta z opinią wcale nie oznacza to, że możemy zacząć się cieszyć z tego, ze oto pokonaliśmy przeszkody i teraz będziemy mieć z górki. Bo niestety po zapoznaniu się z owa opinią może się okazać, że pan biegły ortopeda z ponad 30-letnim doświadczeniem jako biegły sądowy (i 80-letnim doświadczeniem życiowym) jakiś czas temu stracił kontakt z aktualnym nurtem wiedzy medycznej, a być może i nawiązał szczególne relacje z otaczającą go rzeczywistością. Na przykład może on zarówno na piśmie, jak i podczas rozprawy z oddaniem bronić tezy, że zakup "Zestawu Rehabilitacyjnego euroRehab 2000" był jak najbardziej uzasadniony stanem zdrowia powoda, gdyż tego rodzaju zestawy umożliwiają samodzielne wykonywanie zaleconych ćwiczeń bez pomocy rehabilitanta, co wpływa pozytywnie itd... Co zapewne byłoby prawdą, gdyby z akt nie wynikało wyraźnie, że ów "Zestaw Rehabilitacyjny" to tak naprawdę wełniany koc i poduszka wciskane naiwnym przez handlarzy urządzających "prezentacje" w uzdrowiskach. No i co można zrobić z taką opinią takiego biegłego? Z jego kategorycznym wnioskiem, że powód nie musi płacić za rehabilitację, bo przecież ma zestaw do ćwiczeń? Ano cóż, można ją "pominąć", odżałować zmarnowane na nią pół roku i zacząć całą zabawę od początku. Czyli od szukania biegłego, który się zgodzi przyjąć zlecenie...

Winą za problemy z przeprowadzaniem dowodów z opinii biegłych, opóźnienia, mierną niekiedy jakość opinii, zwykle obciążani są sędziowie. Bo niestety jakoś tak jest, że zapewnienie sprawnego funkcjonowania sądów to w tym kraju jest wyłącznie obowiązek sędziów, zaś zadaniem polityków z Ministerstwa Sprawiedliwości jest wyłącznie pochylanie się z troską i zapowiadanie wyciągnięcia konsekwencji, gdy sędziom się to nie uda. Nie twierdzę oczywiście, że wszystkie opóźnienia i inne problemy z opiniami biegłych są spowodowane przyczynami niezależnymi od sędziów. Owszem zdarza się i tak, że to sędzia czegoś nie dopilnuje, nie wykorzysta wszystkich możliwości itp. czy to z przyczyny przeciążenia pracą, niedostatecznego wsparcia ze strony sekretariatu, czy zwykłego lenistwa, nieróbstwa lub niekompetencji (tak jest, tacy też są). Ale to nie zmienia faktu, że problem ma charakter systemowy i wynika z niedostatku sił i środków niezbędnych dla zapewnienia prawidłowego funkcjonowania tej sfery działalności sądów. Mówiąc obrazowo wygląda to tak jakby kazać mechanikowi naprawiać samochody, nie dać mu niezbędnych do tego narzędzi, a potem obwiniać go za długotrwałość i niską jakość napraw, przypominając mu ciągle ten jeden przypadek, gdy faktycznie zaspał do pracy albo zapomniał o dokręceniu jakiejś nakrętki.

Gdzie zatem tkwi problem? No cóż. Po pierwsze problemem jest to, że jest za mało biegłych. Po drugie problemem jest to, że nie ma skutecznego systemu weryfikacji kompetencji biegłych. Po trzecie zaś nie ma skutecznych środków egzekwowania terminowości sporządzania opinii jak i ich jakości. Problemów tych nie da się przy tym zlikwidować przez wzmocnienie nadzoru, nałożenie nowych obowiązków na sędziów, stworzenie nowych rozwiązań informatycznych, czy uchwalenie nowej ustawy, która nic w zasadzie nie zmienia. Od stworzenia centralnej ogólnokrajowej listy biegłych z pewnością bowiem biegłych nam nie przybędzie, zaś jedynym skutkiem szerszego stosowania sankcji skreślenia z listy będzie to, że biegłych będzie jeszcze mniej. Tu potrzebna jest praca systemowa, odszukanie źródła problemu, postawienie celu i opracowanie na tej podstawie rozwiązań, które pozwolą go osiągnąć. Tego zaś nie da się zrobić bez wsłuchania się w uwagi tych, którzy z działaniem obecnego systemu mają dziś do czynienia na co dzień, i nie mam tu na myśli przesłania do sądów gotowego projektu ustawy o biegłych sądowych z terminem na zgłoszenie uwag do jutra do 12:00. 

Wielkich nadziei na poprawę sytuacji jednak nie mam. Zrobienie czegoś sensownego wymagałoby bowiem wyłożenia dużych pieniędzy, bo trudno oczekiwać, że lekarz specjalista będzie chętny sporządzać opinie dla sądu, który zapłaci mu 30 zł za godzinę. A pieniędzy w budżecie państwa przecież nie ma, bo budżet ma wiele znacznie pilniejszych wydatków, jak np. dotowanie nierentownych kopalń czy wspieranie opozycji na Ukrainie. No i nie można by wtedy organizować konferencji prasowych na których wystąpi się w charakterze dobrego cara i ogłosi, że zażądało się wyjaśnień, że wyciągnie się konsekwencje, i zrobi wszystko żeby to się nie powtórzyło. A z tego panowie politycy  piastujący urząd ministra sprawiedliwości nie zrezygnują, zwłaszcza że złe działanie sądów nie uderza w nich bezpośrednio a na ogłaszaniu "reform" zawsze mogą zyskać. Zwłaszcza, że konsekwencje nieprzemyślanej reformy też mogą zwalić na leniwych sędziów, po czym ogłosić kolejną reformę, polegającą na poprawieniu błędów w poprzedniej reformie i zapisać na swe konto kolejny sukces w dążeniu, by obywatelom żyło się lepiej.