czwartek, 28 listopada 2013

Minister listy pisze


Pan Minister Sprawiedliwości napisał list do Krajowej Rady Sądownictwa, by ta wyraziła stanowisko „co do zasadności odmowy wykonywania przez niektórych sędziów obowiązków orzeczniczych”. Oczywiście jest to kolejna odsłona sprawy przenoszenia sędziów w ramach „reformy” Gowina, rozpoczętej opublikowaniem w dniu 8 października 2013 r. uzasadnienia do uchwały składu 7 sędziów Sądu Najwyższego z dnia 17 lipca 2013 r. w sprawie III CZP 46/13. Wszystkie decyzje o przeniesieniu sędziów – co ostatecznie przyznało Ministerstwo Sprawiedliwości  - podpisane bowiem zostały nie przez ministra Gowina, lecz przez podsekretarzy stanu, zaś Sąd Najwyższy w owej uchwale stwierdził, że z tego powodu są one wadliwe, zaś sędziowie tak "przeniesieni" nie mają prawa orzekać. 

Wspomniany na wstępie list jest kolejnym w tej samej sprawie, poprzedni napisano bowiem (i także opublikowano) 4 listopada 2013 r.. Krajowa Rada Sądownictwa, obradująca w dniach 5-8 listopada 2013 r. nie zajęła jednak żadnego stanowiska w oczekiwanej przez Pana Ministra kwestii rzeczonych "niektórych sędziów", co nie spotkało się z aprobatą Pana Ministra, który zwrócił uwagę, że nieuzasadniona przerwa w pracy sędziów (hm... gdzie ja to już słyszałem?) ma negatywne skutki społeczne. Milczenie Krajowej Rady Sądownictwa i odmowę zajęcia się owym bardzo palącym problemem może jednakże wytłumaczyć fakt że kwestia statusu sędziów (nie)przeniesionych decyzjami podsekretarzy stanu była już przedmiotem obrad Krajowej Rady Sądownictwa, która w dniu 10 października 2013 r. zajęła w tej sprawie stanowisko  w którym napisano między innymi:
„Krajowa Rada Sądownictwa podziela pogląd prawny wyrażony w sentencji uchwały składu siedmiu sędziów Sądu Najwyższego z dnia 17 lipca 2013 roku (sygn. akt III CZP 46/13) dotyczącej decyzji o przeniesieniu sędziego na inne miejsce służbowe w trybie art. 75 § 3 usp w związku z art. 75 § 2 pkt 1 usp. Sąd Najwyższy w uzasadnieniu uchwały stwierdził, że przewidziane w art. 75 § 3 usp w związku z art. 75 § 2 pkt 1 usp uprawnienie do przeniesienia sędziego na inne miejsce służbowe przysługuje wyłącznie Ministrowi Sprawiedliwości, w związku z czym oczywiście sprzeczne z prawem jest przekazanie tego uprawnienia innej osobie, w tym sekretarzowi lub podsekretarzowi stanu.”
Prawdę mówiąc to zastanawiam się, czego konkretnie Pan Minister oczekuje od Krajowej Rady Sądownictwa. Że zmieni ona swe stanowisko z 10 października 2013 r. i stwierdzi, że poglądu Sądu Najwyższego już nie podziela? A może że swym autorytetem stwierdzi, że nie ma przeszkód, by sędziowie przeniesieni w sposób sprzeczny z prawem dalej orzekali? A może, że wyda wytyczne dla sędziów, żeby orzekali, bo skoro jest rozbieżność w orzeczeniach SN to znaczy że nie ma powodu by powstrzymywać się od orzekania do czasu jej wyjaśnienia? Nawiasem mówiąc takie akurat sugestie mnie najbardziej zastanawiają, bo przedstawienie sprawy do rozstrzygnięcia przez pełny skład Sądu Najwyższego świadczy raczej o tym, że są poważne wątpliwości co do tego, czy przeniesienia są skuteczne, a wyroki ważne. To zaś przemawiałoby raczej za powstrzymaniem się od orzekania do czasu rozstrzygnięcia tego problemu, niż za udawaniem, że problemu nie ma. Zastanawiam się też, czy przypadkiem ten nagły apel, by KRS "przemówił sędziom do rozsądku" nie świadczy przypadkiem o tym, że dotychczas stosowane metody „przekonywania” sędziów, by zignorowali stanowisko Sądu Najwyższego i przyjęli tłumaczenia Ministerstwa nie odnosiła spodziewanych skutków... Oj, coś mi się wydaje, że tak właśnie jest...
Od czasu opublikowania uzasadnienia Ministerstwo Sprawiedliwości zrobiło wiele, by przekonać wszystkich, że nic się nie stało, Sąd Najwyższy się pomylił, a tak w ogóle to wszystko jest w porządku i problemu nie ma. Były pisma i oficjalne stanowiska rozsyłane po wszystkich sądach, "gospodarskie wizyty" w czasie których przekonywano sędziów, że to Ministerstwo ma rację, a nie Sąd Najwyższy. Podobno były nawet rozmowy "wicie rozumicie", my wiemy, że wam zależy na tym przeniesieniu do sądu bliżej domu, więc zastanówcie się dobrze co robicie. No i do tego cała ofensywa medialna, mająca na celu przekonanie wszystkich, że ci źli sędziowie coś sobie ubzdurali, bo nie chce im się pracować. 

Już w dniu 10 października 2013 r. – czyli w tym samym dniu, gdy poparcie dla uchwały Sądu Najwyższego wyraziła Krajowa Rada Sądownictwa, na stronie internetowej Ministerstwa Sprawiedliwości pojawiło się  oświadczenie (przez nikogo nie podpisane)  które stanowi w zasadzie kwintesencję stanowiska Ministerstwa w sprawie, bo zawarte tam stwierdzenia różni jego reprezentanci powtarzają jak katarynki już od prawie dwóch miesięcy. A że nie zawiera ono całej prawdy to nic nie szkodzi, wszak oświadczeń dla prasy nie składa się pod przysięgą. No i można przemilczeć, że Sąd Najwyższy w uzasadnieniu uchwały odniósł się do wszystkich zarzutów, jakie mu teraz są stawiane. Że napisał dlaczego uprawnień z art. 75 § 3 usp nie można powierzyć podsekretarzowi w trybie art 37 Ustawy o Radzie Ministrów. Że wyjaśnił, dlaczego to co napisano w uchwale z 2007 r. nie ma zastosowania w tej sprawie. Że powołał bogate orzecznictwo i poglądy doktryny na poparcie swych twierdzeń. A jak się to wszystko przemilczy to nie trzeba będzie się na przykład odnosić do wskazanej przez Sąd Najwyższy różnicy pomiędzy uprawnieniami władczymi i uprawnieniami administracyjnymi, tudzież zarzutu, że wyjątków od konstytucyjnych gwarancji nieprzenoszalności sędziów nie można interpretować rozszerzająco. Można będzie natomiast lamentować, że przez tych złych sędziów, którym nie chce się pracować sprawy się nie odbywają, a ludzie cierpią z braku sprawiedliwości.
W zasadzie nie rozumiem dlaczego Pan Minister tak broni się przed naprawieniem błędu wytkniętego jego poprzednikowi przez Sąd Najwyższy... Słyszałem wprawdzie gdzieś wypowiedź, że w świetle jakiegoś orzeczenia Trybunału strasburskiego byłoby to niedopuszczalne, ale przecież jeśli przeniesienia są ważne, to ponowne wydanie decyzji tej samej treści nie może naruszać niczyich praw bo nie będzie miało żadnego skutku... Cóż więc szkodzi wydać te „niepotrzebne” decyzje chociażby dla spokoju sumienia sędziów, którzy po zapoznaniu się ze stanowiskiem SN nabrali wątpliwości co do tego, czy mają prawo orzekania. Owszem zmarnowałoby się w ten sposób trochę papieru, ale z pewnością byłoby to mniej, niż już poszło na rozsyłanie po sądach pism zapewniających wszystkich, że nic się nie stało...  

piątek, 22 listopada 2013

Agnieszka już dawno tutaj nie mieszka...



Wyznaczyłem sobie raz ciekawą sesję. Dwadzieścia i ciut spraw co 20 minut jedna. Normalnie byłoby to niemożliwe do ogarnięcia, ale to akurat były różnego rodzaju sprawy przesłane przez Elektryczny Sąd Lubelski po tym, jak tamtejsi referendarze stwierdzili, że oni nakazu nie wydadzą. Wyznaczyłem je więc hurtowo na rozprawę i zasiadłem, by zobaczyć co ja tam w nich będę sądził.

No cóż. Nic nowego pod słońcem. W większości sprawy z powództwa różnych Funduszów Sekukuryku Zamkniętych, dotyczące mocno już starych długów. Jakieś faktury Cyfry+ czy też Cyfrowego Polsatu, jakieś stare rachunki za telefon, jeszcze z Idei, parę pożyczek bankowych banków, które teraz zupełnie inaczej się nazywają, do tego SKOK czy dwa. Dowody też typowe. Fundusze Seppuku nadal nie nauczyły się, że ich wyciąg z ksiąg jest nic nie wart, zaś pełnomocnicy pewnej firmy windykacyjnej ciągle przedstawiają jako jedyny dowód „częściowy wykaz wierzytelności” czyli kartkę, na której napisali, że te pieniądze jak bum cyk cyk im się należą. Ale poprawę widać, bo w większości spraw jednak przedłożono przyzwoite dowody, znaczy się umowy, faktury, a gdzieniegdzie także i kalkulacje zadłużenia, żeby było wiadomo co składa się na „należność główną”. 

Po przejrzeniu akt wyglądało na to, że wyniki normy statystyczne zostaną przeze mnie zdecydowanie przekroczone, bo na jednej sesji wydam kilkanaście wyroków. Będą one wprawdzie zaoczne, ale wyrok jest wyrok. A to dlatego, że rzut oka na dowody doręczenia wezwań pozwolił stwierdzić, że pozwani odebrali zawiadomienie o rozprawie tylko w kilku sprawach - głównie tych, które toczyły się po sprzeciwie od nakazu zapłaty. Zawiadomienia dla reszty wróciły jako awizowane, które można było uznać za doręczone prawidłowo. Zapowiadała się więc przyjemna „chodzona” sesja. Znaczy taka, w czasie której głównie chodzi się z pokoju na salę i z powrotem, bo na rozprawy nikt nie przychodzi i co chwilę są przerwy.

Coś mnie jedna tknęło, bo przypomniałem sobie plotki, że kilka miesięcy temu e-sąd dostał odgórne zalecenie, żeby nie wydawać nakazu, jak adres pozwanego nie zgadza się z bazą PESEL. Postanowiłem więc skorzystać z narzędzia, w które niedawno mnie wyposażono, czyli z bezpośredniego dostępu do bazy PESEL z poziomu mojego własnego biurka. No i tak cała nadzieja na genialną statystykę załatwialności poszła sobie paść owieczki... Dlaczego? Ano popatrzmy...

- w pierwszej sprawie po wpisaniu peselu imienia i nazwiska wyskoczyła informacja, że pozwany w bazie figuruje, ale nie mieszka pod adresem podanym w pozwie, gdyż od trzech lat nie żyje. 

- w drugiej sprawie okazało się że, pozwana nigdy pod podanym w pozwie adresem nie mieszkała, znaczy się nigdy nie była tam zameldowana. Zameldowana jest natomiast pod adresem, który podano w umowie jako adres zamieszkania. Adres podany w pozwie był to zaś adres miejsca prowadzenia działalności gospodarczej, jakiegoś sklepu, czy czegoś takiego.  

- w trzeciej sprawie okazało się, że pozwany pod wskazanym w pozwie adresem kiedyś może i mieszkał, ale został sześć lat temu wymeldowany w trybie administracyjnym. Być może w umowie podał jakiś inny adres, ale niestety ustalić tego nie mogłem, gdyż pełnomocnik powoda postanowił udowodnić zgłoszone roszczenie wyłącznie kopią wezwania do zapłaty.

- w czwartej sprawie ponownie okazało się, że podany w pozwie adres nie jest i nigdy nie był adresem zameldowania pozwanego, który w dalszym ciągu jest zameldowany pod adresem widniejącym w umowie. Skąd więc pełnomocnik powoda wziął adres podany w pozwie? Ano tylko on chyba to wie, bo z żadnego dokumentu złożonego do akt on nie wynika. 

- w piątej sprawie okazało się, że pozwana od urodzenia zamieszkuje pod adresem wskazanym w umowie, natomiast nigdy, nawet czasowo, nie była zameldowana pod adresem wskazanym w pozwie. W dodatku z dokumentów wynika, iż odebrała ona skierowane na adres zameldowania wypowiedzenie umowy. Ponownie zatem pytam – skąd pełnomocnik wziął adres, który podał w pozwie?.

- w szóstej sprawie okazało się, że pozwana pod danym adresem nigdy nie mieszkała, mieszka natomiast nadal pod adresem podanym w umowie, bo ją tam dopiero co zameldowano na stałe. Adres podany w pozwie wzięto zaś wprawdzie z umowy, ale to nie był adres zamieszkania tylko adres miejsca, gdzie umowa miała być wykonana.

- w siódmej sprawie okazało się, pod adresem wskazanym w pozwie pozwany faktycznie zamieszkiwał, ale tylko czasowo i został z niego wymeldowany osiem lat temu. Aktualny jest natomiast chyba adres, pod który wysyłano wezwania do zapłaty, bo pozwany zameldował się pod nim jakieś półtora roku temu. 

- w ósmej sprawie okazało się, że pod podanym w pozwie adresem faktycznie zameldowana była (bo już nie jest) osoba o tym imieniu i nazwisku posiadająca taki to a taki numer PESEL. Tyle tylko, że jest to zupełnie inny numer PESEL niż ten podany w umowie, którą załączono do pozwu. Po wpisaniu do systemu peselu wskazanego w umowie okazało się zaś, iż osoba, do której on należał od kilku lat nie żyje.

- w dziewiątej sprawie okazało się, że osoba o danym numerze PESEL faktycznie nosi imię i nazwisko podane w pozwie, lecz nie zamieszkuje pod numerem 5 m. 3, lecz pod numerem 3 m. 5. 

Dość. Reszty nie będę opisywał, bo poszczególne przypadki się powtarzają. Pozostaje natomiast pytanie ile podobnych spraw prześlizgnęło się przez e-sąd, czy wcześniej przez zwykłe sądy, zanim wyposażono je w możliwość weryfikowania danych pozwanych z zapisami w bazie PESEL. Ile nakazów zapłaty uznano niezasadnie za prawomocne i ile osób spłaca przez to długi, których spłacać nie powino? Jak długo jeszcze państwo polskie będzie tolerowało podawanie wyssanych z palca adresów pozwanych i utrzymywało rozwiązania umożliwiające uzyskanie na ich podstawie orzeczeń sądowych uprawniających do egzekucji? Oczywiście musi istnieć jakiś sposób na pozwanych celowo nie odbierających listów z poczty, ale czy naprawdę tak poważnym problemem jest wprowadzenie chociażby tylko zastrzeżenia, że doręczenie zastępcze przez awizo może nastąpić tylko na adres zameldowania? Dany obywatel miałby wtedy jasność, że jak już zgłosił jakiś adres w urzędzie to pod tym adresem powinien odbierać przesyłki, i jednocześnie miałby pewność, że nie odebranie przesyłki pod jakimkolwiek innym adresem nie będzie miało dla niego żadnych negatywnych konsekwencji. System umożliwiający ewidencję takich adresów jest, procedury są, sądy i urzędy mają dostęp do tego systemu bezpośrednio... w czym więc jest problem?

poniedziałek, 11 listopada 2013

Pożar


Od pewnego czasu trafiają do mnie pytania o co chodzi z tym przenoszeniem sędziów, dlaczego oni nie orzekają, przeciwko czemu protestują itp. W zasadzie to nie dziwne, bo o rzetelne informacje na ten temat w mediach trudno. Słychać głównie chór podsekretarzy stanu z rzeczniczką Ministerstwa Sprawiedliwości jako solistką, śpiewających bez przerwy "nic się nie stało, Polacy nic się nie stało". Napiszmy więc po kolei o co w tym wszystkim chodzi.

Zaczęło się to wszystko w  2007 r. gdy pojawił się pewien dość istotny problem. Oto ktoś poddał w wątpliwość czy sędzia orzekający w sprawie karnej był uprawniony do orzekania w danej sprawie. Sędzia ten orzekał na tzw. delegacji, czyli na podstawie specjalnego upoważnienia ministra sprawiedliwości do orzekania w innym sądzie niż ten, do którego został powołany. Problem wynikł zaś z tego, że dokument delegujący sędziego nie został podpisany osobiście przez ministra sprawiedliwości, lecz przez podsekretarza stanu.

Problem ten był bardzo poważny. Uznanie, że podsekretarz stanu nie ma prawa podpisywania delegacji sędziów oznaczałoby konieczność powtórzenia dziesiątek tysięcy procesów, w tym w poważnych gangsterskich sprawach. Rozstrzygnięcie sprawy przekazano Sadowi Najwyższemu, gdzie zdecydowano, że jest ona na tyle poważna, że wypowiedzieć się muszą wszyscy sędziowie Sądu Najwyższego, czyli orzeczenie musi zapaść w jego pełnym składzie. I zapadło. W dniu 14 listopada 2007 r. Sąd Najwyższy podjął uchwałę [link] w której stwierdził, że tymczasowego delegowania sędziów za ich zgodą może z upoważnienia ministra lub w jego zastępstwie dokonać sekretarz lub podsekretarz stanu, ponieważ nie są to akty władcze tylko czynności techniczne polegające na wystawieniu odpowiednich dokumentów. Uratowano w ten sposób ważność wszystkich procesów, w których orzekali "delegowani", a także zapewne głowy (tudzież inne części ciała) odpowiedzialnych za zamieszanie urzędników Ministerstwa Sprawiedliwości, nie wyłączając samego ministra... i jak się wydaje to był największy błąd...

Następnie przez kilka lat był spokój. Kolejni podsekretarze podpisywali delegacje dla sędziów, a potem także decyzje o przeniesieniu sędziów na stałe do innych sądów na ich wniosek i nikomu to nie przeszkadzało. Nikt też nie zastanowił się jakoś poważniej nad sygnalizowanymi przez Sąd Najwyższy kwestiami ustrojowymi związanymi ze zmianą statusu sędziego. Gdy dzielono na mniejsze sąd w Poznaniu decyzje o przydzieleniu sędziów do nowych sądów także podpisali podsekretarze, bo minister najwidoczniej był zajęty... i to samo było z innymi sądami, które wówczas "reformowano". Aż nadszedł czas tzw. Reformy Gowina, gdy zlikwidowano kilkadziesiąt sądów a sędziów w nich orzekających przeniesiono bez pytania o zdanie (a czasem i wbrew ich woli) do innych sądów. No i się zaczęło.

Pierwszy problem jaki się pojawił w związku z tym dotyczył tego czy decyzje o przeniesieniu sędziów wydano prawidłowo, zgłoszono bowiem pod ich adresem bardzo wiele zarzutów. Najważniejsze z nich przybrały formę pytania prawnego zadanego przez Sąd Rejonowy w Lęborku Sadowi Najwyższemu [pytanie] które w dniu 11 kwietnia 2013 r. weszło na wokandę Sądu Najwyższego. Orzekający w tejże sprawie trzyosobowy skład Sądu Najwyższego, jakkolwiek nie podzielił części zastrzeżeń, stwierdził, że sprawa jest na tyle skomplikowana, że winna ona zostać rozstrzygnięta przez poszerzony, siedmioosobowy skład. W szczególności ponownie zwrócono uwagę na kwestię podpisu pod decyzję o przeniesieniu, który oczywiście złożył podsekretarz stanu [orzeczenie], wskazując na zasadniczą różnicę ustrojową pomiędzy przeniesieniem sędziego na jego wniosek a przeniesieniem sędziego wbrew jego woli.

Sprawa trafiła na wokandę poszerzonego składu Sądu Najwyższego w dniu 17 lipca 2013 r. jako sprawa III CZP 46/13. Wydane w niej rozstrzygniecie brzmiało:

Decyzja Ministra Sprawiedliwości o przeniesieniu sędziego na inne miejsce służbowe wydana na podstawie art. 75 § 3 w zw. z art. 75 § 2 pkt 1 ustawy z dnia 27 lipca 2001 r. - Prawo o ustroju sądów powszechnych (jednolity tekst: Dz.U. z 2013 r., poz. 427) - jeżeli jest zgodna z prawem - wywołuje skutek od chwili doręczenia jej sędziemu.
 
Tak sformułowana teza wydawała się potwierdzać stanowisko Ministerstwa, iż wszystko zrobiono dobrze, a ci sędziowie, którzy buntują się przeciwko decyzjom Ministerstwa to lenie i warchoły, które nie mają racji. Tyle tylko, że w całej tej euforii apologeci ministerstwa pominęli jeden zawarty w nim drobiazg... wtrącone mimochodem zastrzeżenie "jeżeli jest zgodna z prawem.", które tutaj okazało się być jak ta strzelba wisząca na ścianie w pierwszym akcie, która w trzecim musi wystrzelić... i wystrzeliła.
8 października 2013 r. opublikowano uzasadnienie do uchwały z dnia 17 lipca 2013 r. [tekst], a w nim kilka bardzo niemiłych ministerialnemu uchu stwierdzeń, które spowodowały w sądownictwie trzęsienie ziemi. Sąd Najwyższy napisał bowiem, że:

Decyzja o przeniesieniu na inne miejsce służbowe podjęta przez inną osobę, także „z upoważnienia” Ministra Sprawiedliwości, jest wadliwa (bezprawna), a sędzia, którego ona dotyczy, nie może wykonywać władzy jurysdykcyjnej w sądzie (na obszarze jurysdykcyjnym), do którego został „przeniesiony”. Skład orzekający z jego udziałem jest zatem sprzeczny z przepisami prawa w rozumieniu art. 379 pkt 4 k.p.c. 

To stanowisko Sądu Najwyższego oznaczało, że wszystkie decyzje o przeniesieniu sędziów podjęte przez podsekretarzy stanu, zarówno te związane z reformą Gowina jak i wcześniejsze mogą zostać podważone jako wydane z naruszeniem prawa, wadliwe, i wręcz bezprawne, co automatycznie oznacza, że orzeczenia wydane przez tak (nie)przeniesionych sędziów także mogą zostać wzruszone jako wydane przez niewłaściwie obsadzony sąd. Oznacza to także, że ci sędziowie nie są uprawnieni do orzekania ani w sądzie do którego ich wadliwie przeniesiono, ani w poprzednim sądzie, który został zlikwidowany (bo go nie ma). Jest to poważny kryzys wymiaru sprawiedliwości, który wymaga podjęcia niezwłocznych działań, by go rozwiązać.

Cóż należało zrobić? Ano odpowiedź jest prosta. Minister Sprawiedliwości powinien przysiąść fałdów i za jednym posiedzeniem podpisać własnoręcznie chociażby tylko tych 500 decyzji o przeniesieniu sędziów z sądów zlikwidowanych reformą Gowina. W ten sposób naprawiony zostałby błąd wskazany przez Sąd Najwyższy, i sędziowie ci mogliby dalej orzekać, nie narażając siebie na odpowiedzialność za przekroczenie uprawnień (bo czym innym jest wydawanie wyroków wiedząc, że nie ma się do tego prawa?), a obywateli na to, że wyroki wydane w ich sprawach okażą się nieważne. Zapobiegłoby to także paraliżowi sądów, w których sędziowie wstrzymali się od orzekania, bo Sąd Najwyższy uznał decyzje  ich przeniesieniu za nieważne. Pożar zostałby w ten sposób ugaszony, a gdyby potem okazało się, że całe to podpisywanie było niepotrzebne, bo pełny skład Sądu Najwyższego uznał decyzje podpisane przez podsekretarzy za ważne (tak jak to się stało w 2007 r. z decyzjami o delegowaniu) to oznaczałoby to tylko tyle, że minister stracił trochę czasu i papieru na ponowne wydanie decyzji, które były już wydane.

Niestety pan Minister i jego podwładni zamiast gasić pożar zaczęli głośno i publiczne zaprzeczać temu, że w ogóle jest jakiś problem. Dowiedzieliśmy się, że ta uchwała Sądu Najwyższego to nic nie znaczy, bo ona dotyczy tylko jednostkowej sprawy - co jest prawdą, tyle że wyrażona w nim opinia co do stanu prawnego ma zastosowanie do wszystkich podobnych stanów faktycznych. Potem dowiedzieliśmy się, że Sąd Najwyższy wydał niezrozumiały wyrok, bo przecież w 2007 r. orzekł, że podsekretarz może przenosić sędziów - chociaż w uzasadnieniu Sąd Najwyższy wyraźnie napisał dlaczego tamta uchwała nie ma tu zastosowania. Potem dowiedzieliśmy się, że Sąd Najwyższy złamał prawo bo nie uwzględnił ustawy o Radzie Ministrów - chociaż w uzasadnieniu orzeczenia wskazano wyraźnie, że ma ona zastosowanie, tylko w innym zakresie niż chce Pan Minister (a w zasadzie pan podsekretarz). Następnie ogłoszono wszem i wobec, że uchwała już jest nieważna, bo Sąd Najwyższy zmienił pogląd... pomijając fakt, że ów "nowy" wyrok zapadł w składzie trzyosobowym, a w uzasadnieniu napisano tylko tyle, że ów skład "nie podziela poglądu zawartego w uchwale" bez żadnego uzasadnienia przeciwnego stanowiska. A na koniec dowiedzieliśmy się, że ci sędziowie, którzy powstrzymują się od orzekania do czasu, gdy otrzymają ważne decyzje o ich przeniesieniu "dezinformują społeczeństwo", a ich działania narażają obywateli na niepowetowane szkody...

Faktycznie. Koszty społeczne (i finansowe) całego zamieszania są duże. Wiele sądów nie orzeka w ogóle, bo nie ma tam sędziów, którzy byliby prawidłowo umocowani do orzekania. Ludzie, których sprawy winny być przez ten sąd rozpoznane czekają, a ich sprawy leżą. Wielu innych dowiaduje się, że wyrok, który udało im się wywalczyć zostaje uchylony, ponieważ panu ministrowi nie chciało się podpisać osobiście decyzji o przeniesieniu sędziego, który w tej sprawie orzekał. w mnóstwie spraw odraczane jest wydawanie wyroków, by nie narazić się na zarzut, że postępowanie jest nieważne z powodu braku umocowania. Wiele spraw się toczy, bo sędziowie wolą ryzykować nieważnością postępowań i odpowiedzialnością za przekroczenie uprawnień żeby tylko nie pozbawiać obywateli prawa do sądu...

A wystarczyło, żeby minister podpisał ponownie decyzje o przeniesieniu... Tylko tyle. Większości sędziów chodzi tylko o to, by mogli spokojnie orzekać. Nie oczekują odpowiedzialności politycznej, ani tego że potoczą się głowy winnych tego zamieszania podsekretarzy, nie żądają dymisji ministra ani kogokolwiek innego. Chcą rozwiązania problemu, który nie oni stworzyli i za który nie oni są odpowiedzialni. Niestety zamiast tego otrzymują tylko naciski, by orzekali i nie robili problemów, bo ministerstwo do żadnej winy się nie poczuwa i nic w związku z tym robić nie musi... 

A dom płonie....