poniedziałek, 28 października 2013

Róbcie tak dalej


Przy okazji zmiany Kodeksu postępowania karnego dokonanej ustawą z dnia 27 września 2013 r. dokonano także zmian w kilku innych ustawach, które zdaniem racjonalnego ustawodawcy były na tyle drobne, że nie było potrzeby umieszczenia ich w osobnej ustawie. Cóż takiego zmieniono? Ano niewiele. Uchylono tylko art. 178a §2 Kodeksu Karnego, dekryminalizując w ten sposób jazdę rowerem po pijanemu, która ponownie stała się tylko wykroczeniem. Zaiste, niewielka zmiana. W zasadzie nieistotna, podobnie jak wprowadzona przy tej samej okazji zmiana Kodeksu Wykroczeń, która sprawiła że odtąd kradzież, paserstwo i zniszczenie mienia będą traktowane jak przestępstwa dopiero wtedy, gdy wysokość szkody przekroczy 400 zł, (a dokładnie 1/4 minimalnego wynagrodzenia) a nie, jak dotąd, 250 zł. Drobiazg. Zresztą to nie pierwszy raz, gdy zmieniając jakąś ustawę "przy okazji" zmieniono jakąś inną bez większego logicznego związku. Zostawmy więc kwestię techniki legislacyjnej i popatrzmy co z tej małej zmiany wynika...

Pozornie niewiele się zmienia. Nowelizacja Kodeksu Karnego i Kodeksu Wykroczeń nie depenalizuje żadnego z czynów, to znaczy nie powoduje, że przestaje on być zabroniony pod groźbą kary. Jedyna zmiana dotyczy tego, że pewne czyny, które dotychczas były przestępstwami teraz będą wykroczeniami, a grupa szczęściarzy których już złapano, ale jeszcze nie skazano skończy z wyrokami za wykroczenie zamiast za przestępstwo... To znaczy tak by było, gdyby ustawodawca nie miał innego pomysłu i nie postanowił ogłosić cichaczem amnestii dla pijanych kolarzy, drobnych złodziejaszków i pomniejszych wandali. W artykule 50 ustawy nowelizującej zapisano bowiem, że:

1. Jeżeli według niniejszej ustawy czyn objęty prawomocnym wyrokiem skazującym za przestępstwo na karę pozbawienia wolności stanowi wykroczenie, orzeczona kara podlegająca wykonaniu ulega zamianie na karę aresztu w wysokości równej górnej granicy ustawowego zagrożenia za taki czyn, a jeżeli ustawa nie przewiduje za ten czyn kary aresztu, na karę ograniczenia wolności lub grzywny, przyjmując jeden dzień pozbawienia wolności za równoważny grzywnie w kwocie od 10 do 250 zł i nie przekraczając górnej granicy tego rodzaju kary przewidzianej za ten czyn.

2. Jeżeli według niniejszej ustawy czyn objęty prawomocnym wyrokiem skazującym za przestępstwo na grzywnę lub karę ograniczenia wolności stanowi wykroczenie, orzeczone kary ulegają zamianie tylko wówczas, gdy kara grzywny lub ograniczenia wolności podlegająca wykonaniu przekroczyłaby górną granicę ustawowego zagrożenia przewidzianą za ten czyn. Wówczas orzeczoną karę grzywny lub ograniczenia wolności zamienia się na karę w wysokości górnej granicy ustawowego zagrożenia przewidzianej za dany czyn.

Cóż to oznacza? Ano tyle, że wszystkie orzeczone, a dotychczas jeszcze nie wykonane w całości wyroki skazujące za przestępstwa, które w skutek nowelizacji stają się wykroczeniami będą musiały zostać przejrzane, i w razie potrzeby zmienione zgodnie z zasadami amnestii. Wszystkie orzeczone kary więzienia muszą być zmniejszone do 30 dni gdyż tyle wynosi maksymalny wymiar kary aresztu za wykroczenie. To zaś oznacza, że ci wszyscy "kolarze" którzy odsiedzieli już 30 dni będą musieli zostać natychmiast zwolnieni z zakładów karnych. To samo dotyczy także skazanych na grzywny, albo tych, którym nie zapłacona grzywnę zamieniono na pozbawienie wolności. Jeżeli grzywna przekracza 5.000 zł (taka jest maksymalna grzywna za wykroczenie) albo zastępcza kara pozbawienia wolności przekracza 30 dni będą one musiały zostać odpowiednio zmniejszone. Nie bardzo w zasadzie wiadomo, co zrobić ze skazanymi za pijane rowerowanie na karę ograniczenia wolności (czyli prace społeczne), bo po zamianie na wykroczenie przepis nie przewiduje w ogóle takiej kary, a ustawodawca nie uznał za stosowne zająć w tej kwestii stanowiska. Pewnie trzeba będzie odwołać wszystkich skazanych odbywających karę i wypuścić tych, którym odbywać kary się nie chciało, więc im ją zamieniono na więzienie. Trzeba będzie też na nowo przeliczyć kary łączne wymierzone za kilka przestępstw, jeżeli któreś z nich podpada pod amnestię i wydać nowe wyroki łączne, uwzględniające nowe przepisy. Całkiem sporo roboty, jak na mało istotną zmianę wprowadzoną mimochodem przy okazji zmiany procedury karnej.

Z praktycznego punktu widzenia wygląda to jeszcze gorzej. Zanim będzie można zrobić cokolwiek z powyższej listy trzeba ustalić w których sprawach zapadły wyroki wymagające zmiany. W wypadku skazanych za alkoholowe kolarstwo sprawa jest prosta, wystarczy sprawdzić rejestry i wyłowić wszystkich skazanych z art. 178a §2 kk. Ale jak ustalić który ze skazanych za kradzież, paserstwo czy zniszczenie mienia wyrządził szkodę mniejszą niż 1/4 minimalnego wynagrodzenia? Chyba tylko przez przejrzenie wszystkich akt postępowań, w których skazano za te czyny i wybranie tych, które podpadają pod amnestię. W każdym sądzie są to tysiące akt, które trzeba fizycznie wyciągnąć z archiwów i przejrzeć. I to najlepiej przez dwie osoby, bo przy takiej ilości łatwo się pomylić i przeoczyć sprawę kogoś, kto siedzi, a powinien być wypuszczony. W wypadku siedzących w więzieniach pomóc mogą ewidencje zakładów karnych, które powinny dobrze wiedzieć kogo u siebie trzymają i za co, a w wypadku skazanych na ograniczenie wolności nadzorujący ich kuratorzy, ale akta i tak trzeba będzie odnaleźć, żeby wydać konieczne decyzje. Jeszcze ciekawiej będzie ze sprawami, w których wydano wyroki łączne, bo akta spraw, w których zapadły połączone wyroki mogą być w archiwach różnych sądów w różnych częściach kraju i znalezienie ich może być utrudnione. Ale trudno. Robota sama się nie zrobi.

Jak już znajdziemy wszystkich szczęśliwców trzeba będzie wydać postanowienie o zmianie kary w sposób przewidziany w art. 50 ustawy nowelizującej i doręczyć komu trzeba. Jeżeli ktoś siedzi w więzieniu trzeba będzie wystawić odpowiednie dokumenty nakazujące jego zwolnienie i dostarczyć je do więzienia. W oryginale, bo na podstawie faksu nikt nie zwolni skazanego, więc trzeba będzie je tam albo zawieźć umyślnym posłańcem albo wysłać pocztą. Wykonujących prace społeczne w ramach kary ograniczenia wolności trzeba będzie zawiadomić, że nie muszą już pracować, a ich pracodawców, żeby nie dopuszczali ich do pracy. Trzeba będzie odwołać egzekucje grzywien a już zapłacone oddać.  Ale trudno. Wszystkich amnestionowanych skazanych trzeba znaleźć, bo przecież jeżeli odbyli już przewidzianą nową ustawą karę to nie ma powodu by dalej czegoś od nich żądać. A w żadnym wypadku nie możemy trzymać w więzieniach ludzi którzy na podstawie amnestii powinni być zwolnieni. W końcu to byłoby bezprawne pozbawienie wolności, a za to należało by się im odszkodowanie.

Dużo roboty? Owszem. Znalezienie akt, przejrzenie ich, wydanie postanowień, doręczenie do więzień dokumentów nakazujących zwolnienie, zweryfikowanie kar ograniczenia wolności i grzywien, a to wszystko obok normalnie wykonywanej pracy. Ile czasu na to potrzeba? Wydawałoby się, że parę miesięcy, ale zdaniem racjonalnego ustawodawcy wystarczy 14 dni. Takie bowiem vacatio legis przewidziano w ustawie nowelizującej. Ciekawe? Owszem, ale to jeszcze nie koniec. Wszystkie postanowienia zmieniające karę, wydawane na podstawie art. 50 Ustawy będzie można wydać najwcześniej w dniu wejścia w życie ustawy, bo dopiero wtedy będzie ku temu podstawa prawna. W tymże dniu należy też wystawić i doręczyć do więzień postanowienia nakazujące zwolnienie tych, którzy odsiedzieli już co najmniej 30 dni z orzeczonych kar, zawiadomić pracodawców o konieczności wstrzymania zatrudnienia skazanych objętych amnestią i komorników o konieczności wstrzymania egzekucji grzywien...

... a to wszystko w sobotę, 9 listopada 2013 r., bo wtedy właśnie ogłoszona 25 października 2013 r. ustawa wchodzi w życie. 

Róbcie tak dalej panowie ustawodawcy. Róbcie tak dalej...

sobota, 12 października 2013

Tonący brzydko się chwyta


8 października 2013 r. opublikowane zostało uzasadnienie do orzeczenia Sądu Najwyższego z dnia 17 lipca 2013 r. (sygn. akt III CZP 46/13). Efekt przypominał wybuch bomby atomowej, bo okazało się, że Sąd Najwyższy zakwestionował skuteczność wszystkich decyzji o przeniesieniu sędziów z sądów ze zlikwidowanych w trakcie ostatniej "reformy" do sądów, które je przejęły. Orzekł bowiem, że takie decyzje muszą być podpisane osobiście przez Ministra Sprawiedliwości, podczas gdy wszystkie zostały podpisane w jego zastępstwie przez podsekretarzy stanu. A to oznacza, że wszystkie wyroki wydane od początku roku przez sędziów orzekających w wydziałach zamiejscowych utworzonych w miejsce zlikwidowanych sądów mogą zostać uznane za nieważne, a procesy, które się w nich toczyły mogą wymagać powtórzenia. Pięciuset sędziów, dziesiątki, albo i setki tysięcy spraw i tyle samo zainteresowanych obywateli, którzy nie mogą być pewni, czy wyroki i postanowienia jakie wydano w ich sprawach są w ogóle ważne. A to wszystko dlatego, że minister zamiast osobiście podpisać decyzje kazał to zrobić swoim podwładnym.
 
Gdy wydało się, że zaniedbania urzędników Ministerstwa Sprawiedliwości doprowadziły do potencjalnej zapaści sądownictwa przystąpiono do działań mających na celu ochronę tylnych części ciała osób najbardziej winnych całego zamieszania. Zaczęto od ogłoszenia, że to jest tylko uchwała w konkretnej, jednostkowej sprawie, i ona nie wiąże innych sądów. Prawda. Nie wiąże. Sędziowie mają prawo orzekać inaczej niż orzekł Sąd Najwyższy, bo to jest element niezawisłości przy orzekaniu. Czasy wydawanych przez Sąd Najwyższy wiążących wytycznych dla wymiaru sprawiedliwości i praktyki sądowej  zaliczane są do czasów słusznie minionych. Jednakże bagatelizowanie z tego powodu uchwały składu 7 sędziów Sądu Najwyższego jest po prostu nieprzyzwoite, bo zakłada, że sądy orzekające w podobnych sprawach (a "podobne" są tu wszystkie sprawy wszystkich sędziów ze zlikwidowanych sądów, w których orzekali oni od początku 2013 r.) gremialnie zignorują stanowisko Sądu Najwyższego i argumenty zawarte w jego uzasadnieniu i uznają, że przeniesienie podpisane przez podsekretarza jest ważne. Choć można zrozumieć skąd wzięło się to przekonanie...zgodnie z medialnymi zapowiedziami do sądów poszły z Ministerstwa faksy zawierające podobno stwierdzenie, iż zdaniem Ministerstwa nic się nie stało i żądające udzielenia informacji, czy sędziowie przeniesieni przez podsekretarzy wstrzymują się od orzekania. I oczywiście nie stanowi to próby nacisku, w żadnym wypadku, chodzi tu tylko o uzyskanie obiektywnych informacji.

Oprócz bagatelizowania orzeczenia (połączonego z sugestiami, że sędziowie także powinni je zbagatelizować) przystąpiono także do ataku na Sąd Najwyższy. W anonimowym oświadczeniu na stronie internetowej Ministerstwa napisano, że Minister powierzając podpisanie dokumentów pomniejszym urzędnikom działał zgodnie z wcześniejszym orzeczeniem Sądu Najwyższego, w którym uznano to za dopuszczalne, więc Sąd Najwyższy teraz zaprzecza samemu sobie. To samo stwierdzenie zresztą pojawiło się też w oficjalnych wypowiedziach najbardziej zainteresowanych udowodnieniem, że nic się nie stało. Tyle tylko, że twierdzenie, że Sąd Najwyższy mówił wcześniej coś innego odrobinę mija się z rzeczywistością, bo Sąd Najwyższy nigdy wcześniej nie wypowiadał się co do tego, czy decyzję o przeniesieniu sędziego po likwidacji sądu może wydać podsekretarz stanu. Orzeczenie z 2007 r. na które  Ministerstwo się powołuje dotyczyło zupełnie innej kwestii - delegowania sędziego, za jego zgodą, do orzekania tymczasowo w innym sądzie.

Pozornie chodzi o to samo, i takie wrażenie chcą usilnie zbudować ministerialni propagandziści. Wystarczy jednakże przeczytać uzasadnienie tego orzeczenia, by zobaczyć, że jest inaczej. Sąd Najwyższy orzekał wtedy w sprawie innej wpadki Ministerstwa, która polegała na tym, iż decyzje o tymczasowym delegowaniu sędziów do orzekania w innym sądzie podpisywał nie minister, tylko podsekretarz stanu. Sprawa była gardłowa, bo uznanie, że nie miał on prawa tego robić oznaczałoby konieczność powtórzenia tysięcy procesów. Sąd Najwyższy zebrał się wtedy w pełnym składzie, by poszukać rozwiązania, które pozwoli uniknąć katastrofy. I znalazł je, stwierdzając, że skoro delegowanie następuje zgodnie z wolą samego sędziego, to minister w tym przypadku nie wykonuje nad sędzią żadnej władzy i nawet nie wydaje żadnej decyzji. Jego czynności mają charakter techniczny - sporządzenie dokumentów potwierdzających, że sędzia ma chęć orzekać gdzie indziej, a takie papiery może podpisać także pomniejszy urzędnik w ministerstwie. Naciągane? Oczywiście. I tak samo uważało ponad dwudziestu sędziów Sądu Najwyższego, którzy od tego orzeczenia złożyli zdania odrębne, stwierdzając, iż decyzje dotyczące statusu sędziego może podejmować tylko osobiście minister, a nie podlegli mu urzędnicy. Większość jednakże stanęła na stanowisku, że ważniejsze jest zachowanie stabilności systemu, niż rygorystyczne przestrzeganie ustrojowych praw sędziów. I najwidoczniej to był poważny błąd, bo władza polityczna potraktowała to jako przyzwolenie na swe działania.

Wracając do "argumentów" podnoszonych przez Ministerstwo wyraźnie widać, że jeśli weźmiemy pod uwagę to, co naprawdę orzekł Sąd Najwyższy w 2007 r. to jasnym się staje, że ostatnie orzeczenie Sądu Najwyższego nie tylko nie idzie pod prąd stanowisku zawartemu w orzeczeniu a 2007 r. ale wręcz wprost je potwierdza. Wtedy Sąd Najwyższy orzekł, że pismo delegujące sędziego może być podpisane przez podsekretarza, bo nie wiąże się to z wykonywaniem władzy nad sędzią. Decyzję o zmianie miejsca orzekania podejmuje bowiem sam sędzia, a ministerstwo wykonuje tylko techniczną czynność potwierdzenia tego faktu. Teraz orzekł, że decyzję o przeniesieniu sędziego bez jego zgody do innego sądu musi podpisać osobiście minister, bo to jest decyzja władcza podejmowana bez zgody, a nawet wbrew woli sędziego. Gdzie tu obrońcy działań Ministerstwa dostrzegają rozbieżności, czy zmianę stanowiska Sądu Najwyższego... to chyba tylko oni sami wiedzą. Zwłaszcza, że Sąd Najwyższy w uzasadnieniu do lipcowego  orzeczenia wyraźnie odnosi się do tego z 2007 r. wyjaśniając dlaczego zawartych tam rozważań nie można odnosić do decyzji o przeniesieniu sędziego. Oczywiście w stanowiskach obrońców koncepcji Ministerstwa brak jest jakiegokolwiek odniesienia do argumentacji przestawionej przez SN...

Orzeczenie z 2007 r. i jego uzasadnienie było ostrzeżeniem dla Ministerstwa - tym razem stanęliśmy na rzęsach, żeby nie dopuścić do katastrofy, ale na przyszłość pamiętajcie, że sędziowie to nie podwładni ministra, a sądy nie są komórkami organizacyjnymi resortu. Jakiekolwiek decyzje dotyczące statusu sędziów, które wiążą się z korzystaniem przez ministra z uprawnień władczych wobec sędziów muszą być podejmowane osobiście przez niego, i nie może on powierzać ich podwładnym. Niestety ostrzeżenie wyraźnie nie dotarło do adresata i teraz mamy tego konsekwencje. To, co bardzo niepokoi, to to, że problem najwyraźniej dostrzegają tylko sędziowie. Powstałe po reformie Gowina wydziały zamiejscowe już przerwały pracę, bo nie ma w nich nikogo, kto byłby uprawniony do orzekania w nich, ale Ministerstwo udaje, że nic się nie stało, ewentualnie, że nie rozumie o co chodzi. Milczą też media, nikt nie podchwycił tematu, a jeśli już to niewiele z tego zrozumiał. Bezkrytycznie powtarzane są ministerialne bajki o rozbieżności w orzecznictwie Sądu Najwyższego, nikt też nie zapytał w jakim trybie Trybunał Konstytucyjny na wniosek Ministerstwa miałby orzec o niekonstytucyjności wykładni prawa przedstawionej przez Sąd Najwyższy. Jakoś bez echa przeszedł dowcip pana ministra, że zwróci się do Sądu Najwyższego o wykładnię orzeczenia wobec "rozbieżności" z poprzednim orzeczeniem. Nikt nie wyraża oburzenia w związku z naciskami ze strony ministerstwa, żeby sędziowie nie stosowali się do stanowiska Sądu Najwyższego i orzekali chociaż wiedzą, że nie mają prawa. Cisza. Nie ma sprawy. Niedługo pewnie usłyszymy, że ci sędziowie, co nie chcą orzekać to lenie, a ci, którzy uchylają orzeczenia wydane przez niewłaściwie przeniesionych sędziów działają niezgodnie z prawem i w ogóle działają na szkodę obywateli, bo to w końcu żadna różnica, czy kwity podpisał minister czy podsekretarz. Racja. Przecież nie ma też różnicy, czy ustawę podpisał prezydent czy podsekretarz stanu w kancelarii prezydenta...

poniedziałek, 7 października 2013

Poganiacze


Na moim biurku znalazłem dzisiaj pisemko, które dotarło do mnie w niewiadomy sposób, z przypiętą do niego karteczką z pytaniem, co ja o tym myślę. Rzeczone pismo powstało, jeśli wierzyć nagłówkowi, w Ministerstwie Sprawiedliwości, Departamencie Sądów, Organizacji i Analiz Wymiaru Sprawiedliwości i kierowane jest do Prezesa Sądu Apelacyjnego. A brzmi ono tak:

Uprzejmie informuję, że w Ministerstwie Sprawiedliwości dokonano szczegółowej analizy danych statystycznych dotyczących ogólnych wyników pracy sądów powszechnych za I półrocze 2013 r. która wykazała, że w stosunku do I półrocza 2012 r. nastąpił znaczny wzrost wpływu spraw, przy jednoczesnym wzroście załatwień.

Pomimo wzrostu ilości spraw załatwionych należy wskazać, że wyniki sądów w zakresie poziomu wskaźnika opanowania wpływu spraw ogółem, wskaźnika opanowania wpływu w głównych kategoriach spraw rozpoznawanych przez sądy I instancji, odsetka spraw rozpatrywanych przez sądy I instancji, w których czas trwania postępowania przekracza 12 miesięcy oraz odsetka średniego czasu trwania postępowania w sprawach cywilnych, pracy, ubezpieczeń społecznych, karnych i gospodarczych uplasowały się na niższym poziomie niż miało to miejsce w roku ubiegłym

W związku z powyższym na podstawie art 37g 1 pkt 3 Ustawy z dnia 27 lipca 2001 r. prawo o ustroju sądów powszechnych  uprzejmie proszę o przedstawienie w terminie 14 dni informacji o planowanych bądź wdrożonych już działaniach organizacyjnych i nadzorczych w sądach apelacji zmierzających do poprawy tych wyników na koniec 2013 r.

Dyrektor Departamentu 
Sądów, Organizacji i Analiz Wymiaru Sprawiedliwości.

Spróbujmy przetłumaczyć powyższe z nadzorczego na ogólnoludzki. Otóż pan dyrektor pisze, że w świetle danych statystycznych do sądów w tym roku wpłynęło więcej spraw niż w zeszłym roku, sądy więcej spraw też załatwiły. Pomimo tego wzrosła jednakże zaległość, to znaczy różnica pomiędzy ilością spraw, która wpłynęła, a ilością spraw załatwionych, a postępowania trwają dłużej niż w zeszłym roku. To zaś oznacza, że wzrost wydajności pracy sędziów nie nadążył za wzrostem wpływu, w związku z czym należy podjąć odpowiednie "działania organizacyjne i nadzorcze" żeby tę sytuację poprawić.

Na początku padło pytanie co ja o tym myślę... Ano dla mnie wygląda ono jak stwierdzenie, że po dołożeniu ciężarów na wóz koń wprawdzie pracuje ciężej, ale mimo tego prędkość wozu spadła, w związku z czym uprasza się o udzielenie informacji co zmieniono w sposobie używania bata by temu zaradzić. Bo  założenie, iż wydajność pracy sędziego zależna jest od tego jak mocno jest nadzorowany jest tak samo sensowne jak założenie, że ciężar wozu, który jest w stanie uciągnąć koń zależny jest od tego jak mocno tłucze się go batem. Do pewnego momentu jest to prawda, ale pewnej granicy się nie przeskoczy, i po jej osiągnięciu nawet najściślejszy nadzór/najmocniejsze tłuczenie batem nie sprawi, że sędzia załatwi/koń uciągnie więcej.

Nie wiem jak bardzo musiałby wzrosnąć wpływ spraw do sądów (w tym roku ma być podobno już 16 milionów) żeby tam na górze zrozumieli, że systematyczny wzrost zaległości i wydłużanie postępowań to nie jest wynik tego, że sędziowie za mało pracują. Że istnieje pewna granica, do której można zwiększać "załatwialność", i to nawet wtedy gdy robi się to kosztem jakości i rzetelności rozpoznawania spraw. Mój referat, czyli ilość spraw, którymi mam jednocześnie się zajmować wzrósł od początku roku o 100 spraw, i to pomimo tego, że w tym roku załatwiłem jak dotąd więcej spraw niż w całym roku ubiegłym. Liczba spraw mi przydzielonych już dawno temu przekroczyła ilość, przy której można było rzetelnie się nimi zająć i każdej poświęcić niezbędną ilość czasu żeby wydać najlepsze możliwe rozstrzygnięcie. Dawno też przekroczyła ilość, przy której byłem w stanie na bieżąco kontrolować, co się w każdej z nich dzieje  W zasadzie niewiele już brakuje do momentu, w którym spraw będzie zbyt dużo, by móc w ogóle sprawować nad nimi jakąkolwiek kontrolę. Już dzisiaj łapię się na tym, że wielu spraw, które trafiają na moją półkę w ogóle nie pamiętam, i nie kojarzę ani co w nich zostało zrobione, ani co zrobić należy. Jeszcze trochę, i już nie będzie miało znaczenia ile będę miał spraw, bo i tak nie będę w stanie zrobić wszystkich. I nie zmieni tego ani nakazanie mi nadzorczo wyznaczania większej ilości rozpraw, ani też nakazanie mi, bym na te rozprawy wyznaczał więcej spraw. Załatwienie każdej sprawy wymaga określonej ilości czasu, a doba ma tylko 24 godziny i nie zmieni tego żadne zarządzenie nadzorcze.