niedziela, 28 kwietnia 2013

Wnioski


Nadchodzi długi weekend, czas odpoczynku i relaksu. A także czas na nadrobienie zaległości w pisaniu uzasadnień od wydanych wyroków. Dużo mam do napisania, oj dużo, jak nigdy. W sumie szesnaście. Gdyby nie to, że mamy długi weekend nie dałbym rady. Ale cóż, sam sobie jestem winien. Jakbym w paru sprawach przymknął oko na spóźnienie w złożeniu wniosków dowodowych i je dopuścił zamiast oddalić, albo przychylnie spojrzał na trzeci z rzędu wniosek o odroczenie rozprawy to bym nie musiał wydawać wyroku, i nie miałbym teraz do napisania uzasadnienia. No cóż. Zachciało mi się strzeżenia sprawności postępowania to teraz mam. 

Tak, wiem, słyszałem opinie, że duża ilość uzasadnień świadczy o tym, że sędzia nie potrafi przekonać stron, że postępowanie prowadził rzetelnie i wydał słuszny wyrok. Z całym jednak szacunkiem dla panów profesorów wypowiadających takie opinie, w realnym świecie to nie do końca tak działa. Za przykład niech służą zaś cytaty z paru wniosków sporządzenie uzasadnienia:  
 
„Wnoszę o doręczenie odpisu protokołu rozprawy. Jeżeli w sprawie zapadło orzeczenie kończące postępowanie wnoszę także o sporządzenie i doręczenie jego odpisu wraz z uzasadnieniem.”
 
„z uwagi na to, że pełnomocnik powoda nie był obecny na rozprawie, wnoszę o sporządzenie i doręczenie uzasadnienia orzeczenia wydanego w niniejszej sprawie, jeżeli takowe zostało wydane. Ewentualnie wnoszę o udzielenie informacji o terminie kolejnej rozprawy.” 
 
„Wnoszę o sporządzenie i doręczenie uzasadnienia odpisu wyroku z uzasadnieniem, o ile został wydany.” 
 
„Powód wnosi o sporządzenie i doręczenie uzasadnienia orzeczenia w wypadku oddalenia powództwa w jakimkolwiek zakresie. W wypadku wyroku zasądzającego w całości powód cofa wniosek o sporządzenie uzasadnienia”

Żeby było zabawnej, ten ostatni wniosek został złożony przez pełnomocnika pewnego „seryjnego” powoda, który w tym akurat przypadku występował wyjątkowo w roli pozwanego. Tak więc wniósł on o uzasadnienie wyroku korzystnego dla swego klienta, rezygnując jednocześnie z otrzymania uzasadnienia wyroku dla niego niekorzystnego. No ale mógł się przecież pomylić, w końcu skąd miał wiedzieć o co jest sprawa, przecież na rozprawie ani razu go nie było. To jak to było, panowie profesorowie, z tym przekonywaniem do swoich racji?

Tak, słyszałem też, że to wszystko przez to, że trudno jest uzyskać informację o treści wyroku, że jakby udzielano informacji przez telefon albo internet to tego by nie było itp. Ale po pierwsze gdyby panowie mecenasi raczyli przychodzić na rozprawy (bo w końcu chyba za to klienci im płacą) to nie musieliby się potem dowiadywać jaki jest wyrok, a po drugie z mojego doświadczenia wnoszę, że to, czy szanowny pan (albo pani) mecenas wysłuchali wyroku nie ma żadnego wpływu na to, czy złożą wniosek o uzasadnienie czy nie. Dobrze wiem natomiast, że jeżeli w sprawie jest stroną jeden czy drugi podmiot, albo reprezentuje go taka albo inna kancelaria to na 100% będę musiał napisać uzasadnienie. Bo oni składają wnioski zawsze, niezależnie od tego, jaki wyrok zapadł. A robią to, ponieważ takie mają „wytyczne klienta”, bo tak zarządził dyrektor departamentu postępowań sądowych, albo taka jest „polityka firmy” itp. A że przez taką „politykę” sędziowie marnują czas na pisanie niepotrzebnych uzasadnień? A to już nie ich problem.

Owszem, już słyszę te głosy, że sędziom nie chce się robić, przecież jak ktoś zapłacił za sprawę, to uzasadnienie mu się należy i takie tam... Chciałbym jednak, żeby wszyscy zrozumieli, że czas, który sędzia marnuje na napisanie niepotrzebnego uzasadnienia do wyroku to jest czas, którego nie może on poświęcić na inne, naprawdę potrzebne czynności. Na przygotowanie do następnej rozprawy, by wiedział kogo o co pytać, i mógł podjąć prawidłową decyzję np. co do wezwania dalszych świadków. Na przemyślenie sprawy przed wydaniem wyroku, by rozstrzygnięcie było faktycznie wynikiem wnikliwego rozważenia wszystkich okoliczności, a nie pierwszym pomysłem, który wpadł do głowy o godzinie 0:42 po napisaniu ostatniego w tym dniu uzasadnienia. Na sen, by mógł wyjść na rozprawę wypoczęty i w pełni sił, a nie na trzech kawach i jednym redbulu po nocy zarwanej na pisanie uzasadnienia. Na napisanie lepszego uzasadnienia w sprawie, gdzie jest to potrzebne, by strony otrzymały wnikliwą analizę prawną sprawy, a nie parę stron sklecone na szybko metodą kopiuj-wklej, bo dzisiaj trzeba napisać jeszcze dwa inne.
 
Szacuję, że wśród uzasadnień, które napisałem w zeszłym roku (a będzie tego ponad 100 sztuk) najwyżej połowa była takich, które były faktycznie stronom potrzebne. Reszta była wyłącznie parą w gwizdek, w dodatku taką której wypuszczenie spowodowało, że właściwa maszyna nie była w stanie rozwinąć pełnej prędkości. Takim samym marnotrawstwem było także poświęcanie przeze mnie czasu na wykonywanie czynności, które mogliby spokojnie wykonać sekretarze, na pisanie bzdurnych wyjaśnień i sprawozdań ze sprawy, na ponowne czytanie każdej sprawy przed rozprawą, bo przy 300 sprawach w referacie nie jestem w stanie ich wszystkich spamiętać. Tu właśnie, w marnotrawstwie czasu i sił sędziego tkwi zasadnicza przyczyna problemów z sądami. A temu nie zapobiegnie ani ustawienie kamery na sali rozpraw, ani ponumerowanie półek w szafach, ani też przyznanie sobie przez ministra sprawiedliwości prawa wglądu do akt postępowań. Gotowe recepty na rozwiązanie problemu są znane od lat. Jedyne czego brakuje to woli politycznej by je wprowadzić.

niedziela, 21 kwietnia 2013

Prassa przed wyrokiem ostatecznym


Po raz kolejny sięgam do Gazety Sądowej Warszawskiej, tym razem zupełnie przypadkowo, lecz artykuł, na który natrafiłem doskonale uzupełnia dyskusję na temat sposobu relacjonowania przez media procesów sądowych i szkoda by było go zachować tylko dla siebie.

Prassa przed wyrokiem ostatecznym

W ostatnich czasach, z powodu toczącego się głośnego procesu cywilnego, rozpoczęła się w pismach niespecyalnych polemika dotykająca wprost samego meritum sprawy, praw majątkowych stron i zasadności zapadłego wyroku I-éj instancyi. Rzecz tak postawiona jest dosyć nową. "Kraj" w N. 12 rozbierając pytanie zasadnicze, czy właściwym jest udział prassy w czasie toczącego się procesu cywilnego, przychodzi do wniosku, że zajmowanie się bieżącemi sprawami sądowemi należy „do najpiękniejszych prerogatyw dziennikarstwa", że przyczynia się ono niezaprzeczenie do wyrabiania opinii publicznej. Dalej, artykuł powyższy przytacza, „że opinia publiczna winna zajmować się sprawą, przed ostateczném jej rozstrzygnięciem, bo nos dla tabakiery, a nie ona dla nosa i że w okresie przed ostateczném rozstrzygnięciem sprawy prassa może się przyczynić skutecznie z praktycznym skutkiem do ustanowienia najbardziej zbliżonego do prawdy wyroku".

W jaki sposób opinia publiczna przyczynić się ma do ustanowienia najbardziej do prawdy zbliżonego wyroku, artykuł pomieniony bliżej nie objaśnia. Bajka o nosie i tabakierze nic nie rozstrzyga, - sens moralny z przytoczenia tego, może być ten tylko, że sąd jest dla sprawy, nie sprawa dla sądu, - ale sprawa nie jest bynajmniej dla opinii publicznej, tylko dla oddania każdemu co się mu należy. Zasadność wyroku, uszanowanie praw osób, należyte stosowanie prawa, to jedne z najważniejszych podstaw społeczeństwa i dla tego pragnęliśmy rozebrać bliżej znaczenie prassy i tak zwanej opini publicznej, jako środka przyczynić się mogącego do tego, aby zapaść mający wyrok odpowiadał jak najlepiej przedstawionym przez strony dowodom i przepisom prawa stanowionego.

Aby wyrok najbliżej warunkom tym odpowiadał, potrzeba, aby wyrokujący jak najlepiej znał przepisy prawa stanowionego, aby miał sobie przedstawione dowody i zasady ze stron obu, w przedstawieniu ich zarówno nie krępowanych, aby był najbardziej bezstronny, nienamiętny, innemi pobudkami poza prawem nie kierujący się i niezależny, Zdaje się, iż wskazania te, tak są jasne, że za pewniki uważane być mogą, dowodzenia nie potrzebują i zaprzeczeniu ulegać nie winny. Idzie obecnie o to, o ile prassa i opinia publiczna dodać może dzielności owym czynnikom, najlepszy wyrok wydać mającym, nie może być wątpliwości, że prawo obowiązujące najlepiej znają specyaliści, prawnicy, tj. sąd, prokurator i obrońcy przez strony wybrani, w sprawie udział przyjmujący.

W artykule, który niniejszy rozbiór wywołał, przywiedziono, że „przedmiotem sporu była sucha kwestya hypoteczna, opierająca się na bezbarwnych i oderwanych przepisach jednego z najspecyalniejszych działów prawa cywilnego". Dlaczego to, tę bezbarwną i specyalną kwestyę hypoteczną, lepiej ma rozstrzygnąć prassa niespecyalna i opinia publiczna? Opinia publiczna ma pewne zdanie i co do choroby krtani, tak mocno obecnie ze względu na osobę cierpiącego, interesującej świat cały; ale to zdanie opinii publicznej bynajmniéj nie jest dokładniejsze od zdania specyalistów, lekarzy chorego otaczających i ci niewątpliwie słusznie zrobią, gdy w leczeniu badaniem choroby i wskazówkami naukowemi a nie poglądami opinii publicznej kierować się będą. Porównanie to nie jest bynajmniéj dziwném, prawa majątkowe obywateli i ustalenie ich, stanowią kwestyę wagi pierwszorzędnej, a i proces quaestionis, pomimo pozornej prostoty, w istocie swéj przedstawia bardzo subtelną kwestyę prawną pod względem dopuszczalności skarżenia wpisu hypotecznego w téj drodze i skutków wykreślenia takowego. Cóż ma tu za zadanie opinia publiczna, jeżeli spór rzeczywiście na zasadach prawa cywilnego i hypotecznego rozstrzygnięty być ma?

 Czy może prassa i opinia publiczna wywrzeć wpływ dodatni w kierunku bezstronności, beznamiętności, niekierowania się innemi poza kodeksem motywami i niezależności zdania sędziego? [...] Pierwszym obowiązkiem sędziego, głównym jego drogowskazem jest rzeczywista bezstronność, beznamiętność, wykonywanie i utrwalanie przez to przepisów kodeksu. Co opinii publicznej do subtelności kodeksowych? I nie zna ich i nie nie przysięgała na bezstronność. W sprawie przywiedzionej opinia publiczna niemiecka, będzie za pozwanym, grają tu bowiem rolę, jakto w art. powyższym przytoczono, namiętności rassowe, opinia publiczna u nas będzie za powodem i jest to ze stanowiska opinii publicznej w porządku. Ale sąd niemiecki i sąd nasz nie powinny być ani za powodem, ani za pozwanym, tylko sprawę zbadać i przepisy kodeksowe zgłębić powinny i wedle rezultatów tego badania wyrok wydać.

Sąd jest nad opinią publiczną a nie pod jéj wpływem. Opinia publiczna, której wyrazem jest dziennikarstwo, opiera się przeważnie na poczuciu słuszności a to nie zawsze jest dobrym przewodnikiem w sądzeniu spraw i stosunków ludzkich. Zależne od subjektywnych poglądów na życie, często od przesądów i namiętności, prowadzi ono na błędne drogi, ilekroć niestarczy jednostce czy ogółowi czynników niezbędnych do jasnego zrozumienia i gruntownej oceny stosunku. Opinia publiczna niema pod ręką akt i dowodów, pokładanych na stole sądowym a chcąc sąd wydawać, fakta daleko stojące i często niedostępne dla niéj musi przybliżać przy pomocy sztucznych rozumowań i domysłów. To też nawet wtenczas, kiedy głos jéj wychodzi z ust specyalisty, teoretycznie oceniającego dany wypadek, nie stoi ona wyżéj od głosu rozumnego i sumiennego sędziego, i stać wyżéj nie może, bo ten znajomość prawa i wyjaśnienia nauki ma możność stosować bezpośrednio do wypadku konkretnego, dokładnie w szczegółach sobie znanego. Dla tego też etyka dotychczasowa uważała wszędzie za niewłaściwe, mieszanie się prassy w kwestyę wyroku przed ostateczném zapadnięciem takowego.

Rozbiór wyroku ostatecznego po zapadnięciu go, szczególniej w pismach specyalnych, ma już inny charakter. Nie wpływa on na losy stron i niestanowi już przedmiotu niniejszych. uwag, zadaniem których było zaprotestować przeciwko naciskowi tak zwanej opinii publicznej na zdanie bezstronne specyalnego sędziego, i wyjaśnić właściwy stosunek prassy do sądu przed wyrokiem ostatecznym.

- - -

Artykuł ten ukazał się dniu 9/21 kwietnia 1888 r. Dokładnie 125 lat temu. A mnie pozostaje tylko stwierdzić, że po niewielkiej przeróbce mógłby się nawet jutro ukazać w poważnym opiniotwórczym tygodniku... i nic a nic nie straciłby na aktualności...

wtorek, 16 kwietnia 2013

Z Gazety Sądowej Warszawskiej...

 
Z Gazety Sądowej Warszawskiej nr 1/1873

Sprawa trzech małoletnich, obwinionych o rabunek.

Przed kilku dniami w tutejszym Sądzie Kryminalnym byli sądzeni trzej więźniowie, nader młodzi, 16, 14 i 11 lat mający, terminatorzy szewccy, obciążeni zarzutem rabunku, dokonanego na ulicy, w nocy, na osobie kobiety. Przestępstwo to zagrożone jest w kodeksie karą główną pozbawienia wszelkich praw i zesłania na osiedlenie w Syberii. Sprawa ważna, — zarówno z powodu nieletności obwinionych jak i wielkości przestępstwa im przypisywanego.

Przed kilku miesiącami, po godzinie 10 wieczorem, na ulicy Leszno, blizko okopów miasta, policya posłyszała krzyk nagły i przeraźliwy, natychmiast też dała sobie sygnały piszczałkami i nadbiegła. Kobieta stara i pijana poczęła się użalać, iż uciekający od niéj w tejże chwili trzej chłopcy, zaczepili ją, szarpali, podarli odzienie, a wysypawszy na ziemię pieniądze, jakie miała w fartuchu i na piersiach, zabrali, co zdołali. Puszczono się w pogoń za chłopcami i zaraz ich dognano. W cyrkule, przy rewizyi, znaleziono przy nich 72 kop.

W śledztwie policyjném poszkodowana przywiodła, iż, powracając do domu, niosła w fartuchu drobne z rubla, a na piersiach miała 8 rs. papierkami, z czém wstępowała do szynku. Kiedy wychodziła i kroczyła ku okopom, nagle chłopcy ją opadli, szarpali, najstarszy przytrzymywał za ręce, inni darli ubranie, a gdy pieniądze wysypywały się na ziemię, zbierali, podczas czego ów najstarszy ją przytrzymujący groźnie Zakazywał oporu. W aresztowanych uznała sprawców.

Obwinieni przywiedli chwiejnie i sprzecznie z sobą, iż wracali to od kolegi, to z szynku, gdzie muzyce się przysłuchiwali i tłumaczyli się, że poszkodowaną napadł ktoś inny, którego dostrzegli uciekającego, oni zaś widząc ją rozsypującą pieniądze, bez żadnego zgoła gwałtu, zbierali je i uciekali.

W śledztwie sądowem powołano poszkodowaną do przysięgi na rzeczywistość opowiadanego przez nią sposobu gwałtownego zaboru pieniędzy, oraz ilość szkody, by ustanowić istotę czynu przestępnego. Przed przysięgą upomniana, o szczerą prawdę zeznania, przytoczyła, iż, jak sobie przypomina, chłopcy z lekka ją tylko potrącali i szarpali, bynajmniej nie przytrzymując za ręce, chociaż naderwali jéj fartuch, gdy zaś się schylała po wypadające pieniądze, wołali jedynie na nią, by ich nie zbierała. Obwinieni i strażnik powtórzyli poprzednie zeznania.

Zapytani przez Prezydującego Sądu podsądni pomimo zarzutów z okoliczności śledztwa obstawali przy swojem poprzedniem zeznaniu. Dodany z urzędu Obrońca, przytoczył, iż skarga poszkodowanej, podczas czynu pijanej, nie zasługuje na wiarę, że tłumaczenie się podsądnych jest prawdziwe, wreszcie, że czyn ich jest kradzieżą, bez okoliczności obciążających, a sprawcy ponieść mogą karę z Ustawy Gminnej, areszt do dni siedmiu, który już nawet odsiedzieli w Domu Badań, a nie karę więzienia z Kodeksu K.G.i P.

Prokurator królewski objawił głos następujący: W Warszawie, od pewnego czasu pojawiać się zaczęły kradzieże kieszonkowe, coraz rozmyślniejsze, coraz zuchwalsze, bo nawet wykryto uorganizowane bandy złodziei, zazwyczaj złożone z nieletnich, przeważnie starozakonnych, czyniące sobie z kradzieży niegodziwe rzemiosło. Podsądni nie są zapewne owemi złodziejami z rzemiosła, niewątpliwie atoli kradli rozmyślnie, pomimo trudności, jakie napotykali. Dowodzi tego oczywiście, zauważenie poszkodowanej w szynku z pieniędzmi i zmowne wyjście za nią, starą, pijaną, w nocy, w odludniejszą część ulicy. Nie podobna uważać ich za kradnących wypadkowo, sposobem prostym, bez namysłu, co przewiduje Ustawa Gminna. Ustawa ta nie zna żadnych okoliczności obciążających, jakie tu zachodzą, a nawet orzeka wyraźnie, iż kradzież w zmowie trzech osób dokonana należy do K.K.G.i P. Podsądni są winni kradzieży, z okolicznościami obciążającemi, karygodnej w myśl art. 1160 i 1167 K.K.G.i P. Wobec niepokojących ciągle miasto coraz ważniejszych kradzieży i wzrastającej niemoralności nieletnich, nie można być pobłażliwemi w stosowaniu prawa, nie należy jednak być zbyt surowemi, bacząc na nieletność, wyznanie winy i dobre dotąd prowadzenie się podsądnych.

Odwołując się do zadania swego urzędu, Prokurator Królewski wnosił aby Sąd podsądnych, za kradzież z okolicznościami obciążającemi, z art. 1160, 1167, 145 i 141 K. K. G. i P., dwóch starszych nad lat 14 na zamknięcie w domu roboczym po miesięcy trzy, a trzeciego młodszego, od lat 14. na zamknięcie w domu poprawy przez miesięcy dwa z poczytaniem wszakże tych kar za wycierpiane w Domu Badań, wszystkich bez utraty praw i jedynie dwóch starszych z 2-letnim dozorem policyjnym, atoli wszystkich z solidarnym obowiązkiem zwrotu szkody-skazał.

Sąd Kryminalny, podzielając w zupełności poglądy i wniosek Prokuratora Królewskiego, wydał wyrok z nimi zgodny i natychmiast uwolnił podsądnych z więzienia.
 
(K.K.G. i P -  Kodeks Kar Głównych i Poprawczych - rosyjski kodeks karny obowiązujący na terenie Królestwa Polskiego od 1847 r.  )
- - -
 
Po przeczytaniu tego tekstu nasuwają się dwa wnioski. 
 
Po pierwsze że przez ostatnie 150 lat nic się nie zmieniło. Przestępczość nieletnich ma się dobrze, nielaty wracające z dyskoteki nadal okradają pijanych, i to pomimo tego, że zamiast surowego karania próbuje się na nich dzisiaj oddziaływać wychowawczo. I nadal słychać lamenty nad wzrastającą niemoralnością nieletnich i towarzyszące im poszukiwania sposobów przeciwdziałania temu...

Po drugie nie da się ukryć, że dzisiaj nie ma gdzie przeczytać takich artykułów. W gazetach nie uświadczysz relacji tego rodzaju, a jeżeli już pojawia się w nich sprawozdanie z postępowania sądowego to wypełniają je głównie opinie autora odnośnie tego jaki to zły wyrok został wydany, tudzież wypowiedzi dyżurnych "ekspertów" oburzonych karygodnie łagodnym/surowym wyrokiem. I skąd biedny obywatel ma wiedzieć, że to, że jakiś celebryta za jazdę po pijanemu dostał wyrok w zawieszeniu to nie jest żaden skandal i dowód korupcji, bo "zawiasy" za pierwszym razem dostaje każdy? Ano z nikąd, bo nie ma kto mu o tym powiedzieć. Czyja to wina? Chyba wszystkich po trochu. I dziennikarzy goniących za sensacją, a nie za informacją, i sądów zamkniętych w warownym zamku i traktujących dziennikarzy jak barbarzyńskich najeźdźców i kolejnych ministrów sprawiedliwości zaniedbującego obowiązek informowania społeczeństwa o działalności sądów. I wszyscy powinni się wziąć do roboty, by to naprawić.



niedziela, 7 kwietnia 2013

Warsztat


Pewnego razu w pewnym mieście był sobie warsztat samochodowy. Pracował w nim mechanik, który lubił swoja robotę. Samochody naprawiał dokładnie, fachowo, dbając, by klient był zadowolony z jakości jego pracy. Gdy skończył jeden, brał się za następny i tak interes się kręcił.

Pewnego dnia do warsztatu przyjechał Szef i od drzwi zaczął wyzywać Mechanika od leni i nierobów. Bo klienci zaczęli się skarżyć, że wstawione przez nich do warsztatu samochody przez kilka miesięcy stoją na parkingu zanim w ogóle ktoś się do nich dotknie. A przecież klient ma prawo do naprawy bez nieuzasadnionej zwłoki, bo przecież jemu samochód jest potrzebny, a przez to że nie może go używać to ponosi straty i może żądać odszkodowania. Koniec końców kazał wziąć się mechanikowi do roboty, a nie się obijać, bo lenistwo nie będzie tolerowane.

Mechanik próbował tłumaczyć się, że pracuje tak szybko jak może, że naprawa każdego samochodu wymaga określonej ilości czasu, że ma tylko dwie ręce, a doba tylko 24 godziny, z których co najmniej połowę należy poświęcić na spanie i inne czynności niezbędne do przeżycia. Że jak już samochód trafi na warsztat, to jest naprawiany błyskawicznie i fachowo, ale im więcej samochodów ludzie wstawiają do warsztatu, tym dłuższa się robi kolejka.  I że jakby zatrudniono kolejnego mechanika, albo zrezygnowano z zajmowania się wszystkimi możliwymi rodzajami usterek to tę kolejkę udałoby się zmniejszyć. Szef nie chciał go jednak słuchać, a na odchodnym kazał mu natychmiast zabrać się za naprawę wszystkich tych samochodów, bo żaden nie może sobie ot-tak stać na parkingu. I koniec dyskusji.

Cóż miał zatem nasz Mechanik zrobić? Zakasał rękawy i zabrał się do roboty. Dzień po dniu, tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu krążył po placu między samochodami. Tu odkręcił śrubę, tam spuścił olej, gdzieś indziej jeszcze otworzył maskę, albo zajrzał pod spód, po czym szedł do następnego samochodu. Bo niestety skoro musiał jednocześnie naprawiać wszystkie samochody, to jednemu mógł na raz poświęcić tylko kilka czy kilkanaście minut. Z czego część zajmowało przypomnienie sobie co w nim trzeba naprawić, co zostało zrobione i co jeszcze trzeba robić. Parę razy łapał się na tym, że jakaś czynność, którą "na raty" wykonywał od paru tygodni była tak naprawdę niepotrzebna i samochód można było już dawno temu naprawić, ale trudno. Nie można wszystkiego spamiętać, więc i wpadki muszą się  zdarzać.

Gdy Szef po raz kolejny przyjechał do warsztatu Mechanik miał nadzieję na pochwałę, premię, i uścisk dłoni. Wszak zrobił dokładnie to, co szef kazał. Żaden samochód nie stał bezczynnie, i przy każdym coś było robione. Ale tu czekała go niespodzianka. Szef wydarł się na niego jeszcze bardziej, że partaczy i leserów tolerować nie będzie, bo co to ma znaczyć że samochód wstawiony na prostą wymianę klocków tkwi w warsztacie przez pół roku. Że klienci się skarżą, że samochody miesiącami stoją rozbabrane, czekając nie wiadomo na co, a mechanik to ewidentnie nie wie, co robi, a w rozmowie sprawia wrażenie, jakby w ogóle nie wiedział, co z samochodem trzeba zrobić i nie miał żadnego planu naprawy. Mechanik próbował się tłumaczyć, że zgodnie z życzeniem Szefa zajmuje się wszystkimi samochodami na raz, że ledwo nadąża, że ciężko jest spamiętać tyle usterek, ale Szef odpowiedział, że nie interesują go narzekania tylko wyniki. Samochody mają być naprawione, średni czas naprawy skrócony o 1/3  Koniec. Odmaszerować.

Mechanik wrócił więc do warsztatu, i zabrał się do roboty. Część samochodów odesłał, by właściciele je umyli, albo dowieźli jeszcze jakieś dokumenty, w nadziei, że prędko nie wrócą. Resztę podzielił na takie, które można szybko naprawić i zgłosić jako naprawione oraz takie, nad którymi trzeba dłużej popracować. Jedne naprawiał szybko, a drugie odstawił w boczny kąt placu, i tylko co jakiś czas przy nich coś dłubał, żeby szef się nie czepiał, że nic przy nich nie jest robione. I interes się kręcił. Dopóki szef nie wpadł do warsztatu, i nie wywrzeszczał, że w jego firmie każdy klient jest ważny i nie będzie tolerował żadnego faworyzowania prostych napraw. A te wszystkie samochody które stoją w warsztacie najdłużej mają być naprawione w do końca roku, albo nogi i łby pourywa. I nie chce nic słyszeć o jakichś trudnych do dostania częściach, problemach ze specjalistami i trudnościach w dogadaniu się z klientem. Ma być zrobione i już, bo taki jest plan...


I tak  kończy się historia tego warsztatu i tego Mechanika... Jakiekolwiek podobieństwo jest całkowicie przypadkowe.

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

e-przyspieszenie


No cóż… niedawne orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego stwierdzające że likwidacja przez ministra wszystkich sądów w Polsce (oprócz trzech) nie narusza Konstytucji, zdecydowanie dodało skrzydeł Miłościwie Nam Ministrującemu. W ostatnich bowiem dniach Ministerstwo Nadzoru i Statystyki wydala z siebie coraz to kolejne pomysły na Przyspieszenie i Usprawnienie postępowań sądowych. Opublikowano nawet specjalną pomarańczową książeczkę, w której wspaniale opisano jak to wszystkim obywatelom się polepszy i nastanie stan powszechnej szczęśliwości, jak tylko w całym kraju zostanie wprowadzony „system gliwicki”, ale na nią spuszczę na razie zasłonę milczenia. Bo jedyne, czego w niej brakuje to stwierdzenia, że leniwi sędziowie nocami zrzucają stonkę. 

Jednym z tychże nowych genialnych i przyspieszających pomysłów jest pomysł wyposażenia listonoszy w tablety, na których będzie można odnotowywać fakt doręczenia przesyłki, jej awizowania, zwrotu itp, zamiast wypełniania tradycyjnej, kartonowej zwrotki. A jak listonosz je już odnotuje, to sąd będzie mógł to sobie od razu sprawdzić w systemie bez czekania, aż poczta odeśle zwrotkę. Pomysł w zasadzie niegłupi, bo jak fakt doręczenia będzie odnotowany w systemie, i będzie można to sprawdzić zdalnie, to odpadnie problem zgubionych zwrotek, i konieczności składania w takim przypadku reklamacji, które poczta rozpatruje baaardzo długo. Tyle tylko, że Pan Minister wypowiadając się do prasy na temat tego pomysłu nic o zgubionych zwrotkach nie mówił… Zapowiedział natomiast, że dzięki temu nastąpi skrócenie czasu oczekiwania na wyrok o co najmniej dwa tygodnie, jak również, że sędziowie nie będą musieli czekać na potwierdzenia dostarczenia korespondencji i kolejne rozprawy będą mogli planować nawet z dnia na dzień… 

No cóż… Pan Minister przyzwyczaił nas już do tego, że za każdym razem, gdy wypowiada się do prasy o reformowaniu sądownictwa i spodziewanych skutkach jakiejś reformy, to należy przetrzeć oczy i przeczytać jeszcze raz, po czym wzruszyć ramionami i postarać się o tym zapomnieć. Tyle tylko, że to już naprawdę przestaje być śmieszne… Bo dotąd wydawało mi się, że jeżeli ktoś zabiera się za naprawianie czegoś, to znaczy, że wie jak to powinno działać, jak teraz działa, dlaczego nie działa jak powinno, i co należy zrobić, żeby osiągnąć zamierzony cel. A tutaj po raz kolejny pada wypowiedź tak bardzo oderwana od realiów, że realia trudno dostrzec nawet przez teleskop. 

Dlaczego oderwana? Ano popatrzmy: Załóżmy że wprowadzony zostaje ów cudowny, nowoczesny, elektroniczny e-system e-przesyłek e-poleconych. Listonosz doręczając przesyłkę odnotowuje to w systemie, dzięki czemu sąd dowiaduje się o tym natychmiast. Zwykle odesłanie zwrotki i jej załączenie do akt trwa nawet i dwa tygodnie, więc o te dwa tygodnie szybciej sąd wie, że przesyłka została doręczona. Czy to jednak oznacza, że wyrok będzie o dwa tygodnie wcześniej? Ano nie, bo wyrok zapada po rozprawie, a rozprawa ma z góry wyznaczony termin i nie ma znaczenia, kiedy sąd się dowie o tym, że strony zostały zawiadomione byle by w dniu rozprawy miał już potwierdzenie odbioru. Może więc dzięki temu będzie można wyznaczać rozprawy na terminy przypadające dwa tygodnie wcześniej? Ano nie, bo w przeważającej większości sądów czas potrzebny na doręczenie ma drugo- lub nawet i trzeciorzędne znaczenie dla ustalania terminów rozprawy, więc możliwość uzyskania wcześniej potwierdzenia doręczenia nic tu nie da. 

Przyczyną tego, że na rozprawę, na której następuje wydanie wyroku czeka się w Polsce kilka miesięcy jest to, że w sądach jest za dużo spraw. Bo niestety, ale jeżeli w moim referacie jest w tej chwili około 300 spraw, w tym jakieś 200 wymagających rozpoznania na rozprawie, to prosty rachunek (zakładając 8 sesji miesięcznie po 10 spraw na każdej) pozwala stwierdzić, że najbliższy wolny termin rozprawy mam dziesięć tygodni. Sprawa, która wpłynie dzisiaj będzie miała szansę zakończyć się wyrokiem najwcześniej w połowie czerwca. I to nawet wtedy, gdy sekretariat wyśle wezwanie następnego dnia po wydaniu zarządzenia, listonosz doręczy ją kolejnego dnia, a ja od razu w e-systemie zobaczę, że jest ono doręczone. E-doręczenia nic tu nie zmienią, i niczego nie przyspieszą, bo jedynym sposobem na skrócenie czasu oczekiwania na rozprawę z 10 do 8 tygodni jest zmniejszenie ilości spraw, które muszę rozpoznać o 2-tygodniowy „przerób”, czyli o 40 sztuk. A tego nie da się osiągnąć poprzez wprowadzenie e-doręczenia, e-protokołu, e-wokandy, e-sądu, e-portalu orzeczeń, e-kiosku, szafy z 30 półkami czy najnowszego pomysłu na Optymalizację i Synergię czyli Centralnej Drukarki Gliwickiej. Konkretne propozycje pożądanych zmian prawno-organizacyjnych są znane i były zgłaszane wielokrotnie, tyle tylko, że były one najwidoczniej zbyt mało „medialne” by prawodawcy się nimi zainteresowali. A szkoda…