poniedziałek, 25 marca 2013

Nieszczęsne upominawcze


Przy okazji niedawnego medialnego polowania na e-sąd poświęciłem trochę uwagi i czasu na rozmyślania... i doszedłem do wniosku, że w tej całej dyskusji, nagonce, zapowiedziach reform i pracach nad usprawnieniem zapomniano o jednej istotnej rzeczy. A w zasadzie to minięto się z samym fundamentem problemu, przez co szanse na to, że nowo powstały budynek będzie stał prosto są raczej mizerne. Przez ten cały czas nikt (włącznie ze mną) nie zastanowił się co to w ogóle jest to postępowanie upominawcze. Na czym ono polega? Czemu służy? Jaki efekt ma za zadanie osiągnąć? Jeżeli zaś nie wiemy jak coś powinno działać, to jak możemy to naprawiać? Czy naprawdę nikt nie dostrzegł dotąd tej prostej zależności? Najwyraźniej nie, i ten błąd należy naprawić jak najszybciej... Zobaczmy więc jak to ten fundament wygląda...

Z wypowiedzi jakie pojawiały się w mediach odnośnie postępowania upominawczego (i tego w e-sądzie i tego zwykłego) można by wnioskować, że całe to postępowanie upominawcze, to jakiś rodzaj doraźnego sądu orzekającego o obowiązku zapłaty, bez rozprawy i powiadomienia pozwanego, wyłącznie na podstawie tego, co powie powód. I temu właśnie założeniu podporządkowane są wszystkie pomysły "reformatorskie", nakierowane na ograniczenie możliwości dochodzenia w tym trybie roszczeń przedawnionych i wątpliwych. Ale czy na pewno? Czy nakaz zapłaty faktycznie jest orzeczeniem stwierdzającym istnienie długu? No nie do końca. W nakazie sąd daje pozwanemu wybór - każe mu zapłacić, albo wnieść sprzeciw.  Połączmy to z zasadą, że sąd w postępowaniu upominawczym nie prowadzi postępowania dowodowego, nie bada, czy te pieniądze się powodowi faktycznie należą, i poprzez rozważania nad kodeksową nazwą tego postępowania dojdziemy do oczywistego wniosku. Do wniosku, że nakaz zapłaty, to po prostu urzędowe wezwanie do zapłaty. Sposób na upomnienie się przez wierzyciela o pieniądze, który ma tę przewagę nad zwykłym "przedsądowym" wezwaniem do zapłaty, że dłużnik nie może go bezkarnie zignorować. W ciągu dwóch tygodni od jego doręczenia musi się on jednoznacznie się opowiedzieć, czy uznaje żądanie za zasadne (i uczciwie płaci dług) czy też go nie uznaje i zgłasza jakieś zarzuty. Trzeciego wyjścia nie ma, nie ma też możliwości unikania odpowiedzi, bo milczenie oznacza zgodę.

Na taki charakter nakazu zapłaty wskazuje także to, co zgodnie z przepisami następuje po owych dwóch tygodniach, jakie pozwanemu dano do namysłu. Otóż jeżeli pozwany zgłasza sprzeciw, i wdaje się w ten sposób w spór to nakaz traci moc, jest uważany za niebyły, a sprawa zostaje skierowana do rozpoznania przez sąd. Tam powód, jeżeli chce uzyskać korzystne dla siebie rozstrzygnięcie musi przedstawić dowody, które podlegają ocenie sądu. Z punktu widzenia procedury nakaz zapłaty jest zatem skierowanym do pozwanego pytaniem, czy zaprzecza on prawdziwości faktów podanych przez powoda, i czy w związku z tym żąda by powód je udowodnił. Udzielenie odpowiedzi przeczącej na te pytania (albo nie udzielenie żadnej odpowiedzi) jest zatem równoznaczne z oświadczeniem, że pozwany zrzeka się swego prawa do zbadania przez sąd, czy żądanie powoda jest zasadne. Nakaz zapłaty, od którego nie wniesiono sprzeciwu, stanowi bowiem podstawę prowadzenia egzekucji komorniczej na równi z wyrokiem sądu wydanym po przeprowadzeniu rozprawy i zbadaniu dowodów.

Na pierwszy rzut oka rozwiązanie to wydaje się proste, jasne i logiczne, a w połączeniu z możliwościami jakie daje e-sąd pozwalające na sprawne rozwiązywanie problemów z dłużnikami, którzy myślą, że jak nie zapłacą, to nikt nie zauważy. Jednocześnie odciąża ono sądy od rozstrzygania spraw, w których nie ma sporu, a tylko upór. Pozwanych stawia się przed prostym wyborem - po otrzymaniu nakazu zapłaty mogą oni wnieść sprzeciw, albo nie robić nic, wiedząc, że milczenie będzie równoznaczne z uznaniem żądania powoda za zasadne. Dostają szansę na skorzystanie z prawa do zbadania sprawy przez sąd, a jeżeli z tego rezygnują to ich decyzja i ich wolna wola. Dlaczego więc jest tak źle skoro jest tak dobrze? Skąd te wszystkie problemy i zastrzeżenia co do funkcjonowania postępowania upominawczego, zarówno elektronicznego, jak i zwykłego? Ano diabeł jak zwykle tkwi w szczegółach. A w zasadzie w jednym - w doręczaniu nakazu.

Cała konstrukcja postępowania upominawczego opiera się na daniu pozwanemu możliwości podjęcia decyzji co do tego, czy zgadza się z żądaniem powoda czy nie. Otrzymał nakaz, odpis pozwu, pouczenie, miał możliwość wniesienia sprzeciwu, znał konsekwencje jego nie wniesienia. Miał prawo zażądać zbadania sprawy przez sąd, ale jeśli tego nie zrobił to najwidoczniej taka była jego wola. Ewentualne pretensje może mieć tylko do siebie. To jasne i oczywiste. O ile pozwany faktycznie do rąk własnych otrzymał nakaz i mógł się z nim zapoznać. Jeżeli bowiem tenże nakaz został mu doręczony "zastępczo"  przez podwójne awizo to cała argumentacja upada.  Jeżeli bowiem pozwany nie otrzymał faktycznie nakazu, to jak możemy mówić, że nie sprzeciwił się żądaniu? Jak możemy mówić, że pozwany zdecydował nie wdawać się w spór?  Jak możemy twierdzić, że zrzekł się prawa do zbadania sprawy przez sąd? Gdzie jest ten element jego wolnej woli, i skorzystania przez niego z prawa do zwolnienia powoda z obowiązku udowodnienia roszczenia? Ano nie ma. Nie ma ani woli, ani decyzji, ani choćby i dorozumianej zgody pozwanego na uwzględnienie roszczenia powoda pomimo nie przedstawienia przez niego jakichkolwiek dowodów. Jest tylko jednostronne żądanie powoda, które bez jakiejkolwiek kontroli ze strony sądu i w tajemnicy przed pozwanym zmienia się w prawomocne orzeczenie zasądzające należność...

Niestety, trzeba powiedzieć wyraźnie, że warunkiem prawidłowego funkcjonowania postępowania upominawczego, w zgodzie z jego założeniami, i poszanowaniem słusznych praw pozwanych jest doręczanie nakazów bezpośrednio do rąk pozwanego. Tak, by mógł on faktycznie podjąć decyzję, czy chce ten nakaz zaskarżyć, czy nie. Tylko wtedy będzie można powiedzieć, że pozwany nie sprzeciwił się żądaniu, w związku z czym nie ma potrzeby badania dowodów i można od razu wydać tytuł wykonawczy uprawniający do prowadzenia egzekucji kwoty, której powód zażądał. Każde inne rozwiązanie, każda forma doręczenia zastępczego będzie równoznaczne z wydaniem orzeczenia zasądzającego bez zbadania dowodów i bez wysłuchania drugiej strony, w dodatku w tajemnicy przed nią. A to trudno uznać za dopuszczalne w demokratycznym kraju...

Tak więc, panie posłanki i panowie posłowie, wóz albo przewóz. Albo wydajemy nakazy bez badania dowodów, ale warunkiem ich uprawomocnienia jest faktyczne doręczenie nakazu do rąk własnych pozwanego, albo dopuszczamy doręczenie przez awizo, ale warunkiem wydania nakazu jest przedstawienie wraz z pozwem wiarygodnych dowodów potwierdzających, że żądana kwota faktycznie powodowi się należy. Trzeciego wyjścia nie ma. Decydujcie.

niedziela, 17 marca 2013

Ośmiolatki


Otrzymałem bardzo ważne polecenie nadzorcze, aby przejrzeć wszystkie sprawy  toczące się dłużej niż osiem lat, oraz sporządzić sprawozdanie z wykonanych czynności i przedstawić wykaz czynności które zamierzam podjąć, by sprawę zakończyć. Oczywiście  wszystko na wczoraj, drogą służbową i do wiadomości najwyższych władz nadzorczych. Rozkaz jest rozkaz więc odkładam uzasadnienia, skargę na komornika, dwie klauzule na akt notarialny i inne takie mało ważne sprawy  i przystępuję do wykonania. Szybkie sprawdzenie w repertorium pozwala ustalić, że takowych spraw mam aktualnie trzy...

Pierwsza ośmiolatka ma w rzeczywistości lat dwadzieścia. Tak jest, wpłynęła do sądu na początku lat '90. Sprawa w zasadzie prosta, o wydanie nieruchomości i zapłatę wynagrodzenia za bezprawne korzystanie z niej. Trzeba sprawdzić dokumenty, a jak się okaże, że są w porządku to ustalić ile się powodowi należy i to zasądzić... dwa, góra trzy terminy rozprawy, nawet jak trzeba będzie przesłuchać biegłego. W sumie jakieś pół roku i po sprawie, no rok to już góra, więc jak to się stało, że ten proces trwa już dwadzieścia lat? Ano bardzo prosto. Gdy sprawa trafiła na wokandę po raz pierwszy okazało się, że akurat toczy się inne postępowanie w tej sprawie, które wszczęli pozwani, i w którym domagają się przyznania im prawa do tej nieruchomości. Postępowanie o eksmisję zostało więc zawieszone do czasu rozstrzygnięcia tamtej sprawy, po czym akta, zgodnie z przyjętymi wówczas zasadami, powędrowały do archiwum... i leżały tam sobie spokojnie przykryte warstwą kurzu, dopóki ktoś przy okazji przeglądania akt kierowanych na makulaturę ich nie znalazł... i tak się one znalazły u mnie. Na razie ustaliłem, że jeden pozwany nie żyje, a drugi się wyprowadził, a gmina nie przypomina sobie, że w ogóle miała taką sprawę... Kto wie, może cofną pozew i się sprawa zakończy... chociaż nie wiem, odsetki za dwadzieścia lat mogą mieć znaczenie w dzisiejszych realiach budżetowych...

Druga ośmiolatka ma faktycznie osiem lat i parę miesięcy, za to zajmuje dwie półki w szafie, bo dorobiła się już prawie trzydziestu bardzo grubych tomów. Z grubsza chodzi o pewną drobną służebność, której ustanowienie stało się konieczne po tym, jak ktoś przed podzieleniem działek nie spojrzał na mapę. Dwie - trzy rozprawy, w tym oględziny, do tego geodeta, który wszystko narysuje i gotowe. Ale jest jedno ale... w tym konkretnym przypadku spór toczy się pomiędzy dwiema wspólnotami mieszkaniowymi, a dokładnie rzecz biorąc pomiędzy właścicielami mieszkań w jednym bloku i właścicielami mieszkań w drugim bloku. W sumie jest to prawie 200 mieszkań oraz według ostatniej listy ponad 300 osób. I wszyscy oni muszą być powiadomieni o rozprawie za zwrotnym poświadczeniem odbioru. Wystarczy że jedna "zwrotka" nie wróci do sądu, albo listonosz nie umieści na przesyłce prawidłowej adnotacji o awizowaniu i jest po rozprawie. Przepis stanowi jednoznacznie, że sąd ma w takim przypadku obowiązek odroczyć rozprawę, więc większość rozpraw odbywa się według tego samego schematu. Wywołanie, sprawdzenie obecności, brak zwrotki, odroczenie na następny termin za dwa miesiące. Odraczanie na krótsze terminy nie ma sensu... bo wtedy szanse na to, że wszystkie zwrotki dotrą są praktycznie zerowe. Do tego jeszcze w międzyczasie właściciele dwóch mieszkań zmarli i trzeba było znaleźć ich spadkobierców. A to oznaczało za każdym razem konieczność zawieszenia postępowania i oczekiwania na przykład na wynik postępowania, w którym rozstrzygano kwestię ważności testamentu... I już wiem, że następna rozprawa raczej się nie odbędzie bo znowu mam zwrotkę z adnotacją "adresat zmarł"...

Trzecia i ostatnia to już nastolatka. Jest to sprawa o dział spadku, i w zasadzie na tym mógłbym skończyć, bo powinno być jasne o co chodzi. Otóż rodzinka podzieliła się na dwa obozy, które zgadzają się ze sobą tylko co do tego, że tamci nie powinni dostać złamanego grosza... Zaczęło się grzecznie, od mieszkania i działki, ale dzisiaj lista przedmiotów do podziału odrobinę się zwiększyła, i obejmuje kilkadziesiąt pozycji, w tym garnki, talerze, firanki, oraz wyposażenie mieszkania w stylu Edwarda II. I z miesiąca na miesiąc się wydłuża, bo obie drużyny rywalizują w przypominaniu sobie co tam jeszcze spadkodawca posiadał... A potem słuchamy świadków... na okoliczność tego czy spadkodawca miał słoik złota, a jeśli tak to jak duży, ile było tych świnek w woreczku, czy maszyna była do szycia, czy do robienia swetrów (co to jest ten cały owerlok??? ) oraz czy zegar z kukułką był zabytkowy czy enerdowski.  A tu, oczywiście, zgody nie ma i każdy ma swoich świadków, których trzeba oczywiście przesłuchać, a że niektórzy są słabej pamięci to i o rozprawach zapominają...  I tak się to toczy... rozprawa, przesłuchanie, ktoś nie przyszedł, odroczenie, nowe wnioski, przesłuchanie, biegły, zarzuty do opinii biegłego, świadkowie na ich poparcie, przesłuchanie świadków, rozszerzenie wniosku. A każde odroczenie to dwa-trzy miesiące... I nie, nie mogłem zaplanować od razu kilku dni rozpraw pod rząd, żeby przesłuchać wszystkich od razu, bo nowe wnioski dostaję po każdej rozprawie...Na przykład teraz będę słuchał świadków na okoliczność tego ile kosztowały studia jednego ze spadkobierców...

Dlaczego poświęciłem pół dnia pracy na sporządzenie tego rodzaju sprawozdań? Ano podobno w ramach wdrażania kontroli zarządczej  w  wymiarze sprawiedliwości ustalono cel w postaci zakończenia wszystkich spraw ponadośmioletnich do końca bieżącego roku. W związku z czym przystąpiono do tworzenia planu realizacji rzeczonego celu, w ramach czego ustalono, że najlepszym środkiem osiągnięcia celu będzie wydanie zarządzeń nadzorczych nakazujących sędziom zakończenie wszystkich takich spraw do końca roku... No cóż... myślałem że decyzja o zakończeniu postępowania i wydaniu orzeczenia jest moją niezawisłą i suwerenną decyzją, w zakresie której podlegam tylko Konstytucji i ustawom... wychodzi na to, że podlegam także planowi orzeczniczemu... 

Najwidoczniej sądownictwo wkroczyło w epokę planowania. Bójcie się obywatele, kto wie, czy następny plan nie będzie obejmował zmniejszenia procentu uniewinnień w sprawach karnych, albo podwyższenia sumy zasądzanych grzywien o 30% w stosunku do roku ubiegłego... W końcu budżet jest najważniejszy, co nie?

niedziela, 10 marca 2013

Fakty medialne


Kolejny tydzień, i kolejna "skandaliczna decyzja sądu" na której dziennikarze zarabiają pieniądze, a politycy podnoszą sobie słupki. Wszak nie od dziś wiadomo, że dokopywanie sędziom to dobra prosta wierszówka, bo ich i tak nikt nie lubi, a skandal i tragedię można zrobić z każdego wyroku. Wystarczy coś zaakcentować, o czymś nie napisać, rzucić kilka obrazowych opisów płaczących dzieci albo schorowanych emerytek i dalej samo pojedzie. Szum się zrobi, to politycy uznają za celowe się wypowiedzieć, więc będzie znowu o czym pisać. A jak sędziowie się odezwą i zaczną protestować to kolejna wierszówka wpadnie. A za tydzień znowu znajdzie się jakiś egzekwowany dłużnik, eksmitowany lokator, albo jakiś inny niezadowolony z wyroku i można będzie wszystko zacząć od początku.

Z zasady nie czytam takich artykułów, bo wiem, że wyrabianie sobie opinii na temat sprawy i prawidłowości decyzji sądu na podstawie informacji prasowych jest co najmniej nieodpowiedzialne. Bo dziennikarze nie przedstawiają faktów. Oni opowiadają historię ze z góry założonym morałem. I w zależności od tego jaki ten morał jest opisują całe zdarzenie tak, by historia do owego morału prowadziła. I wbrew pozorom wcale nie jest to takie trudne. Za przykład niech służą dwie poniższe relacje prasowe odnoszące się do tego samego wydarzenia. Zarówno owo wydarzenie jak i artykuły są fikcyjne, jakkolwiek poszczególne elementy opisywanego stanu faktycznego pojawiały się w prawdziwych sprawach. Zapraszam do lektury...
- - -
Na bruk za dobre serce
Tylko dzięki spontanicznej akcji ludzi dobrego serca państwo Kozłowscy ze swą trzyletnią córeczką nie znaleźli się dzisiaj na bruku. Szybka akcja Ruchu Obrony Lokatorów, którzy zablokowali komornikowi dostęp do lokalu, zapobiegła ich eksmisji. Na razie, bo komornik zapowiedział, że następnym razem przyjdzie z Policją. Jaką straszną zbrodnię popełnili Kozłowscy, że potrzeba aż policji by ich wyrzuciła z mieszkania? Jaką zbrodnię popełniła trzyletnia Anetka, że komornik chce ją pozbawić domu? Otóż ich zbrodnią było to, że mieli dobre serce.

Jak tłumaczy nam Andrzej Kozłowski (29 l.) to mieszkanie należało do pani Józefy, która zmarła, a którą on wraz z żoną się opiekował. Wszystko zaś zaczęło się od tego, że kilka lat temu umówili się z panią Józefą, że wykupią jej mieszkanie od gminy, a ona im je potem zapisze w testamencie. I wszystko było w porządku, dopóki nie dowiedziała się o tym jej córka, która przyjechała z zagranicy, zrobiła matce awanturę, a potem oskarżyła ich o kradzież jakiegoś złota, przez co pani Józefa straciła do nich zaufanie i kazała im więcej nie przychodzić. Gdy po śmierci pani Józefy poszli do sądu żeby potwierdzić jej testament na to mieszkanie dowiedzieli się, że pani Józefa testament zmieniła zapisując wszystko córce. A córka nasłała adwokata żądając natychmiastowego opuszczenia lokalu.

Pan Andrzej próbował dojść do porozumienia z córką pani Józefy. Proponował, że wyprowadzi się, jeżeli pomoże mu ona znaleźć inne mieszkanie, prosił też o zwrot tego co zapłacił za jego wykupienie i remont. Dziś jednak stawia sprawę jasno. Nie zamierza się nigdzie wyprowadzać, a od wyroku eksmisyjnego odwołał się do Strasburga. Uważa, że nie można mu odebrać mieszkania, za które zapłacił, i zgodnie z umową miało być jego, więc sąd nie powinien wydawać takiego wyroku. 

Uczestnicy pikiety znacznie surowiej oceniają wyrok sądu. Przedstawiciel Ruchu Obrony Lokatorów Henryk Rybka (37 l.) mówi wprost: wyrok sądu jest oburzający i niezgodny z prawem. Sąd w ogóle nie uwzględnił tego, że ta pani nawet nie mieszka w Polsce, więc to mieszkanie jest jej niepotrzebne, a pan Andrzej z rodziną nie ma gdzie się podziać. Sam proces jego zdaniem był prowadzony skandalicznie. Sędzia na samym początku stwierdził, że pan Andrzej zajął lokal bezprawnie, i nie pozwolił nawet przedstawić dowodów na to, że to on właśnie to mieszkanie wykupił. Rozprawy odbywały się szybko, a obecnych na sali członków Ruchu sędzia straszył więzieniem, jeżeli będą mu "przeszkadzać". W dodatku sąd nie miał prawa orzec eksmisji na bruk jak jest małoletnie dziecko, przez co cały wyrok jest nieważny.

Kolejny termin eksmisji wyznaczono za miesiąc. Protestujący już dziś mówią, że nie odpuszczą, i będą nadal walczyć o sprawiedliwość dla Kozłowskich.
- - -
Anarchia wygrała z prawem
Dziś rano duża grupa osób, z transparentami Ruchu Obrony Lokatorów, oraz emblematami anarchistycznymi uniemożliwiła komornikowi wykonanie eksmisji, blokując dostęp do lokalu. Jak się dowiedzieliśmy komornik miał wykonać eksmisję "na bruk" trzyosobowej rodziny z dzieckiem. Demonstranci wznosili hasła "mieszkanie prawem, nie towarem" a od jednego z nich dowiedzieliśmy się, że jest to "spontaniczna akcja w obronie sprawiedliwości". Ostatecznie komornik odstąpił od przeprowadzenia eksmisji, odmówił jednak skomentowania całego zdarzenia, ograniczając się do stwierdzenia, że jego zadaniem jest wykonać wyrok sądu i wyrok ten zostanie wykonany. Udało nam się natomiast uzyskać komentarz od właścicielki lokalu, z którego miała nastąpić eksmisja, dla której dzisiejszy dzień miał być dniem kończącym ponadroczną walkę o odzyskanie praw do mieszkania jej zmarłej matki.

- Pani Anno, jak to się stało, że musi dziś pani walczyć o odzyskanie mieszkania?

- W czasie gdy ja pracowałam w Irlandii państwo Kozłowscy pomagali mojej mamie w cięższych pracach domowych. Ale na jakiś rok przed śmiercią mama ich wygoniła, po tym jak okazało się, że z mieszkania zginęło kilkanaście złotych "świnek" i od tego czasu się nie pojawiali. Gdy moja mama zmarła ja wystawiłam jej mieszkanie na sprzedaż, bo nie planowałam powrotu do Polski. I pewnego dnia koleżanka, która miała opiekować się mieszkaniem, i oprowadzać potencjalnych klientów zawiadomiła mnie, że w mieszkaniu są jacyś ludzie, którzy twierdzą, że to jest ich mieszkanie. Ja przyjechałam wtedy do Polski, i się zaczęło...

- Czy to znaczy, ze oni do mieszkania się włamali?

- Nie wiem, możliwe, że mieli klucze jeszcze z czasów, gdy opiekowali się mamą. Nie zmieniłam zamków, nie uważałam tego za potrzebne. Mieszkanie było puste, po śmierci mamy je opróżniłam, bo miało być sprzedane, więc nie było czego zamykać. 

- czy usłyszała pani jakieś wyjaśnienie, dlaczego zajęli lokal?

- Pan Kozłowski mówił najpierw, że to tymczasowo, na parę tygodni, bo musieli się wyprowadzić, a ich nowe mieszkanie jest jeszcze nie gotowe i zaraz się wyprowadzą. Z paru tygodni zrobiło się parę miesięcy, a gdy znowu przyjechałam do Polski i poszłam to wyjaśnić usłyszałam, że oni mogą się wyprowadzić, jeżeli znajdę im inne mieszkanie i opłacę im czynsz z góry za rok. Wtedy zatrudniłam adwokata, ale gdy on zażądał od państwa Kozłowskich wyprowadzenia się, to oni przysłali pismo, że się nie wyprowadzą bo to ich mieszkanie, i jeszcze zażądali 20.000 zł za opiekę nad moją matką.

- co pani czuje po dzisiejszych wydarzeniach?

- Złość i bezsilność. Bo nie rozumiem jak tak może być że w demokratycznym kraju ktoś kradnie komuś mieszkanie, a okradziony nie może nic na to poradzić.

Jak dowiedzieliśmy się, kolejny termin eksmisji wyznaczono za miesiąc, tym razem komornik spróbuje odzyskać mieszkanie pani Anny z eskortą funkcjonariuszy Policji.

- - -
A teraz proszę pomyśleć, jakie komentarze znalazłyby się w internecie pod każdym z tych artykułów ? Jakie wypowiedzi padłyby z ust polityków w następstwie opublikowania każdego z tych artykułów? No właśnie...

piątek, 1 marca 2013

Wieści trybunalskie


Na dzień dzisiejszy dla trybunału wyznaczono spraw dziewięć, jednakże ino siedem  zawołanych zostało, pozostałe z braku należytego uwiadomienia przed trybunał pozwanych odbyć się nie mogły.

Sprawa pierwsza była o eksmisyję człeka pewnego z domu miejskiego, dla komornego nie płacenia. Jako trybunałowi przedstawiono człek ten przez trzy lata nieomal za izbę zajmowaną ni grosza do kiesy miejskiej nie wrzucał. Wzywany, by długi popłacił gońców miejskich przepędzał, a pocztyliona unikał, a jeśli trafem pismo mu wręczono to milczał abo i mamił, iż rychło zapłaci. Miarka toteż się w końcu przebrała i najem mu rajcy wymówili, podstępem pismo wręczając, gdy w sprawie jakiejś do ratusza przyszedł. Na terminie sądowym, choć uwiadomiono go o nim właściwie, się nie zjawił, więc in absentia trybunał izbę mu opuścić nakazał, na bruk miejski go rzucając, by tam przemysłem własnym lub dobrocią ludzką schronienia sobie szukał.

Druga sprawa takoż o eksmisyję z domu miejskiego była, ino tym razem dla bezprawnego w nim zamieszkania po tem, gdy prawny lokator jego ducha wyzionął był. Po pogrzebie jego, kobita w tymże samym domu mieszkająca klucz, które tenże umarły jej dla dozoru zostawił wzieła, i córke swą do izby jego dawnej wprowadziła. Dwakroć córa owa o prawne izby zajmowanie się zwracała i dwakroć rajcy jej odmówili, oddania klucza żądając. Przed trybunałem łzami zalana stanęła i na los i dobro dzieciątka swego ledwo co urodzonego zaklinała, lecz praw nijakich do izby tej nie objawiła, a plenipotent przez rajców przysłany twardo za eksmisyją optował. Takoż trybunał izbę jej opuścić nakazał, rzecząc nadto, iż winna wrócić skąd przyszła, znaczy do matki swej.

Rzadko tak to bywa, no tymże razem i trzecia na wokandzie sprawa o eksmisyję z domu miejskiego była, ino tym razem tyczyła się małżonków ślubnych obojga z trójką dzieciątek niedorosłych, jakoż i ich córy najstarszej z dzieckiem jej nieślubnym przy piersi. Takoż jak i w sprawie jako pierwszej dziś słuchanej, rajcy eksmisyi ich wszystkich dla uporczywego nie płacenia komornego żądali. Wymówienie, lat temu trzy wręczone, okazali, jako i mnogość wezwań i napomnień, by komorne płacono, których ni od gońców miejskich ni od pocztylionów przyjąć oni nie chcieli. Kiedy do rozsądzania przyszło oyciec rodziny kwit trybunałowi okazał, iż dług cały naraz spłacił, co jednakowoż nijakiego znaczenia dla trybunału nie miało, bo nie o dług, a o eksmisyję to sprawa była. Tako też eksmisyje zasądzono, ino aby dzieciątka za grzechy swych rodziców na bruku miejskim się nie znalazły trybunał rajcom nakazał inną izbę im znaleźć i tam je umieścić. 

Czwartym, co się przed trybunał dziś stawił, był plenipotent jednego z tychże indywiduuów, co skrypta dłużne od bankierów tudzież kupców skupują poczem zapłaty imieniem własnym żądają. Takoż i tu takowy żądanie zaniósł by człekowi pewnemu sumę grubą trybunał zapłacić kazał, choć ewidencyi nijakiej, iż tenże winien ją jest nie okazał. Na stół trybunalski pisma ino jakoweś położył, które wedle słów jego dług potwierdzać miały, jednakoż trybunał rychło spostrzegł, iż wszystkie one przez niego samego napisane zostały. Tako też trybunał pozwu jego nie uznał, i słowem srogim napomniał, coby więcej spraw takich nie zanoszono.

Piąta sprawa przez trybunał dziś badana tyczyła się wskazania spadek po mistrzu murarskim biorących. Spór nastał bowiem między dziecięciami jego prawymi, a kobitą jakową, która rzekomo lata całe z nieboszczykiem bez sakramentu żyła i praw do dóbr po nieboszczyku żądała. Kobita owa testamentum okazała, które onże miał ręką swą własną sporządzić, i ją jedynym swym sukcesorem naznaczyć, dzieci praw wszelkich pozbawiając jako niegodnych dziećmi jego się nazywać. Córa nieboszczyka przed trybunałem stając fałszem pismo owo nazwała, i przy słowie swym obstawała mimo napomnień trybunału, iż za słowa swe ukarana być może, gdyby prawdą się nie okazały. Takoż też trybunał mistrza biegłego w pism badaniu przywołać nakazał, by tenże testamentum obejrzał i orzekł czy nieboszczyk pismo te ręką własną napisać mógł. Jak tylko zaś mistrz badania swe ukończy sprawa nanowo przed trybunałem stanie.

Następnie przed trybunał zaniesiona była skarga kobity, której wóz rozpędzony krzywdę uczynił, nogi obie przetrącając, od czego okulała nieboga. Kolejny już raz sprawa ta przed trybunałem stanęła, tymże razem by konsyliarze przez trybunał zawezwani zdanie swe co do krzywdy wyrazić mogli. Mężowie ci uczeni po examinacjach swych orzekli, iż noga jedna uleczona została i za zdrową poczytana być może, druga zaś pokręconą już na zawsze zostanie, i ni driakwie ni nóż uleczyć jej nie zdołają. Tako też kobitę te za kalekę poczytywać kazali, do roboty cięższej niezdolną i w boleściach dni słotne przepędzającą. Trybunał na zdanie medikusów zważywszy kompensatę znaczną jej przyznał za ból i krzywdę doznaną, jako i kwotę skromną na utrzymanie co miesiąc wypłacać kazał. 

Nakoniec przed trybunałem stanął człek, któren podle nakazu trybunalskiego testymonium co do majętności swej tudzież nędzy złożyć miał. Trzeci to raz był, gdy trybunał sprawę jego wołał, ino na dwa termina poprzednie nie raczył on przybyć, choć dwakroć od pocztyliona pisma wzywające go przyjął był. Tako też trybunał postanowił, iż zali jemu do trybunalskiej sali drogę znaleźć trudno, to przewodnika przydać mu należy, i straż do domu jego wysłał, coby go do trybunału przywiodła. Tako też stanął on przed trybunałem w kajdanach, jak złoczyńca przywiedziony, z czego bardzo niekontent on był, i słowem grubym w trybunalskiej sali rzucał, za co od trybunału napomniany być musiał. Testymonium co do nędzy swej i przysięgę złożywszy uwolniony został. 

Tako trybunał powinność swą w dniu dzisiejszym uczynił sprawiedliwość słuszną wymierzając, skrzywdzonym na pocieszenie a występnym na pokutę. Skargi kolejne zaraz po niedzieli wysłuchane będą, a między nimi skarga o krzywd naprawienie od mularzy, co dom naprawiali wyrządzonych, skargi dwie o długów niepopłacenie, suplikacja wnuka co po dziadzie izbę w domu miejskim wziąc chce, jakoż i małżonki separowanej skarga o majętności rozdzielenie. Wrota sali trybunalskiej otwarte będą, jeśli trybunał dekretu inszego nie wyda, dla wszystkich co wiek dorosły osiągnęli, i broni nijakiej przy sobie nie mają.