czwartek, 25 października 2012

Woźny zawsze puka sześć razy

Poszukując pewnego razu w Sieci czegoś zupełnie innego natrafiłem na stronę internetową sądów szkockich, [link] Muszę przyznać, że w Polsce brakuje takiego źródła, poświęconego właśnie sądom i ich działaniom, a nie polityce uprawianej przez Ministra Sprawiedliwości. Nie o tym jednak chciałem pisać. Otóż na tej stronie znajduje się aktualizowana lista orzeczeń wydawanych przez Szeryfów z różnych okręgów sądowych. Co ciekawe w orzeczeniach tych publikowane są dokładnie wszystkie dane stron - imiona, nazwiska, adresy - najwidoczniej w Szkocji nie mają Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, która dopatrzyłaby się w tym naruszenia prawa pozwanego do prywatności.

Jednym z orzeczeń, które mnie zainteresowało, było orzeczenie wydane w dniu 1 czerwca 2012 r. przez Szeryfa George'a Jamiesona z okręgu South Strathclyde, Dumfries, and Galloway w Dumfries, w sprawie z powództwa Bank of Scotland PLC przeciwko Williamowi Johnowi Stevensonowi, zamieszkałemu w Cargenbridge, sygnatura akt A80/11. Z jakim dokładnie roszczeniem Bank of Scotland PLC wystąpił przeciwko panu Stevensonowi niestety nie wiem, mogę tylko się domyślać, że chodziło o powództwo o zapłatę kwoty kredytu postawionego w stan natychmiastowej wymagalności. Opublikowane orzeczenie jest bowiem tylko wyrokiem wstępnym odnoszącym się do jednego z zarzutów podnoszonych przez pozwanego. Zarzut ten sprowadzał się zaś do tego, iż żądanie powoda jest niedopuszczalne, gdyż nie doręczono mu prawidłowo wypowiedzenia umowy kredytu (calling-up notice). Orzeczenie to zainteresowało mnie zaś dlatego, że od dawna interesuje mnie kwestia sposobu dokonywania doręczeń korespondencji o znaczeniu prawnym. W zasadzie gdyby zapytano mnie jaki jest największy problem związany z funkcjonowaniem sądów, to wskazałbym właśnie na doręczenia. Także większość tzw. "problemów z EPU" to właśnie konsekwencje problemów z doręczeniami - bo jestem pewien, że gdyby każdy pozwany faktycznie dostawał do rąk własnych nakaz zapłaty z pouczeniami, to większość zarzutów pod adresem postępowania elektronicznego by się nie pojawiła. Ale do rzeczy.

Punktem wyjścia dla badania sprawy przez szeryfa był przepis art. 19 (6) szkockiej ustawy o hipotekach i reformie feudalnej z 1970 r., [Conveyancing and Feudal Reform (Scotland) Act] który określa sposób złożenia oświadczenia o wypowiedzeniu kredytu. Stanowi on, że może to nastąpić przez doręczenie adresatowi osobiście, przesłanie pocztą przesyłką poleconą (registered post) albo przez doręczyciela (recorded delivery service) na ostatni znany adres. Jeżeli adres nie jest znany (albo nie wiadomo, czy adresat nadal żyje) przesyłkę należy doręczyć sekretarzowi właściwego sądu (Extractor of the Court of Session). Wymagania są tu zatem znacznie łagodniejsze niż w Polsce, nie ma mowy ani o poświadczeniu odbioru, ani nawet o awizowaniu, a i adres nie musi być aktualny. Wystarczy wysłać list polecony, a za datę doręczenia przesyłki, zgodnie z art 19(8) będzie uważany następny dzień po jej nadaniu. Gdzie więc tkwił problem, wymagający rozpoznania przez sąd? Ano w tym, że przy doręczaniu przesyłki panu Stevensonowi nie zastosowano żadnej z tych metod. Pismo zostało po prostu wrzucone do jego skrzynki pocztowej (znaczy przez szparę na listy w drzwiach) przez woźnego sądowego (Sheriff's officer), i zadaniem sędziego było rozstrzygnięcie, czy taki sposób doręczenia może zostać uznany za właściwy.

W omawianym orzeczeniu zamieszczono bardzo obszerną argumentację, przedstawianą przez obie strony, której przytaczanie tutaj zajęłoby jednakże zbyt wiele miejsca, zwłaszcza, że odnosiła się ona do szeregu równolegle badanych aspektów sprawy. Ograniczę się więc wyłącznie do przytoczenia konkluzji. Otóż Szeryf, po rozważeniu argumentacji przedstawionej przez strony, uznał, że doręczenie nastąpiło prawidłowo, gdyż woźny postąpił zgodnie z obowiązującymi w tym zakresie przepisami prawa. A uzasadnił to tak:

- przedstawione sądowi poświadczenie doręczenia opatrzone jest datą 14 lutego 2011 r. wpisaną słownie, a nie cyframi, w zgodzie z postanowieniami Ustawy o doręczeniach z 1693 r. [Citation Act 1693]

- zostało ono podpisane zarówno przez woźnego jak i świadka, co jest w zgodzie z postanowieniami Ustawy o doręczeniach z 1686 [Citation Act 1686],

- poświadcza ono, że przesyłkę włożono w obecności świadka do skrzynki pocztowej dopiero po tym jak woźny z dochowaniem należytej staranności ustalił, że dłużnik zamieszkuje w tym lokalu, lecz ani on, ani żaden z domowników nie odpowiedział na sześciokrotne głośne zapukanie do drzwi - zgodnie z postanowieniami Ustawy o doręczeniach z 1540 r. [Citation Act 1540],

Wnioski z lektury tego orzeczenia są trzy. Pierwszy jest taki, że problem z doręczaniem zawiadomień o rozprawach istniał w sądach chyba od zawsze, skoro już w 1540 r, szkocki Parlament uznał za celowe uregulowanie tej kwestii, by wyeliminować przypadki szkód i krzywd wynikających z faktu, iż niewłaściwie zawiadamiani poddani nie wiedzieli o wytaczanych przeciwko nim procesach. 

"For eschewing of grett Inconvenientis and fraude done to our souerane lordis liegis be Summoning of thame at thare duelling places And oft tymes falslie and gettis neuer knawlege thairof"

Drugi wniosek jest taki, że o ile możemy nie lubić doręczeń przez podwójne awizo, to jest to rozwiązanie z pewnością korzystniejsze dla adresata niż domniemanie doręczenia wynikające z faktu wysłania. A takie właśnie domniemanie stosowane jest np. przez angielski elektroniczny sąd, zgodnie z art. 6.7 angielskiej procedury cywilnej (Civil Procedure Rules 1998) zgodnie z którym przesyłka jest uważana za doręczoną na drugi dzień po wysłaniu. I żaden przepis nie wymaga, by był to adres aktualny, przeciwnie, przepis wprost stanowi, że może to być ostatni znany adres... Aż dziwne że angielski e-sąd w latach 2010/2011 rozpoznał tylko 130.000 spraw...

A trzeci wniosek jest taki, że dobre prawo się nie starzeje i właściwie stosowane nawet po 500 latach od uchwalenia może wskazywać rozsądne rozwiązanie problemów, o których jego autorom nawet się nie śniło. Co polecam pod rozwagę wszystkim tym, którzy uważają, że jak kodeks ma już 50 lat to należy go jak najszybciej zastąpić nowym, bo jest "przestarzały".

piątek, 19 października 2012

Dyżurny



Jestem dziś „dyżurny” to znaczy ten, który ma obowiązek siedzieć za biurkiem w godzinach urzędowania i podpisywać te wszystkie pisma, które bezwzględnie ależ to absolutnie muszą być podpisane przez sędziego albo Świat Się Zawali. Zaszczyt taki dopada mnie parę razy w miesiącu według grafiku powstającego w oparciu o jakiś mistyczny nie do końca dla mnie zrozumiały wzór, ale nie bardzo mam na co narzekać bo rozdział dyżurów następuje mniej więcej uczciwie. A zresztą i tak codziennie siedzę w robocie więc mi tam żadna różnica. No może poza tym, że zawsze to dodatkowa robota.

Cóż obejmują moje obowiązki dyżurne? Ano po pierwsze podpisywanie prawomocności. Jak ktoś przychodzi po odpis postanowienia to sekretariat mu taki odpis przygotuje, opieczętuje, poświadczy za zgodność z oryginałem, ale to ja muszę podpisać pieczątkę, że orzeczenie jest prawomocne. Prawdę mówiąc nie rozumiem dlaczego nie może tego robić pracownik sekretariatu, przecież stwierdzenie że trzy tygodnie od wydania wyroku już minęły, a do akt nie wpłynęła ani apelacja ani wniosek o uzasadnienie nie wymaga żadnej szczególnej wiedzy prawnej i spokojnie mógłby to robić sekretarz sądowy. Już w ostateczności można by wprowadzić zasadę, że prawomocność z urzędu stwierdza sędzia referent podpisując się w odpowiedniej rubryczce na okładce akt i na tej podstawie sekretariat wydaje odpisy prawomocnego orzeczenia. Świat by się nie zawalił, ani też stabilność i pewność obrotu prawnego by na tym nie ucierpiała.

Kolejny rodzaj kwitów do podpisania jak przyniosą to nakazy doprowadzenia. No tu niby nie ma wątpliwości, że polecenie pozbawienia wolności powinien podpisać sędzia, ale z drugiej strony czy na pewno? Sędzia wydał postanowienie nakazujące doprowadzenie i pod nim się podpisał. To postanowienie wykonuje sekretariat, doręczając odpowiednie papiery odpowiednim policjantom. Czy naprawdę nie wystarczy tutaj to, że sędzia wydał postanowienie? Czy nie powinno się oddzielić orzekania od wykonywania? Nie wydaje mi się, aby istniało jakieś wielkie ryzyko wydania nakazów doprowadzenia bez upoważnienia sędziego, więc może warto się zastanowić nad zmianą obowiązującej praktyki w tym przedmiocie. Świat z pewnością by się nie zawalił.

Następne kwity do podpisu. Sterta pism do różnych osób i urzędów o udzielenie informacji. W tym uniżone pismo do Gmachu Sądu by raczył wywiesić u siebie ogłoszenie. I znowu pytanie jakie jest uzasadnienie tego, żeby to sędzia podpisywał takie pisma, bo argument że ktoś tam w banku czy jakimś urzędzie nie uznaje sekretarza sądowego za godnego pisania do niego jest z lekka absurdalny. Ponownie zatem powinna być prosta zasada – sędzia wydał polecenie zwrócenia się gdzieś, i na polecenie sędziego sekretarz się zwraca. Jak ktoś nie jest pewien, czy pismo jest prawdziwe to może skontaktować się z sądem i uzyskać potwierdzenie, czy sędzia faktycznie wydał takie polecenie. Co nie zmienia faktu, że większość takich pism dotyczy informacji, które strony powinny uzyskać we własnym zakresie, ale panom mecenasom wygodniej jest posłużyć się do tego celu sądem. Ale o tym pisałem już wiele razy i nie ma powodu, żebym powtarzał to jeszcze raz

Kolejny plik do podpisu. Polecenia wypłaty do Oddziału Finansowego. Wydałem postanowienie, żeby wypłacić, uprawomocniło się, opatrzono je pieczęciami z orzełkiem, podpisałem się na odwrocie, że to jest prawomocne, ale to niestety za mało. Finansowy musi mieć jeszcze podpisane przez sędziego polecenie wypłaty wskazujące skąd, komu i ile mają wypłacić, bo tego całego postanowienia to oni nie rozumieją i nie poważają. Za każdym razem, gdy miałem coś do załatwienia z finansowym odnosiłem wrażenie, że oni funkcjonują na jakiejś zupełnie innej płaszczyźnie abstrakcji i to co ja do nich mówię to jakbym mówił w suahili i nic a nic z tego nie rozumieją. Raz kazałem wypłacić, wydałem postanowienie, ono się uprawomocniło, po czym dowiedziałem się, że nie wypłacą bo nie ma faktury... Innym razem nie wypłacili, bo nie załączono ichniego druczka, czy też pieczątka była nieczytelna, albo kserokopia, zaświadczania, która mi wystarczyła do wydania postanowienia nie wystarcza księgowemu do dokonania wypłaty. To może darujmy sobie wydawanie tych postanowień, skoro o tym czy komuś można zapłacić i tak decyduje księgowy. Niech biegli składają faktury do finansowego a finansowy niech dalej decyduje. W ten sposób ominiemy niepotrzebnego pośrednika w osobie sędziego i może biegli będą szybciej dostawać należne im pieniądze.

No i ostatnie, choć nie bardzo wiem dlaczego mi to przynoszą – wnioski o wyrażenie zgody na udostępnienie akt, wykonanie kserokopii, fotografowanie. Tym to już powinien zajmować się wyłącznie sekretariat. Zasada jest prosta – jest stroną ma dostęp do akt i może prosić o kopie. Jak zapłaci, dostanie. Co tu jeszcze więcej decydować? Cóż tak ważnego jest w sprawie by aż to sędzia musiał decydować, czy dana osoba jest godna dostąpić zaszczytu ujrzenia akt i zamówienia kserokopii. To powinna być wyłącznie materia kierownika sekretariatu.

I tak zleciał mój dyżurny dzień. W przerwach pomiędzy tymi niezwykle kluczowymi dla funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości czynnościami przejrzałem sprawy na następną sesję, napisałem pół uzasadnienia i przerobiłem kolejne trzy przegródki zaległych akt. Jeszcze dwie i mogę iść do domu. Może uda się wyjść jeszcze przed zmrokiem...

niedziela, 14 października 2012

Numidia

 .
 6 lipca 1901 r. parowiec S/S Numidia opuścił port w Liverpoolu udając się w rejs do Indii z ładunkiem 7.000 ton drobnicy, o ile można tak określić szyny kolejowe, podkłady, a także lokomotywy i wagony. Statek był praktycznie nowy, od jego wejścia do służby upłynęło bowiem zaledwie kilka miesięcy. Jego długi na około 130 m kadłub wykonano ze stali i wyposażono w nowoczesną, trzycylindrową maszynę parową o mocy 560 koni mechanicznych. Jego załogę stanowiło 97 oficerów i marynarzy pod dowództwem kapitana Johna Craiga.

19 lipca 1901 r. Numidia pokonała Kanał sueski, kierując się dalej na południe w stronę pary wysp znanych jako Bracia (The Brothers). Kapitan planował posłużyć się światłem latarni morskiej na większej z wysp ("dużym bracie") dla ustalenia swej dokładnej pozycji  i na tej podstawie ustalić dalszy kurs statku.  Krótko po północy 20 lipca 1901 r. światło latarni na "Dużym bracie" wychyliło się zza horyzontu. Kapitan nakazał wówczas odpowiednią korektę kursu i przekazał dowodzenie drugiemu oficerowi, prosząc by go wezwano, gdy statek będzie mijał latarnię. Był już bardzo zmęczony, bo od momentu, gdy statek wpłynął do Kanału sueskiego był niemal cały czas na mostku. O 2:20 obudził go jednak odgłos uderzenia, gdy Numidia wbiła się w rafę okalającą wyspę niemal przy samej latarni morskiej. Próby ściągnięcia statku z rafy nie powiodły się i statek uznano za stracony. Całe szczęście zarówno wszyscy członkowie załogi, jak i większość ładunku została uratowana, na statku pozostał tylko najcięższy ładunek, którego nie zdołano przetransportować na wyspę.

Przyczyna katastrofy nie została ostatecznie ustalona. W internecie, na stronach opisujących wrak, można znaleźć wiele wersji, począwszy od zarzutu, że kapitan źle ustalił kurs aż po tezę, że drugi oficer zasnął na mostku, więc nie zauważył, że statek idzie prosto na latarnię. Warto więc jest sięgnąć do orzeczenia Sądu Morskiego, który orzekał w kwestii odpowiedzialności kapitana i oficerów za utratę statku. Proces w tej sprawie odbył sie w dniach 23 i 24 października 1901 r. w Glasgow i zakończył się uznaniem II oficera "Numidii" Jamesa Tullocha za winnego popełnienia błędu nawigacyjnego i zawieszeniem jego licencji na okres 9 miesięcy. Jeżeli zaś chodzi o przyczynę samej katastrofy, to jest to dlaczego statek zamiast dwie mile na wschód od latarni znalazł się tuż przy niej, to w toku postepowania nie znaleziono odpowiedzi na to pytanie. Kurs wyznaczony przez kapitana, przed tym jak udał się on na spoczynek, uznano za prawidłowy i bezpieczny, odrzucono także tezę, że II oficer zasnął na służbie, albowiem na pół godziny przed katastrofą dokonał on w sposób prawidłowy korekty kursu, która jednakże okazała się niedostateczna. Dlaczego kurs wyznaczony przez kapitana okazał się ostatecznie błędny nie zostało wyjaśnione. Być może było to spowodowane silnymi prądami występujacymi w tej okolicy, może przyczyną było nieprawidłowe działanie kompasu. Tego nigdy się nie dowiemy. 

Dziś wrak "Numidii" stanowi atrakcję dla nurków odwiedzających "Bradersy" podczas nurkowych safari. Przednia część wraku praktycznie zniknęła, rozbita przez fale i rozwleczona po zboczu Gdzieniegdzie pod warstwą koralowców można dopatrzeć się zarysów stalowej płyty albo belki. Reszta statku przetrwała jednak w doskonałym stanie, jeśli weźmiemy pod uwagę to, że leży on w tym miejscu od ponad 100 lat. Kadłub leży na równej stępce na stromym, niemal pionowym, zboczu rafy. Część wykonanych z drewna nadbudówek zniknęła, na miejscu pozostały tylko ich stalowe szkielety. Dumnie natomiast tkwią na swych pozycjach potężne żurawiki łodziowe i fragment przedniego masztu. Płynąc dalej wzdłuż kadłuba natrafiamy na ziejący w pokładzie otwór, nad którym kiedyś wznosił się komin, a kawałek dalej na stojący nadal na swym miejscu rufowy maszt. Za masztem widać przestrzeń rufowego pokładu, z zachęcającym, wielkim otworem ładowni, do której można by wpłynąć i poszukać resztek przewożonych w niej szyn i wagonów kolejowych. Tak samo do dalszej eksploracji zachęca widoczna z tego miejsca rufowa galeryjka z zachowaną na niej barierką, po drugiej stronie której musi znajdować się wspaniała, wykonana z brązu śruba statku. Ledwo dwadzieścia kilka metrów dalej...

Niestety, nietypowe ułożenie wraku sprawia, że im dalej wzdłuż pokładu się posuwamy, tym głębiej musimy się zanurzyć. Otwór po kominie napotykamy na głębokości 20 m, maszt jest już na 40 m (a jego podstawa na 50 m) a żeby zobaczyć śrubę trzeba zejść na 72 m. Za głęboko dla zwykłego nurka-turysty, zbyt duże ryzyko zatrucia azotem, zatrucia tlenem, przekroczenia limitów czasów bezdekompresyjnych. A przekroczyć bezpieczną granicę jest bardzo łatwo, bo w zasadzie nic prócz głębokościomierza nie ostrzega o tym, że schodzimy za głęboko. Dlatego przy maszcie należy zawrócić ku otwartym drzwiom maszynowni statku, za którymi otwiera się długa, niemal pionowa studnia prowadząca ku powierzchni. Płynąc nią mijamy pokrywy cylindrów maszyny parowej, następnie pozostałości okrętowej kuchni, by przez otwór po kominie wydostać się na zewnątrz. 

Rzut oka na manometr wskazujący ciśnienia powietrza w butli i już wiadomo, że najwyższy czas wracać na powierzchnię. Na wszelki wypadek zatrzymujemy się jeszcze przy wbudowanych w rafę kołach wagonu i wypuszczamy boję wzywając ponton, który odwiezie na łódź. Udało się. Czterech weszło, czterech wyszło i to jest najważniejsze. A że nie wszystko udało się zobaczyć? Trudno, nadrobimy innym razem.

piątek, 5 października 2012

Pocztówka z wakacji


Kolejny raz wybrałem się pozwiedzać podwodny świat raf Morza Czerwonego. Kolorowe ryby, niespotykane kształty koralowców, nocne wprawy „na miasto” które nigdy chyba nie zasypia. Przez tych kilka dni zauważyłem jednak, iż ten kraj się zmienia, w porównaniu z tym co było jeszcze rok czy dwa lata temu. Nie są to jakieś fundamentalne zmiany, ale zawsze, I niestety chyba na gorsze.

Po pierwsze widać, że jest zdecydowanie mniej turystów. Na nurkowiskach, gdzie zwykle stało i cumowało jedna do drugiej kilka łodzi z nurkami jesteśmy teraz sami. Wiele sklepów, tych położonych dalej od hotelu, zamknięto, a w innych sporo towarów przeceniono. W samym hotelu też widać oszczędności. Jedzenie stało się prostsze i mniej zróżnicowane, ze stołów zniknęły też obrusy zastąpione zwykłymi matami ścieranymi na mokro. Pojawiło się także wśród gości więcej „miejscowych” – brodaczy w długich koszulach i kobiet w chustach…

No właśnie. Gdy poprzednio byłem w Egipcie kobiety w chustach widywało się rzadko, a takich osłonięte burką, czyli chustą z otworami na oczy w zasadzie nie było widać. Dzisiaj nawet dziewczynki chodzą owinięte w długie chusty, a kobiety w burkach widuje się co chwilę. Czarne powłóczyste suknie zastąpiły też noszone dotychczas i nie wyróżniające się bardzo z tłumu długie spodnie i bluzki z długimi rękawami. Najwidoczniej „rewolucja moralna” zatacza coraz szersze kręgi. A zatacza je tak szeroko, że prowadzi to czasami do absurdu. A przykład pewnego dnia na łódź nurkową przybyła kobieta szczelnie owinięta w chusty. Myślałem na początku, że to żona któregoś z członków załogi, która obejmie nadzór nad kuchnią, bo przecież opalać się nie przyjechała… Ale się pomyliłem. Bo zobaczyłem ją potem jak ubrana w coś w rodzaju długiego fartucha z falbankami i kapturem założonego na skafander do nurkowania wkłada na siebie sprzęt i wchodzi z nami do wody. Wyglądało to co najmniej komicznie…  i prowokowało do pytania „po co”? Czemu ma to służyć?

Inny skutek egipskiej rewolucji zobaczyłem podczas powrotu z przystani do hotelu, a była to długa na kilkaset metrów kolejka do stacji benzynowej. Stacji, która w kolejnych dniach wyglądała na zamkniętą. Dowiedziałem się potem, że są kłopoty z dostawami paliwa do gubernatoratu Morza Czerwonego. Ktoś tam na górze decyduje, żeby nie wysyłać, to się nie wysyła. Doświadczyliśmy tego zresztą na własnej skórze, bo któregoś dnia zamiast spędzać przerwę między nurkowaniami gdzieś przy rafie staliśmy w kolejce do nabrzeża paliwowego, bo akurat dostarczono paliwo i pojawiła się możliwość zatankowania łodzi. Przy okazji dowiedziałem się, że paliwo w Egipcie jest mocno dotowane, podobnie jak wiele innych rzeczy, co przekłada się ostateczne na niższe ceny wyjazdów wakacyjnych do tego kraju… ale to może się wkrótce skończyć, bo niestety wóz gospodarki egipskiej po zmianie woźnicy jakoś ciężko się teraz toczy…

Ale jedno się nie zmieniło, czyli zasady organizacji ruchu ulicznego, który jest tu totalnie niezorganizowany, ale jakoś się toczy. Obserwacja samochodów jeżdżących po ulicach pozwala stwierdzić, że jeżeli tylko samochód ma sprawny klakson to może jeździć. Światła są już tylko opcjonalne, zaś ich kolory dowolne. Zielone, a nawet zmieniające kolory kierunkowskazy, klakson sprzężony ze światłami drogowymi, stroboskopy zamiast pozycyjnych, niebieskie diody wstawione zamiast postojówek. Dowiedziałem się też wreszcie kto kupuje diodowe zamienniki żarówek H1 i H7 których pełno jest na allegro. I utwierdziłem się w przekonaniu, że światła to one prawie wcale nie dają. Co miejscowym kierowcom wydaje się zupełnie nie przeszkadzać. Zresztą modyfikacje na tym się nie kończą. Każdy samochód jest inny, niektóre mają tapicerkę z wielbłądziej wełny, inne obwieszono w środku koralikami. Do tego dochodzą cztery lusterka wewnętrzne, zestaw chromowanych wlotów na maskę i pięknie podświetlona diodami linia dachu, normalnie raj dla tunerów. Tutaj najwidoczniej nie znane jest pojęcie badań technicznych. Ale cóż spodziewać się po kraju, w którym egzamin na prawo jazdy na autobus polega podobno na przejechaniu przez trzy bramki, jak raczył nas poinformować nasz rezydent podczas jazdy autobusem z lotniska. I co ciekawe jakoś nie widziałem tu zbyt wielu poobijanych samochodów, co dziwi jeżeli stwierdzimy, że znaczenie czerwonego światła jest miejscowym kierowcom wyraźnie nieznane, zasady pierwszeństwa przejazdu negocjuje się każdorazowo przy pomocy serii sygnałów klaksonem a przestrzeganie zasady ruchu prawostronnego wymuszane jest przy pomocy wysepki pomiędzy jezdniami. Przejścia dla pieszych są tu nie znane, znaków drogowych brak i ogólnie nie wygląda, żeby były tu jakiekolwiek przepisy…

Ale jedno wyglądało dokładnie tak samo jak w Polsce. Orszak weselny wiozący pannę młodą składał się z samochodu udekorowanego wstążkami i balonikami, a towarzyszyło mu stado samochodów trąbiących jak opętane. A po drodze musiał się zatrzymać żeby wręczyć coś ludziom, którzy ustawili na drodze bramę ze sznurka. A wyglądało to podejrzanie butelkowato...