czwartek, 27 września 2012

Tradycja

 
Wiele w ostatnim tygodniu się działo. Niezłe lanie w mediach dostał wreszcie e-sąd i jego twórczość. Odbyła się kolejna dyskusja w ramach Okrągłego Stołu dla Sądownictwa. Panu Ministrowi wpadło coś do nosa, co oburzyło wielu. Fundacja Court Watch Polska popełniła kolejny raport. Ale to tyle co mogę napisać na ten temat, ponieważ niestety w tym szalonym tygodniu nie bardzo znalazłem czas na napisanie jakichś głębszych przemyśleń na aktualne tematy. Trzy sesje pod rząd plus dwanaście uzasadnień do napisania skutecznie uniemożliwiało wykrojenie czasu na działalność literacką. Poprzestać więc musiałem na nadziei na to, że coś się samo napisze... no i się napisało.

Już od pewnego czasu coś mi się nie podobało w wyrokach, które wydaję. Nie żebym nie był przekonany co do tego czy wydaję je prawidłowo, ale jakoś nie taka wydawała mi się forma jaką przybierają. Niby wiadomo, że na górze jest orzełek, potem „W imieniu Rzeczypospolitej” potem wpisuję siebie, protokolanta, strony, przedmiot sprawy a poniżej kto, komu i ile. Ale skąd się to wzięło? Kto ustalił, że to właśnie tak ma wyglądać? Ja wziąłem wzory od kolegów jak przyszedłem do sądu, a skąd oni wzięli? Pewnie od tych, co byli przed nimi. A skąd ten, kto jako pierwszy stworzył w komputerze wzór wyroku wiedział jak go zrobić? Ano zapewne przepisał z druku formularza wyroku opracowanego przez kogoś w Ministerstwie Sprawiedliwości, który to druk opracowano na podstawie wcześniejszego druku, i jeszcze wcześniejszego druku itd. Czyli tradycja sięgająca wstecz kilka dziesięcioleci. Tyle, że przez te kilka dziesięcioleci w sądach sporo się zmieniło, i nie chodzi tylko o to, że długopis zastąpiono komputerem. Czy ktoś w ogóle zastanawiał się, czy te stare wzorki nadal są adekwatne? Może najwyższy czas...

To, co powinno znaleźć się w wyroku określa przepis art. 325 kpc, a więc wymienienie sądu, sędziów, protokolanta oraz prokuratora, jeżeli brał udział w sprawie, datę i miejsce rozpoznania sprawy i wydania wyroku, wymienienie stron i oznaczenie przedmiotu sprawy oraz rozstrzygnięcie sądu o żądaniach stron. Popatrzmy więc jak to wygląda w porównaniu do tradycją uświęconego wzorka. A więc po kolei, jak to tam leci...

Sąd Rejonowy w ....  w wydziale I Cywilnym, w składzie... zaraz, jakim „składzie” jak ja sam tu jestem? Żeby coś się składało to musi mieć części, a ja jestem jeden, no chyba żeby liczyć jeszcze moje Ego. Nazywanie jednego sędziego „składem” to wyłącznie konsekwencje niechlujnej legislacji, gdy ze stwierdzenia „w składzie jednego sędziego i dwóch ławników” zrobiono „w składzie jednego sędziego” zamiast napisać prawidłowo że do rozpoznania sprawy wyznacza się „jednego sędziego zawodowego”. No ale trudno... co mamy dalej...

Przewodniczący: SSR... wróć. Jaki przewodniczący? Żeby czemuś przewodniczyć, to trzeba mieć coś do przewodniczenia, a ja tutaj jestem sam. To już jest ewidentne bezmyślne przepisanie ze starego druczka wyroku opracowanego przed 1996 r. gdy z sal rozpraw zniknęli ławnicy. Wtedy faktycznie przepis art. 47 §1 kpc wymieniał „jednego sędziego zawodowego jako przewodniczącego, oraz dwóch ławników”, ale jak w większości spraw ławników skasowano to wraz z nimi zniknął i przewodniczący. Tak na prawdę, to dzisiaj w zasadzie z niczego więc nie wynika, że taki jednoosobowy sędzia jest przewodniczącym, o którym mówią dalsze liczne przepisy kpc, a więc i to, że może on wykonywać uprawnienia przewodniczącego. Zapomniano bowiem o dodaniu do art. 47 §1 kpc odpowiednika przepisu art. 28 kpk, który stanowi, że jeżeli „skład” jest jednoosobowy to sędzia ma prawa i obowiązki przewodniczącego. Tak więc dzisiaj wpisywanie sędziego jako „przewodniczącego” do wyroku z niczego nie wynika...

Protokolant:... a ten tu po co? Nie rozumiem czemu miałoby służyć wymienianie protokolanta w wyroku, ale przepis jest przepis. A już na pewno nie ma powodu by go wymieniać na równi z sędzią jakby był tu członkiem składu. Kiedyś jak wymieniało się sędziego [odstęp] ławników [odstęp][odstęp] protokolanta to może to tak źle nie wyglądało, ale dzisiaj już to raczej nie przejdzie. Trzeba mu znaleźć inne miejsce, gdzieś poniżej wskazania prokuratora i z odniesieniem, że tę rozprawę to on tylko protokołował

Po rozpoznaniu na rozprawie w dniu.... w....  No, to jest zgodne z przepisem, ale też nielogiczne. O ile jeszcze może mieć sens wpisywanie, że wyrok wydano na rozprawie (bo można czasami wydać na posiedzeniu niejawnym) to już wpisywanie „daty i miejsca rozpoznania sprawy” absolutnie niczemu nie służy. Przepis, który nakazuje wpisywanie go został żywcem przepisany z kpc z 1930 r. bez oglądania się na to, czy zamieszczanie takiej informacji jest dziś do czegoś potrzebne... 

No właśnie... kolejny raz wygląda na to, że pewne rzeczy w sądach robi się dlatego, że zawsze się tak robiło, że mamy taki wzorek, że nikt się nad tym nie zastanawiał, bo to było oczywiste. Może najwyższy czas na zmiany?

środa, 19 września 2012

Trąd w pałacu sprawiedliwości

Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej w art. 10 wskazuje, iż władzę ustawodawczą sprawują Sejm i Senat, władzę wykonawczą Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej i Rada Ministrów, a władzę sądowniczą sądy i trybunały. Klasyczny, monteskiuszowski trójpodział władzy, w ramach którego odrębne i niezależne władze równoważą się i kontrolują dla dobra wspólnego. Idea piękna, tyle tylko że nie bardzo przystająca do rzeczywistości. Bo podział władzy w kraju wygląda dziś tak, że faktycznie mamy tylko jedną władzę – polityczną, która kontroluje zarówno legislaturę jak i egzekutywę, i która w znacznym stopniu zmarginalizowała i podporządkowała sobie judykaturę. O jakim w końcu podziale i równoważeniu się władz możemy mówić jeżeli partia kontrolująca parlament wybiera rząd, a ktoś, to jest dzisiaj posłem może być jutro ministrem? O jakiej kontroli parlamentu nad rządem można mówić, jeżeli w ramach dyscypliny partyjnej posłowie głosują jak szef rządu każe? Argumenty, racja, sens i zdrowy rozsądek przy podejmowaniu decyzji się nie liczą, liczy się tylko liczba rąk, które na znak przewodnika stada podniosą się we właściwym momencie i nacisną odpowiedni przycisk. Partia tworząca rząd, która uzyskała większość miejsc w parlamencie sprawuje zatem niepodzielne rządy w państwie, władzę ustawodawczo-wykonawczą, a w dodatku sprawuje zwierzchni (znaczy „zewnętrzny”) nadzór nad sądownictwem, które zostało przez nią zepchnięte do roli podległego rządowi organu państwa.

Tak, wiem, że sądy są władzą odrębną i niezależną od innych władz, co wyraźnie zapisano w Konstytucji. Tyle tylko, że w rzeczywistości z tych szczytnych haseł niewiele zostało, bo ta właśnie odrębność i niezależność kolejnym rządzącym ekipom bardzo przeszkadzała. Nie odpowiadało im to, że obok nich istnieć może jeszcze jakaś inna władza, która jest od nich niezależna, w której urzędy nie mogą być obsadzone „swoimi ludźmi” i której nie można wydać poleceń, by postępowała w sposób przez partię pożądany. Władza, której przedstawiciele ośmielają się wydawać rozstrzygnięcia niezgodne z „interesem narodowym”, nie chcą dostrzegać „potrzeb gospodarki” albo co gorsza każą przepraszać za pomówienia, co się odbija negatywnie na wynikach wyborczych. Panowie politycy konsekwentnie dążyli więc uzyskania władzy nad sądami. Metodą drobnych kroczków, oplataniem sądów i sędziów pajęczyną drobnych zależności i podległości faktycznych, rozszerzaniem uprawnień politycznych nadzorców i osób przez nich mianowanych kosztem niezależnych od nich organów samorządu i tak dalej, i tak dalej...

Proces podporządkowywania polskich sądów politykom rozpoczął się w zasadzie już w 1928 r. wraz z uchwaleniem nowego prawa o ustroju sądów powszechnych, uchwalonym zresztą w celu spacyfikowania sądów, jako że sądy i sędziowie byli w większości przeciwnikami Sanacji. Wtedy właśnie wprowadzono ów nadzór administracyjny ministra, o którym pan minister niedawno z takim przekonaniem mówił, że stanowi tradycję jeszcze przedwojenną więc nie może zostać zniesiony. Wprowadzone wówczas uregulowania prawne dotyczące relacji pomiędzy sądami (i sędziami) a władzami politycznymi pozostały w zasadzie nie zmienione przez kolejnych kilkadziesiąt lat, co świadczy o tym, że nowej władzy jaka nastała w 1945 r. uregulowania te także odpowiadały. W zasadzie dopiero na fali zmian ustrojowych po 1989 r. sytuacja ta zaczęła się zmieniać na lepsze. Stworzono wówczas zręby samorządu sędziowskiego, wprowadzono też wtedy wiele gwarancji niezawisłości i odpowiedniego statusu sędziów. Przyszłość wydawała się jasna, niestety ów „miesiąc miodowy” sądownictwa nie trwał długo. Gdy tylko "nowi" rządzący poczuli smak władzy wszystko zaczęło wracać do „normy”. Kolejne zmiany ustawy o ustroju sądów powszechnych stopniowo zmniejszały znaczenie organów samorządu wzmacniając jednocześnie pozycję prezesów, oraz wpływ ministra na to, kto owym prezesem zostanie. Pod hasłami walki z zaległościami i długotrwałością procesów wzmacniano stale nadzór nad sędziami i towarzyszące mu środki nacisku, którego jedynym celem było to, by wyroki zapadały nie ważne jakie, byle szybko. Promowano wykazujących się gorliwością w wykonywaniu (i wydawaniu) nawet najbardziej bzdurnych zarządzeń nadzorczych. Aż dotarliśmy do momentu, w którym prezes sądu staje na baczność przed asystentem asystenta premiera i deklaruje swą gotowość do spełniania jego życzeń.

Sprawa „taśm gdańskich” była jak krzyk, że król jest nagi. Krzyk po którym niektórzy zauważyli czym grozi stałe zwiększanie nadzoru politycznego nad podobno niezależnymi sądami, traktowanie prezesów sądów jak podwładnych ministra, a sądów jak urzędów podległych ministrowi. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że z tej obserwacji zostaną wyciągnięte odpowiednie wnioski i ów rak toczący sądownictwo w postaci nadzoru polityków traktujących sądy jak instrument realizacji polityki rządu zostanie rychło wyleczony. Lekarstwo jest znane – powierzenie nadzoru nad sądami Pierwszemu Prezesowi Sądu Najwyższego, z własnym wyodrębnionym budżetem sądów i ściśle określonymi zasadami jego tworzenia. Lekarstwo to jest też skuteczne, sądy administracyjne nie od dziś podlegają bowiem nadzorowi Prezesa Naczelnego Sądu Administracyjnego i radzą sobie doskonale. Dlaczego więc nie spróbować tego samego z sądami powszechnymi? Czyżby przeszkodą był partyjny beton?

piątek, 14 września 2012

Legitymacje

 Służbowa potrzeba zaprowadziła mnie do budynku sądu okręgowego. Przy tej okazji światło ujrzała po długim czasie moja służbowa legitymacja, którą musiałem pokazać, żeby wpuszczono mnie bez rewizji. Wcześniej nieczęsto miałem okazję ją wyciągać. Parę razy pokazywałem ją przy wejściu do budynku sądowego, jak akurat sądzili jakiegoś gangstera i wprowadzono ostrą kontrolę, raz też zastąpiła zaświadczenie o zatrudnieniu, gdy podpisywałem umowę na telefon, ale poza tym głównie zajmowała miejsce w portfelu. Tekturowa książeczka w ceratowych okładkach, jak starego wzoru legitymacja studencka, wypisana długopisem. Po paru latach trochę powykrzywiana od noszenia w portfelu, poprzecierana na rogach i krawędziach okładki, trochę też wytarta w środku, pieczątki odrobinę rozmyte... 

W tym miejscu minie coś tknęło... czy tak naprawdę powinno być? Czy Rzeczypospolitej Polskiej naprawdę nie stać na to, by wyposażyć orzekających w jej imieniu sędziów w legitymacje na miarę XXI w? Sprawdzenie obowiązujących aktów prawnych dotyczących wzorów legitymacji służbowych pozwala ustalić, że legitymacje w formie plastikowej karty ze zdjęciem ze zdjęciem wykonanej według standardu ID-1 (ISO/IEC 7810) lub podobne mają posłowie i senatorowie, ale też policjanci, funkcjonariusze Służby Więziennej, Biura Ochrony Rządu, oraz Służb Wywiadu i Kontrwywiadu Wojskowego. Legitymują się nimi inspektorzy dozoru jądrowego, pracownicy NIK, ale także funkcjonariusza-weterani, nauczyciele, doktoranci, a nawet studenci szkół wyższych. Plastikowe identyfikatory tego typu wydaje Krajowa Rada Komornicza dla komorników, legitymują się takimi też radcy prawni, adwokaci, aplikanci radcowscy i adwokaccy. Do tego funkcjonariusze wielu różnych służb posługują się legitymacjami przypominającymi kształtem prawo jazdy, czyli papierowymi, ale zalaminowanymi i w rozmiarze podobnym do kart kredytowych. Takowe mają Radcy prokuratorii generalnej, funkcjonariusze Centralnego Biura Antykorupcyjnego, Inspektorzy inspekcji ochrony roślin i nasiennictwa, A sędziowie? A sędziowie, zgodnie z zarządzeniem z 2004 r. mają tekturowe książeczki oprawione w ceratę i wypisane długopisem.

Rozumiem, że w sądownictwie jest wiele innych pilniejszych potrzeb, niż nowe legitymacje dla sędziów. Ale jednocześnie pamiętać należy iż koszt wystawienia takich dokumentów byłby nieznaczny w porównaniu z kosztami wprowadzania w sądach różnych mniej lub bardziej niepotrzebnych wynalazków, jak na przykład wieszane przy każdych drzwiach telewizory do wyświetlania wokand czy też o niczym nie informujące infokioski. Wprowadzenie nowoczesnych (o ile nowoczesnym można nazywać coś, co jest dziś standardem) legitymacji dla sędziów otworzyłoby także drogę do wprowadzania w sądach także innych przydatnych rozwiązań, takich jak na przykład  systemy kontroli dostępu, systemy elektronicznej wymiany informacji, czy chociażby elektroniczny obieg dokumentów. Odpowiednio zaprojektowana legitymacja mogłaby bowiem służyć także jako klucz w systemach kontroli dostępu i to zarówno do pomieszczeń czy też stref w sądach, jak i do systemów komputerowych. Nowoczesne legitymacje byłyby także znacznie trudniejsze do podrobienia, bo dzisiaj wykonanie własnej wersji legitymacji sędziowskiej wymaga posiadania wyłącznie skanera i kolorowej drukarki, a także podstawowych umiejętności introligatorskich, bo na allegro (co osobiście sprawdziłem) bez problemu można nabyć odpowiednie materiały i narzędzia. Podmiana zdjęcia w legitymacji jest zaś jeszcze prostsza, bo czasami nie potrzeba do tego nawet żadnych narzędzi, a to dlatego, że klej biurowy używany do przyklejania zdjęć dość kiepsko trzyma się fotografii, które po pewnym czasie same odpadają i wymagają doklejenia. Jedynym zaś zabezpieczeniem jest tu przybita na rogu zdjęcia okrągła pieczątka, której na zdjęciu i tak nie widać, bo tusz do stempli tak samo nie trzyma się fotografii. Zastanawiam się nawet ile takich „nieoficjalnych” legitymacji krąży po świecie... bo że takowe istnieją to co do tego nie mam żadnych wątpliwości.

No cóż... popisałem sobie, ale niestety nie mam żadnych złudzeń i zdaję sobie sprawę z tego, że wymiana legitymacji sędziowskich rychło nie nastąpi. A złudzeń tych pozbawił mnie opiniowany jakiś czas temu projekt rozporządzenia w sprawie, bodaj że, utworzenia służby doręczeniowej. W projekcie tym zawarto także wzór planowanej legitymacji służbowej takowego doręczyciela... miała to być tekturowa książeczka oprawiona w ceratę i wypełniana długopisem. Widać nowe trendy w dziedzinie dokumentów identyfikacyjnych nie dotarły jeszcze do ministerstwa sprawiedliwości...

piątek, 7 września 2012

Tłuczek do mięsa

Na półce leżą akta. W aktach pozew w postępowaniu nakazowym z weksla. Weksel wypełniono prawidłowo, czyli trzeba wydać nakaz zapłaty. Uruchamiam więc program zintegrowanego elektronicznego repertorium (bo w ramach nowoczesności wszystkie orzeczenia mają być sporządzane „w systemie”), myszka w rękę i klikamy.

Klik 1 – otworzyć okno „szukanie sprawy” – dobra, jest.

Klik 2 – rozwinąć listę symboli repertoriów. Nie, nie można wpisać symbolu ręcznie, bo maszyna nie zrozumie. Na przykład jak wpiszę „Nc” to najpierw mi przeskoczy na „Ns” a potem na „Co”. Jak będę naciskał dalej to wyskoczy mi „NsRej” czy jeszcze coś dziwniejszego, więc lepiej jest wybrać z listy.

Klik 3 - wybrać okienko numeru sygnatury i wpisać numer. Tylko dokładnie, bo jak coś się pomyli (np. zapomni zera przed „09”) to program wyrzuci błąd i każe napisać wszystko od początku.

Klik 4 – wybrać „OK”, to spowoduje otwarcie (po dłuższej chwili) okienka sprawy.

Klik 5 – wybrać zakładkę „orzeczenia”

Klik 6 – nacisnąć na „odśwież” bo bez tego nie wyświetlą się dane,

Klik 7 – kliknąć „dodaj”

Klik 8 – w nowym małym okienku wybrać co tak w zasadzie chcemy dodać, czy wyrok, czy postanowienie, czy może nakaz... tak, oczywiście. Już widzę te nakazy w nieprocesie, a wyroki w upominawczym, ale trudno

Klik 9 – kliknąć „OK” i zaczekać dłuższą chwilę, aż program przypomni sobie co w takiej sytuacji powinien zrobić.

Klik 10 – rozwinąć listę szablonów. Wbudowane w system szablony są w większości przypadków zupełnie nieprzydatne, ale bez nich nic wpisać się nie da, bo w wykazie wydanych w sprawie orzeczeń wyświetlane są właśnie nazwy szablonów. Dlatego przy przeglądaniu informacji o sprawie można dowiedzieć się np. że 8 marca wydano w sprawie orzeczenie o nazwie NuPKP60bzJB bo pod taką akurat nazwą zapisano szablon nakazu przygotowany dla roszczeń tego konkretnego seryjnego powoda.

Klik 11 – przesunąć listę szablonów aż znajdziemy właściwy. Niestety nie ma podziału na kategorie, np. postanowień o przekazaniu sprawy, postanowień o zawieszeniu, postanowień o umorzeniu w ramach których można by wybierać to, które akurat jest nam potrzebne. Lista jest w kolejności alfabetycznej, więc trzeba pamiętać, czy ten szablon, którego potrzebujemy zapisano jako „nakaz nakazowy” „weksel-nakaz” czy może „leasing-weksel”. Czasami trzeba parę razy poklikać, zanim znajdzie się właściwe.

Klik 12 – kliknąć „Word”, bo przecież nie będę pisać orzeczenia przy pomocy edytora wbudowanego w program, który pod względem funkcjonalności jest gdzieś pomiędzy „Notatnikiem” i „Word Padem”

Klik 13 – kliknąć „Anuluj” na okienku, którym program żąda podania kwoty sporu, kosztów sądowych i zastępstwa procesowego, bo wpisywanie tego to w tym przypadku strata czasu.

No, przebrnąłem. Po dłuższej chwili otwiera się okno nowego dokumentu Worda, a w nim formularz postanowienia. Nie wiem, kto ten formularz robił, ale ja na jego miejscu bym się wstydził. Zero formatowania, wszystko jednolitą czcionką Times New Roman z interlinią 1,5 wiersza i z odstępami po 6 pt przed i po akapicie. Brrr... Głowa mnie boli od samego patrzenia. Po chwili program zaczyna sam (wot, tiechnika!) wypełniać tenże formularz danymi z repertorium... niestety jego poglądy na sposób odmiany nazwisk i nazw własnych przez przypadki odbiegają trochę od standardów języka polskiego, więc w zasadzie jedyne co można z tak przygotowanym wzorkiem zrobić to nacisnąć Ctrl-A, żeby zaznaczyć wszystko, a potem Del, żeby go skasować, bo do niczego mi się on przyda. Tylko nie za szybko, bo skasowanie szablonu zanim program go samowypełni będzie skutkowało rozpaczliwym piskiem, że nastąpił błąd, po czym natychmiastowym zamknięciem programu i koniecznością powtórzenia wszystkich czynności od początku. No, skończył, mogę więc przekleić mój własny wzorek nakazu, i wreszcie zabrać się do właściwej roboty. Wpisuję we właściwe miejsca kto, komu i ile ma zapłacić. Drukuję. Podpisuję. Klikam dyskietkę, żeby zapisać w systemie. I bawimy się dalej.

Klik 14 – teraz trzeba zaczekać cierpliwie na pojawienie się okienka informującego o pomyślnym wykonaniu zapisu oraz niezwykle przydatną, wręcz niezbędną, informację o długości skompresowanego dokumentu w bajtach, po czym kliknąć „OK”

Klik 15 – zamknąć okno Worda, bo jak nie, to program zgłupieje.

Klik 16 – kliknąć „Koniec”. To zamknie okienko z wyborem szablonu

Klik 17 – W okienku sprawy kliknąć „odśwież”, żeby zobaczyć, czy faktycznie się zapisało. Bo potrafi się nie zapisać.

Klik 18 – kliknąć „koniec” i zamknąć w ten sposób okno sprawy. Jeżeli się tego nie zrobi, to nie będzie można nic więcej zrobić, bo program nie dopuszcza jednoczesnego otwarcia dwóch okien tego samego rodzaju, a nawet okien należących do dwóch różnych spraw. No to mogę zabrać się za kolejną sprawę. Rachunek biegłego za sporządzoną opinię. Za pracę należy się zapłata a więc otwieramy okno szukania sprawy...

Elektroniczny system rejestracji spraw i orzeczeń wspomagający pracę sądu jest niezbędny, bo bez niego niemożliwe byłoby zapanowanie nad całą tą powodzią spraw. I faktycznie od momentu, gdy udostępniono nam taki system pracuje się łatwiej niż wtedy, gdy tego systemu nie było i wszystkiego trzeba było szukać w papierowych księgach, poupychanych po różnych szafach i schowkach. Tyle tylko, że dokładnie tak samo można powiedzieć, że wbijanie gwoździ tłuczkiem do mięsa idzie nam łatwiej niż wciskanie ich gołymi rękami. Bo to, że jakieś narzędzie może być użyte do jakiegoś celu, i że praca dzięki temu staje się łatwiejsza (albo wręcz możliwa do wykonania) nie oznacza jeszcze, że jest to narzędzie odpowiednie do rodzaju wykonywanej pracy. A niestety wprowadzony w sądach program elektronicznego repertorium, który (jak mi się wydaje) jest przeróbką programu napisanego pierwotnie dla kancelarii komorniczych, przypomina właśnie adaptację tłuczka do mięsa do wbijania gwoździ. Niby kształt podobny, i też służy do uderzania, ale to jednak nie to samo. Ale cóż... cieszmy się z tego, co mamy...
 

poniedziałek, 3 września 2012

Odgruzowywanie

Powróciłem dziś do pracy po dwutygodniowym urlopie, i tradycyjnie oczekiwała na mnie z utęsknieniem wypełniona po brzegi szafa z aktami „do zrobienia”. Bo jak głosi stare sądowe powiedzenie, dla sędziego urlop to tylko okres usprawiedliwionego opóźnienia podejmowania czynności. Opóźnienia, które należy nadrobić po zakończeniu urlopu. Moja nieobecność w pracy nie była zatem przeszkodą dla przedstawiania mi do decyzji pism, wniosków, nowych pozwów itp., które obecnie wypełniają szczelnie szafę i wymagają przejrzenia i podjęcia decyzji jak najszybciej. Zabrałem się więc do roboty

Faza pierwsza „robienia szafy po urlopie” to odgruzowywanie. Przegląda się po kolei wszystkie akta w szafie, żeby wyłowić te, w których nie ma potrzeby wydania żadnego orzeczenia, a wystarczy dekretacja na piśmie, czy jakieś proste zarządzenie, bo takich najszybciej jest pozbyć się z szafy. No to zaczynając od góry i od lewej jedziemy. Pióro tylko śmiga – „a/a”, „doręczyć odpis pełnomocnikowi powoda”, „na termin”, „doręczyć kopię protokołu”, „wydać odpis postanowienia”, „zwrócić się do...”, „dołączyć akta sygn...” itd., itp. A obok rośnie cały czas kupka spraw, których nie da się tak szybko załatwić. Jakiś rachunek biegłego, jakieś cofnięcie pozwu, wniosek o zwolnienie od kosztów. Tym zajmiemy się później. Może jutro, może jeszcze dziś. Ale raczej jutro, bo okazało się, że szafa nie wygląda tak strasznie tylko dlatego, że sekretariat sporo akt trzymał u siebie, i w miarę zwalniania się miejsca mi je donosi. Ech, jak ja nienawidzę donosicielstwa...

Przy przewracaniu tych stert gruzu trzeba niestety uważać na miny... na przykład oto w kolejnych aktach leży pismo zawiadamiające, że niestety pracownicy OPS nie zastali nikogo w lokalu, więc nie mogli zrobić wywiadu środowiskowego. Niby prosta decyzja, a/a i następne... tylko coś tu się nie zgadza. Sprawę pamiętam, i wiem, że ona jest o spartaczone meble kuchenne więc wywiad środowiskowy nie byłby mi do niczego w niej potrzebny. Szybkie sprawdzenie i już jasne. Pismo podłożono do niewłaściwych akt, błąd w jednej cyferce numeru sygnatury, i tak sobie już leży od dwóch tygodni. Całe szczęście to nie jest jakaś istotna informacja, wniosek dowodowy albo co gorsza odpowiedź na pozew, bo brak takiego pisma we właściwych aktach mógłby mieć poważne konsekwencje... no, ale trudno, pomyłki się zdarzają.

W kolejnej stercie gruzu kolejna mina. Leży w nich pismo informujące o stanie rachunku bankowego na datę rozwodu stron, które było mi potrzebne dla ustalenia składu majątku podlegającego podziałowi. Tyle tylko, że nadejście tego pisma i załączenie go do akt, a następnie włożenie z aktami do szafy, gdzie spokojnie oczekiwały na mój powrót spowodowało, że nie wykonano mojego, wydanego tuż przed urlopem, zarządzenia, żeby pilnie przedstawić akta biegłemu, tak żeby opinia była gotowa jeszcze przed następnym terminem rozprawy. Oczywiście dzisiaj, po zadekretowaniu pisma „ad acta”, poleciłem, żeby natychmiast przesłano akta biegłemu... ale to nie zmienia faktu, że biegły powinien je mieć u siebie już od trzech tygodni, których nadrobić się teraz nie da i jest ryzyko, że biegły nie zdąży sporządzić opinii przed terminem rozprawy, którą trzeba będzie przez to odroczyć...

I dalej, kolejna bomba. Pismo zawiadamiające o aktualnym adresie pozwanego, które dotarło do sądu na samym początku czerwca zostało podłożone do akt dopiero w połowie sierpnia. A w międzyczasie zdążyłem uchylić nakaz, skierować sprawę do postępowania zwykłego i zawiesić postępowanie z powodu nie podania adresu pozwanego. I co teraz? Przecież nie „ożywię” uchylonego nakazu, więc sprawa musi trafić na rozprawę - gdzieś na początku grudnia. I razem z uprawomocnieniem w najlepszym razie pół roku w plecy. A to nie koniec, bo w następnych aktach mam dokładnie to samo, czyli pismo podłożone po miesiącu od wpłynięcia. Tyle dobrego, że tam akurat podłożenie pisma w terminie nic by nie zmieniło, bo podanie drugi raz tego samego nieaktualnego adresu nic w sprawie nie zmienia.

To wszystko to niestety konsekwencje oszczędności, które od lat fundują sądom kolejni ministrowie sprawiedliwości, a może bardziej jeszcze ministrowie finansów. Bo te wszystkie błędy nie były wcale powodowane tym, że pracownicy sekretariatu odpowiedzialni za rozdział korespondencji nie przykładali się należycie do swej pracy. Przy takiej ilości wpływających codziennie pism (oraz konieczności wykonywania też innych czynności) oni po prostu nie mieli fizycznej możliwości ich podłożenia „na bieżąco”, i to pomimo tego, że regularnie zostawali w pracy po godzinach albo i przychodzili w weekendy. O zatrudnieniu dodatkowej osoby do wykonywania tych czynności można jednak zapomnieć, bo nowych etatów nie ma i nie będzie, a zatrudniać na zlecenie teraz nie wolno. Z kolei błąd polegający na nie wykonaniu zarządzenia, dlatego że akta włożono sędziemu do szafy z jakimś nowym pismem, był następstwem konieczności stosowania „odcinkowego” podziału pracy, w ramach którego każdy robi tylko określone czynności (kto inny podkłada korespondencję, kto inny wysyła akta biegłym, a jeszcze kto inny wysyła wezwania na rozprawę), przez co jedno zarządzenie może wykonywać kilka osób, które „wyrywają” sobie te same akta. A konieczność taka wynika niestety z faktu, że oszczędzanie na wynagrodzeniach pracowników nie sprzyja stabilności zatrudnienia, a nowego pracownika łatwiej jest nauczyć robienia porządnie jednej rzeczy, niż w trybie przyspieszonym przerobić go na kompetentnego sekretarza sądowego zdolnego wykonywać poprawnie wszystkie rodzaje zarządzeń.

Gdzieś przeczytałem, że sprawnie funkcjonujące sądownictwo przekłada się na zwiększenie PKB o całkiem spory procent. Konsekwentnie zatem odpowiedzią na kryzys powinno być zwiększenie nakładów na sądownictwo, usprawnienie jego funkcjonowania, wzmocnienie kadrowe. U nas natomiast sądownictwo jest tym, na czym w pierwszej kolejności się oszczędza, a to dlatego, że można to robić bez konsekwencji politycznych. Przeciwko cięciom w ubezpieczeniach społecznych, w służbie zdrowia, w szkolnictwie zawsze ktoś zaprotestuje, a jak się ogłosi cięcia w sądach to społeczeństwo to poprze, bo przecież wie, że te lenie i nieroby i tak za dużo zarabiają... I tak to się kręci... pytanie tylko jak długo jeszcze...