piątek, 27 lipca 2012

Światełko w tunelu

Kolejna propozycja zmian proceduralnych zawarta w Projekcie Założeń Projektu dotyczy umożliwienia wydawania wyroków na posiedzeniu niejawnym gdy sąd uzna, że przeprowadzenie rozprawy nie jest konieczne. No i tutaj pozostaje mi tylko przyklasnąć, bo sam już parę razy pisałem o tym, ile to czasu jest marnowane na wyznaczanie i przeprowadzanie niepotrzebnych rozpraw. Czyżby to oznaczało, że przez dymy doktrynalnych kadzideł otaczających Autorytety Prawnicze przebiła się wreszcie świadomość, że rozprawa to nie jest żadne mistyczne wydarzenie, w ramach którego dochodzi do przeistoczenia faktów w sprawiedliwy wyrok? Że do wydania rozstrzygnięcia sporu cywilnego nie jest konieczne wygłoszenie rytualnych formułek przez człowieka w urzędowych szatach? Że rozprawa jest tak w zasadzie tylko czynnością techniczną, pewną formułą organizacyjną pozwalającą na dokonanie określonych czynności procesowych (jak np. przesłuchanie świadków)? Że teoryjki o społecznym oddziaływaniu rozprawy, zapewnieniu w ten sposób jawności i takich tam nie mają nic wspólnego z rzeczywistością i są bezmyślnym kopiowaniem tez z XIX-wiecznych publikacji? Oby tak było, bo jeżeli chodzi o skrócenie okresu oczekiwania na rozprawę to likwidacja zbędnych rozpraw jest najlepszym sposobem osiągnięcia tego celu.

W założeniach do proponowanej regulacji autor wskazuje, że wydanie wyroku na posiedzeniu niejawnym miałoby być dopuszczalne „gdy pozwany uzna powództwo, oraz gdy po złożeniu przez strony pism procesowych i dokumentów, jak również po wniesieniu zarzutów lub sprzeciwu od nakazu zapłaty, albo sprzeciwu od wyroku zaocznego sąd uzna – mając na względzie całokształt zgłoszonych twierdzeń i dowodów – iż przeprowadzenie rozprawy nie jest konieczne”. Takie uregulowanie, jeżeli przybierze postać przepisu, pozostawiać będzie zatem sędziemu podjęcie decyzji co do tego, czy jest potrzeba wyznaczenia rozprawy, eliminując przypadki, w których rozprawa z góry wiadomo, że jej przeprowadzenie nic sądowi nie da. Przykłady takich rozpraw przytaczałem już wcześniej, ale warto je jeszcze raz dla porządku wymienić. Są to więc rozprawy wyznaczane pomimo nie podjęcia obrony przez pozwanego, bo nie można wydać wyroku zaocznego na posiedzeniu niejawnym. Są to także rozprawy toczące się w sprawach, gdzie powództwo jest oczywiście bezzasadne, albo zachodzi oczywisty brak legitymacji procesowej (albo taki brak wynika z odpowiedzi na pozew). Przykładowo – sprawa o zwolnienie przedmiotu spod egzekucji wytoczona przeciwko komornikowi (powinna być przeciwko wierzycielowi) albo powództwo o zawarcie umowy najmu oparte wyłącznie o art. 5 kc. (to przykłady z dzisiejszego „wpływu”). Mogą to być także sprawy, w których spór stron dotyczy tylko interpretacji przepisu przy niespornym stanie faktycznym, albo gdzie jedynymi dowodami są dowody z dokumentów, które załączono do akt. Tam rozprawa ogranicza się do streszczenia przez pełnomocników argumentacji zawartej w pismach procesowych, a jej przebieg nie ma w zasadzie żadnego wpływu na treść rozstrzygnięcia, które i tak opierać się będzie na dokumentach. Podobnie są to rozprawy, które toczą się po podniesieniu przez pozwanego skutecznego (nie kwestionowanego przez powoda) zarzutu przedawnienia - trzeba wtedy wyznaczyć rozprawę tylko po to, żeby oddalić powództwo. Nie sposób też pominąć faktu, iż wiele sprzeciwów nie zawiera tak w zasadzie żadnych argumentów, nad którymi można by „rozprawiać” bo ogranicza się do stwierdzenia, że pozwany nie ma z czego zapłacić więc wnosi o oddalenie powództwa. A każda z takich niepotrzebnych rozpraw blokuje miejsce na wokandzie, przez co na sprawy, które naprawdę wymagają rozpoznania na rozprawie trzeba dłużej czekać. A na tym cierpią wszyscy.

Niestety w proponowanej regulacji zawarto jeden wyjątek. Otóż autor proponuje, aby wydanie wyroku na posiedzeniu niejawnym było niedopuszczalne, jeżeli strona w pierwszym piśmie procesowym zażąda przeprowadzenia rozprawy. Zastanawiam się tylko, czy autor konkretnego przepisu będzie miał odwagę sformułować go w sposób jednoznacznie określający skutki tej propozycji. Czy zobaczymy w kodeksie przepis o treści „w pierwszym piśmie procesowym strona może zażądać przeprowadzenia nawet niepotrzebnej, bezprzedmiotowej i bezcelowej rozprawy”? Bo taki będzie właśnie skutek wprowadzenia proponowanej regulacji. Bo w końcu jeżeli już zgadzamy się, że w niektórych przypadkach przeprowadzanie rozprawy jest niepotrzebne, to czy złożenie wniosku przez stronę uczyni ją celową i potrzebną?. Jaki będzie cel przeprowadzenia na wniosek strony rozprawy w sprawie wytoczonej przeciwko kierownikowi Zarządu Gospodarki Nieruchomościami (jako osobie fizycznej) o nakazanie przyznania lokalu komunalnego? Z czego miałaby wynikać potrzeba rozprawiania na rozprawie nad sprzeciwem pozwanego sprowadzającym się do zarzutu przedawnienia dochodzonej przez któryś Fundusz Sekukuryku należności z faktury za telewizję satelitarną wystawionej w 1996 r. ?

Oczywiście nie mam złudzeń, że przepis zobowiązujący sąd do przeprowadzania na wniosek strony niepotrzebnych rozpraw wejdzie w życie. Bo jakby go nie było Autorytety Prawnicze ruszyłyby na krucjatę w obronie praw obywatelskich, jawności, prawa do sądu i takich tam. No więc będzie sobie leżał jako taki wyjątek dla spokoju sumienia, okazjonalnie nadużywany przez różnych pieniaczy tudzież panów mecenasów, którzy (oczywiście w interesie klienta) będą z niego korzystali by odwlec zakończenie postępowania. Chciałbym więc tylko, aby oprócz niego wprowadzono do kodeksu jeden mały przepis... przepis, który stanowiłby, że jeżeli strona zażądała przeprowadzenia rozprawy to jej stawiennictwo na rozprawie jest obowiązkowe, a za nieusprawiedliwione niestawiennictwo wymierzane będą kary. W końcu skoro sama chciała rozprawy, to niech teraz przychodzi, co nie?

piątek, 20 lipca 2012

Będzie Teraz Elektronicznie

Kolejna zmiana zapowiadania w Projekcie Założeń Projektu Ustawy, który dostałem do zaopiniowania dotyczy Bankowych Tytułów Egzekucyjnych. Autorzy zapowiadają wprowadzenie w tym zakresie nowoczesnej e-procedury i stworzenie w tym celu wyspecjalizowanego e-sądu do nadawania klauzul co przyspieszy, ułatwi i odciąży. Zapowiedzi piękne, ale w tym miejscu należy zadać przede wszystkim jedno zasadnicze pytanie: a niby dlaczego mamy tworzyć specjalny sąd tylko dla banków? I kolejne, jeszcze dalej idące – a dlaczego w ogóle banki mają mieć prawo wydawania nakazów zapłaty, i to nakazów od razu prawomocnych? Bo przecież taki bankowy tytuł egzekucyjny z punktu widzenia osoby wskazanej w nim jako dłużnik w zasadzie nie różni się od nakazów zapłaty, a nawet jest jeszcze gorszy, bo od nakazu można się odwołać, a od BTE nie można. Co więcej, jako że o wystawieniu BTE dłużnik dowiaduje się dopiero od komornika (a raczej od księgowego w firmie, po tym jak komornik mu zajmie pensję) to zanim zdoła dowieść swoich racji (np. podnieść zarzut przedawnienia) może być już po wszystkim.

Tak, znam argumenty przemawiające za funkcjonowaniem bankowych tytułów egzekucyjnych. Bankowi lobbyści rozpowszechniają je wszem i wobec, opowiadając, że szybka egzekucja pozwala zachować stabilność systemu, chroni interesy klientów i takie tam. Dobra, ale czy tego samego nie można powiedzieć o innych przedsiębiorcach? W końcu nie od dziś wiadomo, że zatory płatnicze są poważnym problemem, a upadek jednej firmy z powodu opóźnień w płatności może pociągnąć za sobą cały łańcuszek upadłości no i narazić na nędzę bardzo wiele osób. Dlaczegoż więc nie wprowadzić np. „Budowlanych Tytułów Egzekucyjnych” które wystawialiby podwykonawcy inwestorowi? Albo „Ubezpieczeniowych Tytułów Egzekucyjnych” dla usprawnienia ściągania przez firmy ubezpieczeniowe należnych im składek i roszczeń regresowych? A może od razu zapiszmy, że podpisana przez nabywcę faktura po upływie terminu płatności staje się „Handlowym Tytułem Egzekucyjnym”? W końcu to przede wszystkim drobni przedsiębiorcy, o niewielkich zasobach finansowych powinni mieć możliwość szybkiego egzekwowania należności, bo to dla nich zatory płatnicze są najbardziej niebezpieczne, co nie?

Oczywiście w tym miejscu od razu pada argument, że banki podlegają ścisłej kontroli i nadzorowi finansowemu, więc nie można ich porównywać z innymi przedsiębiorcami, no bo jak. Prawda, tyle tylko, że ów nadzór i kontrola wcale nie dotyka kwestii, która jest największym problemem w przypadku Bankowych Tytułów Egzekucyjnych, to jest prawidłowości naliczania zobowiązań. Rewidenci, nadzory, kontrole, inspekcje księgowe mogą sprawdzać poprawność rachunków, wyniki dodawania, odejmowania, mnożenia przez procenty i takie tam. Ale nie mogą, i nie sprawdzają tego, czy to, co bank wpisuje klientowi po stronie „winien” jest zgodne z zawartą z nim umową i z obowiązującym prawem. Nie sprawdzą, czy bank uwzględnił zgłoszony przez klienta zarzut przedawnienia, ani czy wpłata klienta została zaksięgowana zgodnie z jego dyspozycją na przelewie co do tego, jaki dług spłaca. Rozpoznawałem do tej pory kilkanaście powództw o pozbawienie wykonalności Bankowego Tytułu Egzekucyjnego (bo to jest jedyny dziś sposób na podważenie twierdzeń banku co do istnienia zadłużenia wskazanego w BTE) i to co w nich widziałem całkowicie odebrało mi zaufanie do tego, co banki w nich wypisują. Na przykład pewien Bank wykonał pewnego razu zajęcie komornicze w ten sposób, że zrobił na rachunku klienta debet, a potem na ten debet wystawił sobie BTE. Inny wystawił klientowi zaświadczenie, że kredyt został w całości spłacony, co nie przeszkodziło mu parę lat później wystawić BTE na zadłużenie z tytułu tego właśnie kredytu. Jeszcze inny wpisał w BTE sporą kwotę (tak z 80% całej należności) tytułem „umownych odsetek karnych”, chociaż w umowie nie było ani słowa o takich odsetkach. O takich „drobiazgach” jak dopisywanie do długu różnych „opłat windykacyjnych”, „opłat karnych za opóźnienie w płatności” czy „zryczałtowanych opłat za monit” nie warto nawet pisać, bo to można znaleźć praktycznie w każdym BTE. Najwidoczniej orzeczenia Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumentów uznające takie praktyki za niedozwolone nie dotarły jeszcze do świadomości banków. No to jak to było z tą wiarygodnością oświadczeń banków?

Na koniec pozostał jeszcze jeden argument, chociaż tak w zasadzie to powinienem był od niego zacząć. Otóż Trybunał Konstytucyjny wyrokiem z dnia 15 marca 2011 r. (sygn. akt P 7/09) uznał za niezgodny z Konstytucją przepis art. 95 ust 1 Prawa bankowego, który to przepis przyznawał wyciągom z ksiąg banków moc dokumentu urzędowego w odniesieniu do praw i obowiązków wynikających z czynności bankowych w postępowaniu cywilnym prowadzonym wobec konsumenta. Oznacza to, że dzisiaj oświadczenie banku co do faktu istnienia długu ma moc wyłącznie dokumentu prywatnego, i nie różni się w żaden sposób od oświadczenia każdego innego przedsiębiorcy. Nie ma zatem żadnego powodu, by w dalszym ciągu funkcjonował przepis umożliwiający traktowanie takich oświadczeń banku (bo czymże innym jest Bankowy Tytuł Egzekucyjny jak nie wyciągiem z ksiąg banku) na równi z orzeczeniami sądu. Zamiast usprawniania nadawania klauzul wykonalności takim oświadczeniom powinno się zatem zlikwidować w całości ten niczym nie uzasadniony, i zbyt często nadużywany przywilej. Środki przewidziane na budowę specjalnego sądu dla nadawania klauzul wykonalności prywatnym oświadczeniom prywatnych przedsiębiorców prowadzących prywatnie działalność bankową, powinny być zaś przekazane na zaspokojenie rzeczywistych potrzeb sądownictwa. Jak na przykład stworzenie skutecznego systemu wymiany informacji między sądami i sprawnej służby doręczeniowej. Albo podwyżki dla pracowników sądów, o sędziach nie wspominając.

piątek, 13 lipca 2012

Projekt projektu

Dostałem, celem zgłoszenia uwag kolejny projekt nowelizacji Kodeksu postępowania cywilnego. A dokładnie projekt założeń do projektu (to coś jak „kandydat na kandydata”). Oczywiście czasu na sensowne przygotowanie uwag i wyrażenie opinii nie było (bo pismo jak zwykle wysłano z ministerstwa 8 czerwca z datą udzielenia odpowiedzi na 30 czerwca) więc i nic nie napisałem, co nie znaczy, że nie mam na ten temat nic do powiedzenia. Bo niestety chociaż przedstawiony projekt idzie w dobrym kierunku, widać po nim, że jego autorzy nadal tkwią w doktrynalnym błocie.

Jedno co ciekawe to to, że niektóre z proponowanych założeń (np. automatyczne rozstrzyganie zbiegów egzekucji) idą totalnie pod prąd ostatniej nowelizacji, a w zgodzie z postulatami praktyków. Czyżby wreszcie do kogoś dotarło, że państwo i jego obywatele to żywy organizm, a nie abstrakcyjny teoretyczny podmiot na którym można sobie doświadczalnie sprawdzać koncepcje naukowe? Chociaż chyba nie do końca, bo któremuś z autorów najwyraźniej wydało się konieczne uregulowanie kwestii stosowania przepisów o formie oświadczeń woli do „oświadczeń uczuć”. Ale to pewnie dlatego, że w Niemczech to jest uregulowane, więc jakakolwiek dyskusja na temat zasadności wprowadzenia tego samego rozwiązania u nas jest zbędna. Zobaczmy więc dokładnie co tam mamy...

No tak. Spora część projektu założeń do założeń tego projektu założeń dotyczy informatyzacji procesu cywilnego. Planuje się więc wprowadzenie „elektronicznego wyroku”, „elektronicznych pism procesowych”, oraz „elektronicznych doręczeń”. To krok w dobrym kierunku, o ile wdrożenie odpowiednich przepisów nie ograniczy się do ich uchwalenia i zrobienie „pilotażu” tak jak to jest dzisiaj z nagrywaniem rozpraw. Zresztą właśnie nagrywania dotyczy wiele proponowanych zmian. Tak jest, jeszcze go do końca nie wdrożono, a już zmieniają. Cóż tam jest? Ano przyznanie się po kryjomu do winy, że przyjęty pomysł na nagrywanie jest niepraktyczny, a krytykujący go sędziowie mieli rację. Proponuje się na przykład udostępnianie stronom także zapisu obrazu (a nie tylko dźwięku), bo wreszcie do kogoś dotarło, że na prawdziwej rozprawie (a nie przedstawieniu dla ministra) ludzie czasami się przekrzykują i na podstawie samego nagrania trudno jest ustalić kto i co powiedział. Rozszerzony ma być też protokół „skrócony” o „wyniki postępowania dowodowego”, znaczy się zeznania też będziemy protokołować tak jak dzisiaj. Do prawodawców dotarło też wreszcie, że uzależnienie dokonania transkrypcji od zgody prezesa sądu to idiotyczny pomysł, więc proponują by robił to przewodniczący - dokładnie tak jak od samego początku postulowali sędziowie, a których postulaty wówczas zignorowano. Postanowiono też (po trzech latach obowiązywania ustawy) rozwiązać też inny problem, którego istnienie sędziowie sygnalizowali (a ustawodawcy nie zauważali) od samego początku. Otóż będzie można zawrzeć ugodę na rozprawie protokołowanej elektronicznie, spisując ją na osobnej kartce, załączanej następnie do protokołu. Inna kwestia, że nie bardzo wiadomo na czym ten dokument miałby być napisany, skoro do komputera-końcówki systemu e-protokołu nie można wkładać pendrajwów, i nie ma na niej zainstalowanego Worda. Ale może za kolejne trzy lata i do tego dojdą.

Poprawki nie ominą także Elektronicznego Lubelskiego Sądu Dla Roszczeń Przedawnionych Uprawomocnianych Na Awizie. Niestety jakoś nie wspomina się o wprowadzeniu obowiązku złożenia przez powoda (lub jego pełnomocnika) oświadczenia pod rygorem 233 kk że zgłoszone dowody znajdują się w jego posiadaniu. Co, jak podejrzewam, spowodowałoby drastyczne zmniejszenie wpływu spraw do tegoż sądu. Nie ma też nic o wyłączeniu w postępowaniu elektronicznym stosowania art. 139§1 kpc do pierwszego doręczenia w sprawie. Zamiast tego proponuje się możliwość składania „z góry” wniosku u umorzenie postępowania w przypadku braku podstaw do wydania nakazu zapłaty, albo nieaktualnego adresu pozwanego, niestety bez wyraźnej sankcji procesowej ani karnej za ponowne złożenie takiego samego pozwu, na zasadzie, a nuż może tym razem nie odbiorą i się uprawomocni. Zdecydowano się natomiast – i słusznie - naprawić idiotyzm zawarty w przepisie art. 505(37) kpc polegający na konieczności wzywania najpierw powoda do uzupełnienia już raz wniesionego pozwu, a potem pozwanego do uzupełnienia jego skutecznie wniesionego sprzeciwu (zresztą bez żadnej sankcji w wypadku nie zrobienia tego). Przepis ma teraz stanowić, że jedynym brakiem podlegającym uzupełnieniu będzie brak pełnomocnictwa, o co (podobno) autorom przepisu chodziło od samego początku. Szkoda więc, że tego nie napisali, bo niestety „usunięcie braków formalnych pozwu i uzupełnienie pozwu w sposób właściwy dla danego postępowania” oznacza konieczność wezwania do złożenia pozwu na formularzu, podpisanym, z odpisami, pełnomocnictwem, KRS, itd, itp. bo taka właśnie forma jest „właściwa” dla postępowania w papierowym sądzie.

No. To tyle na dziś. Ale nawet pobieżne przejrzenie projektu wskazuje, że będzie jeszcze o czym pisać. Sama koncepcja e-BTE zasługuje na osobną uwag, więc ciąg dalszy nastąpi.

piątek, 6 lipca 2012

Lato, lato wszędzie...

Nadeszło prawdziwe lato. Upalne i burzowe. I jak co roku w pracy zacząłem widywać to:

Tak jest, ten termometr, wiszący w moim służbowym pokoju wskazuje +32 stopnie. Przy wilgotności wynoszącej około 60% daje to warunki jak w tropikalnej dżungli. Może otworzyć okno? Niby można, ale co to da? Okno wychodzi tuż nad nagrzanym dachem więc na zewnątrz powietrze jest jeszcze gorętsze. Termometr za oknem wskazuje +36 stopni. Zresztą samo otwarcie okna nic nie da – musiałby być przeciąg, żeby powietrze z zewnątrz dostało się do środka. A na to niestety nie ma co liczyć, bo na korytarzu nie ma okien i powietrze jest tak samo gorące. Zresztą nie bardzo odpowiada mi prowadzenie polityki „otwartych drzwi”, bo niestety korytarz służy za poczekalnię dla interesantów, co nie sprzyja skupieniu. I bynajmniej nie chodzi mi o to, że wstydzę się tego, co robię w pokoju, ale nie do końca jestem zainteresowany wysłuchiwaniem jak to sąd jest w zmowie z miastem, bankiem i telekomunikacją celem odebrania pewnej pani mieszkania za żydowskie pieniądze.

Czy zwracałem się drogą służbową o zaradzenie temu? Ależ oczywiście, indywidualnie i grupowo. Odpowiedź jest zawsze taka sama. Na montaż klimatyzacji (do zainstalowania której budynek został przystosowany – są odpowiednie instalacje) nie ma szans bo nie ma pieniędzy, a poza tym sąd ten budynek tylko wynajmuje więc na wszelkie inwestycje musi się zgodzić właściciel. A tak w ogóle to dostaliśmy wiatraki, i to powinno wystarczyć. Może i powinno, ale nie wystarcza, bo niestety od mielenia powietrze nie stanie się ani chłodniejsze ani mniej wilgotne. Zezwala się też w okresie upałów na wcześniejsze wyjście do domu – tyle tylko że przy zadaniowym czasie pracy to mnie nijak nie urządza, bo do domu to ja sobie mogę iść w każdej chwili, ale mam robotę to zrobienia. Ach faktycznie, byłbym zapomniał. Dostajemy też przydział 6 butelek wody mineralnej na głowę co dwa tygodnie. Chwali się to, chwali, tyle tylko że to nic nie daje. Bo jest różnica pomiędzy pracą fizyczną w upale, a pracą umysłową w upale, gdzie problemem wcale nie jest odwodnienie tylko spadek sprawności intelektualnej. W upale po prostu ciężko się myśli, a na to nie pomoże ani woda mineralna (w dodatku o temperaturze pokojowej bo nie ma lodówki) ani też dmuchanie wiatrakami. Tu potrzebne jest stworzenie odpowiedniego mikroklimatu w pomieszczeniu, na który składa się i odpowiednia temperatura i właściwa wilgotność powietrza. A tego, w pomieszczeniach zbudowanych jak termosy (gips-karton z każdej strony) bez klimatyzacji zrobić się nie da.

Tak, rozumiem że jest kryzys, trzeba oszczędzać i nie ma pieniędzy na takie fanaberie jak klimatyzacja w pokojach sędziów. Trudno. Najwyżej parę spraw będzie się toczyło parę miesięcy dłużej, bo zmęczony afrykańskim klimatem w pokoju nie zauważę czegoś istotnego w aktach, i na przykład będę przeprowadzał zbędne dowody, które powinienem oddalić. Może być też tak, że wyczerpanie upałem sprawi, że nie będzie mi się chciało drążyć problemu, więc przyjmę najprostsze możliwe rozwiązanie, alby tylko mieć to już za sobą. Jestem tylko człowiekiem. Aktualnie siedzę nad skomplikowaną, wielowątkową sprawą o dział spadku, jak sądzicie jaki wpływ ów upał będzie miał na moją zdolność do analizowania dowodów i wyciągania wniosków? Jak długo będę w stanie skoncentrować się na problemie zanim moje myśli odpłyną w stronę „kończmy to i idźmy do domu, bo tam jest przynajmniej chłodniej”? Na jak długo wystarczy mi w tym upale poczucia obowiązku i zapału do pracy? Tego poczucia obowiązku, które każe mi przygotować się porządnie do rozprawy, wynotować pytania do świadków, opracować koncepcję dalszego postępowania, a nie tylko szukać tylko pierwszego możliwego powodu żeby ją odroczyć na za trzy miesiące?

Zapewnienie sędziom odpowiednich warunków pracy nie ma na celu tego aby sędziom było wygodnie. Nie chodzi tu też o to, że państwo winno dbać o to, by sędziowie nie mieli gorąco w pokojach. Tu chodzi o to, że obowiązkiem wszystkich władz państwowych jest zapewnienie obywatelom możliwości faktycznej realizacji przez nich prawa do sądu. A zatem także tego, żeby ich spraw nie sądzili sędziowie wyczerpani upałem, którzy mają dość wszystkiego i myślą tylko o tym, żeby pójść do domu. Mam nadzieję, że w końcu ktoś „tam, na górze” się ocknie i to dostrzeże.

niedziela, 1 lipca 2012

Trzech kłamczuszków

No i jak zwykle temat kolejnego wpisu znalazł się sam, choć w ostatniej chwili. Jak podała bowiem "Gazeta Prawna" do świadomości naszych prawodawców przebiły się wreszcie krytyczne uwagi pod adresem testamentów ustnych i postanowili je zlikwidować. A mnie pozostaje tylko napisać, że szkoda, że tak późno.

O co w tym wszystkim chodzi? Ano zacznijmy od tego co to jest testament ustny. Jest to testament sporządzany poprzez wyrażenie swej ostatniej woli w obecności trzech świadków przez osobę, która obawia się rychłej śmierci. No i rozumiem, że w tym miejscu sam nasuwa się obraz człowieka, który na łożu śmierci rozrządza majątkiem wobec zebranej rodziny. Albo ciężko rannego w wypadku samochodowym, który wobec zebranych gapiów oświadcza, że cały majątek zostawia bratankowi. Tyle tylko, że gdyby tak to właśnie wyglądało, to nie byłoby żadnego problemu. Ale niestety wygląda to zupełnie inaczej. A jak? Ano popatrzmy.

Pierwsza sprawa. Wniosek o stwierdzenie nabycia spadku, z testamentu ustnego na rzecz wnuczki. Jest spisany testament, wszystko wygląda ładnie... ale potem zaczynam przesłuchiwać świadków i czar pryska. Bo co się dowiaduję? Ano że faktycznie to było w ostatnią Wigilię, No i faktycznie tam wszyscy siedzieli. I babcia mówiła, że to już jest chyba jej ostatnia Wigilia. No i że babcia powiedziała, że to mieszkanie to przepisze na wnuczkę Weronikę. Dobra. Ale gdzie tu testament? Gdzie kategoryczna wola rozrządzenia majątkiem na wypadek śmierci? Gdzie świadkowie przywołani by byli adresatami oświadczenia woli? Nie ma. Jest tylko gadanie przy stole. Świadkowie w dodatku wprost mi powiedzieli, że tego co spadkodawczyni mówiła to nie brali na poważnie, bo takich "ostatnich Wigilii" to już było parę, a o tym "przepisaniu" to też słyszeli od paru lat.

Druga sprawa. Ponownie testament ustny, tym razem na rzecz bratanicy. Znowu słucham trzech świadków. Tak, byli u cioci. Owszem, była już słaba i chora, nie wstawała z łóżka. No i powiedziała, że po jej śmierci wszystko ma dostać Krystyna. Pięknie. Ale potem zaczynam drążyć temat, i słyszę od dwójki świadków, że tak naprawdę to ze spadkodawczynią to rozmawiała tylko mama, a oni to siedzieli przy stole i oglądali album ze zdjęciami, albo chodzili po domu, bo trzeba było coś tam pomóc posprzątać. W zasadzie coś tam słyszeli, ale nie zwracali uwagi, bo nie uczestniczyli w rozmowie, mama omawiała z ciocią jakieś sprawy. A skąd wiedzą o testamencie? Ano w rodzinie wszyscy wiedzieli że ciocia chce żeby tak było, no i mama im powiedziała. I gdzie ci trzej świadkowie jednocześnie obecni? Świadkowie wobec których wyrażono ostatnią wolę? Którzy mieli świadomość, że są adresatami wypowiedzi testatora? Ano nie było. I testamentu też nie było.

Te dwa przypadki obrazują najpoważniejszy problem z testamentami ustnymi, to znaczy to, że takie testamenty często próbuje się "tworzyć" na siłę by zastąpić nimi testament, który powinien był zostać sporządzony, ale nie został. Przerabia się więc na testament różne gadki-szmatki przy herbatce, dopina na siłę "świadków" spośród osób obecnych (albo i nie obecnych) przy jakiejś wypowiedzi testatora. Albo w ogóle kompiluje cały testament z wielu drobnych wypowiedzi i sugestii, czyli zmyśla całą sytuację od początku do końca. Pół biedy, jeśli taki "wymyślony" testament odzwierciedla wolę testatora, której z jakiegoś powodu nie zdołał on wyrazić w prawem przewidzianej formie. Bo równie często zdarza się, że takim testamentem "z kapelusza" próbuje się tę wolę wykreować, albo co gorsza podważyć. Bo dla majątku ludzie są zdolni zrobić bardzo wiele, a kłamstwo przed sądem przychodzi im bardzo łatwo.
 
Pewnego razu trzech ludzi wmawiało mi, że odwiedzili spadkodawcę na jak leżał na onkologii i on wtedy im powiedział, że ten testament co napisał, to jest nieważny, bo żona go zmusiła do jego napisania, i że cały majątek ma dostać jego wychowanek. Wszystko zeznali pięknie ładnie spójnie i wiarygodnie, tyle tylko, że spadkodawca po pierwsze przez cały czas pobytu na oddziale był nieprzytomny, a po drugie to nawet jakby się ocknął (cuda w medycynie czasem się zdarzają) to i tak nie byłby w stanie nic powiedzieć, bo miał zaawansowanego raka krtani. Co kategorycznie stwierdzili lekarze. I co ja miałem zrobić z takimi "cudotwórcami"? Co miałem zrobić z człowiekiem, który wmawiał mi, że był świadkiem testamentu w dniu, w którym akurat był na wycieczce w Tunezji? Albo tym, który spisując "od razu, przy łóżku testatora" testamet wpisał na nim numer dowodu osobistego, który wydano mu kilka miesięcy później?

To wszystko, te wszystkie nadużycia, sprawiają że należy jak najszybciej zamknąć tę furtkę pozwalającą "kreować" testamenty. Bo nawet najlepsze metody przesłuchiwania nie dają szansy wychwycenia fałszywego testamentu ustnego, jeżeli tylko jego "twórca" dobrze wszystko przemyśli i zaplanuje. Testament własnoręczny możemy porównać z pismem testatora. Notarialnego podrobić się nie da. Ale wiarygodność ustnego ocenić można tylko w oparciu o to, czy wierzymy świadkom, czy nie. A to niestety zależy niemal wyłącznie od tego jak dobrze nauczono świadków. Bo dobrej historyjki nawet najlepszy sędzia nie podważy.