sobota, 28 stycznia 2012

Sąd honorowy

Jakiś czas temu na zaprzyjaźnionym blogu przeczytałem bardzo interesujące podsumowanie koncepcji i wielkiego sukcesu e-sądu mającego stanowić – w świetle tego co politycy mówią do kamer – sztandarowy przykład pozytywnych przemian w wymiarze sprawiedliwości. Określono tam e-sąd mianem „sądu honorowego”. A to dlatego, że ów „sąd” wydając nakazy zapłaty nie sprawdza niczego, nie analizuje dowodów, nie bada czy roszczenie znajduje w nich oparcie, nie zastanawia się nawet, czy jest ono zasadne. Dlaczego? Ano dlatego, że w tym „sądzie” żeby dostać nakaz zapłaty wcale nie trzeba przedstawić dowodów, wystarczy napisać jakimi dowodami chciałoby się udowodnić to żądanie. A napisać można tam cokolwiek, bo nikt tego nie ma prawa sprawdzić, zaś samo oświadczenie co do zgłaszanych dowodów nie jest składane pod rygorem odpowiedzialności karnej za złożenie fałszywego zeznania w wypadku, gdyby zgłoszonych dowodów się nie posiadało. „Sąd” ten wydaje zatem nakazy „na słowo honoru” wierząc, że faktycznie to, co napisano w pozwie, to jest prawda. Że faktycznie jest taki dług, że istnieje faktura na daną kwotę i że dany człowiek faktycznie podpisał umowę z której wynika obowiązek zapłaty. Pytanie tylko ile wart jest honor takiego e-powoda i jego pełnomocnika. Czy faktycznie można mu ufać, bo jego słowo jest więcej warte niż pieniądze, czy też może obowiązuje tu zasada, że w biznesie wszystkie chwyty dozwolone, śmierć frajerom i takie tam. Popatrzmy zatem jak ów e-„sąd” widać z perspektywy „prawdziwego” sądu.

No tak. Na początek może warto zapytać jak do zasady zaufania do powoda ma się na przykład wnoszenie pozwów o zapłatę, w których jako dowody przywołuje się „fakturę VAT, jeżeli ją wystawiono” albo „aneks do umowy, jeżeli go podpisano”? Czyż nie oznacza to przypadkiem tyle, że rzeczony powód, a w zasadzie jego pełnomocnik nie tylko nie wie tego, czy zgłoszone przez niego dowody potwierdzają jego roszczenie, ale nawet nie jest w stanie stwierdzić, czy one w ogóle istnieją. Czy faktycznie taki ktoś zasługuje na to, by wierzyć mu na słowo? A co z tymi, którzy jako „dowód” w postępowaniu elektronicznym powołują tylko „umowę cesji wierzytelności” i „oświadczenie o dokonaniu cesji”. W jaki sposób na podstawie takich „dowodów” mogą oni ocenić, czy dochodzone przez nich roszczenie w ogóle istnieje? Skąd bierze się ich przekonanie, że wierzytelności, które kupili rzeczywiście istnieją i są wymagalne? A to nie są przykłady brane ze spraw, w których e-sad odmówił wydania nakazu. Takie "kwiatki" trafiają do mnie po sprzeciwach od nakazów wydanych na podstawie takich "dowodów" !

Dalej, jak długo można wierzyć na słowo powodowi, który wnosząc pozew do e-sądu zgłasza jako dowód fakturę VAT, której faktycznie nie posiada, i której pewnie nawet nie widział na oczy? A takich przypadków jest mnóstwo – wystarczy przywołać tylko te, w których po wezwaniu do przedłożenia dowodów zgłoszonych w pozwie złożonym w EPU nadchodzi pismo, w którym pełnomocnik powoda informuje, że zgłoszonych przez siebie dowodów, to on tak naprawdę nie ma, więc wnosi, by sąd zażądał przedłożenia ich przez jakąś osobę trzecią – najczęściej zbywcę wierzytelności. I najwidoczniej nie widzi nic złego w tym, że właśnie zażądał zasądzenia od jakiegoś człowieka sporej kwoty pieniędzy nie wiedząc nawet, czy faktura, na którą się powołał faktycznie potwierdza to, co napisał w pozwie. Nawiasem mówiąc w jednym z takich przypadków, po zapoznaniu się z samą fakturą okazało się, że wystawiono ją na panią Henrykę, a nie, jak pan mecenas raczył napisać w pozwie, pana Henryka. I cóż z tego? Ano nic. Pan mecenas napisał pismo „prostujące oczywistą omyłkę w pozwie”. Jakoś nie zauważył chyba, że największą pomyłką było tu wniesienie przez niego pozwu bez zapoznania się z dowodami, na których miał być oparty.

A czasem bywa jeszcze gorzej. Oto po przekazaniu sprawy przez e-„sąd” prawdziwemu sądowi, okazuje się, że zamiast powołanych jako dowody „umowy”, „faktury”, „noty obciążeniowej” i takich tam pełnomocnik powoda przedstawia sądowi tylko „załącznik do umowy cesji” albo „wyciąg z wykazu wierzytelności”. Inaczej mówiąc ze złożonego przez niego pozwu wynika, że domaga się on zapłaty takiej, a takiej kwoty, w oparciu o konkretnie wskazane faktury, ale jak przychodzi co do czego, to to na dowód tego że powodowi należą się pieniądze przedstawia kartkę papieru, na której sam napisał, że powodowi należy się od pozwanego tyle, a tyle pieniędzy. Śmieszne? Też, ale częściej żałosne. Zwłaszcza wtedy, gdy taki "dowód" składany jest w odpowiedzi na sprzeciw od nakazu zapłaty, w którym pozwany kwestionuje istnienie długu, podnosząc, iż powód nie przedstawił żadnych dowodów. Muszę przyznać, że za każdym razem zastanawiam się, jak można robić coś takiego i się tego nie wstydzić. I jak to się ma do profesjonalizmu, etyki i takich tam haseł, którymi regularnie „korporacyjni” odpowiadają na propozycje „otwarcia zawodów prawniczych”.

Czy w takiej sytuacji uczciwym wobec obywateli jest dalsze funkcjonowanie pseudosądu wydającego hurtowo nakazy zapłaty „na słowo honoru”, gdy ów honor jak się okazuje jest łatwo wymienialny na „interes klienta”? Wydaje się jednak, że na szybkie ucywilizowanie tej fabryki nakazów nie ma co liczyć. Zbyt duży sukces medialny, i zbyt ładnie wyglądają okrągłe liczby „załatwionych spraw”. Dopóki taki e-nakaz wydany na „słowo honoru” w oparciu być może istniejące dowody i uprawomocniony „na awizie” nie dotknie osobiście któregoś z prominentnych polityków to problemu zapewne nie będzie. Bo, to, że bicie rekordów „załatwień” w e-sądzie następuje kosztem zwykłych obywateli nikogo nie obchodzi. Ale zapewne nawet i wtedy panowie politycy zamiast uderzyć się we własne piersi, które tak gorliwie wystawiają do kamer przy okazji kolejnych „sukcesów” e-sądu będą poszukiwać winnych wśród złych, niedouczonych sędziów, którzy nie dorośli do prawidłowego korzystania z tak wspaniałego narzędzia jakim jest e-sąd, przez co ośmielili się wydać nakaz przeciwko Panu Ministrowi wyłącznie dlatego, że ktoś napisał, ze Pan Minister jest mu winien pieniądze. A to przecież oczywiste, że Pan Minister nie jest nikomu nic winien. Co świadczy o tym, że należy dalej wzmocnić nadzór polityków nad sądami, żeby do takich pomyłek nie dochodziło...

sobota, 21 stycznia 2012

Bezmózgi dureń

Poprzednio opublikowany tu "List skorumpowanego drania" zyskał wielu czytelników, a przy tej okazji zapowiedziałem kontynuację tego cyklu. No i tak przyszła kolej na kolejny list... a zatem Szanowna Pani...

...napisała Pani we wniosku, że życzy sobie stwierdzenia nabycia spadku po ojcu, na podstawie jego notarialnego testamentu. Podała w nim Pani, że ojciec był rozwiedziony i nikogo poza Panią nie pozostawił. Załączyła Pani do wniosku wszystkie potrzebne dokumenty, w tym ów testament i odpisy aktu zgonu ojca oraz swego aktu małżeństwa. Wprawdzie zamiast odpisu aktu małżeństwa załączyła pani tylko wyciąg z niego (taki wąski pasek papieru wydany kilkadziesiąt lat temu), w którym nie podano imion rodziców, ale to drobiazg, łatwy zresztą do poprawienia. W sumie sprawa wyglądała na łatwą, i spodziewałem się zakończyć ją na pierwszym terminie rozprawy, to jest za jakieś trzy miesiące. Dlaczego nie od razu? Ano dlatego, że Pani sprawa jest jedną z ponad trzystu, które jednocześnie rozpoznaję, tak więc musi zaczekać na swoją kolejkę. Co zresztą wytłumaczyła Pani sędzia przewodnicząca wydziału, gdy po otrzymaniu wezwania na rozprawę poszła Pani do niej żądać rozpoznania sprawy „w rozsądnym terminie”.

I tu muszę się przyznać, że popełniłem błąd, który spowodował, że sprawa trwała dłużej, niż powinna. A mój błąd polegał na tym, że uwierzyłem Pani na słowo. Może zmylił mnie „profesjonalnie” wyglądający wniosek i dlatego uznałem, że Pani ma świadomość znaczenia tego, co Pani pisze, i że wie Pani co jest istotne dla rozpoznania sprawy. Ale to nie jest istotne. Grunt, że przyjąłem „na wiarę” to, co Pani napisała, że spadkodawca nie pozostawił innych spadkobierców poza Panią. Bardzo zdziwiło mnie więc pani oświadczenie złożone na rozprawie, że spadkodawca miał jeszcze jedno dziecko, z pierwszego małżeństwa, a zatem, że ma Pani przyrodniego brata. A to niestety oznaczało, że Pani brat musiał zostać zawiadomiony o tym, że jest sprawa spadkowa po jego ojcu i wezwany do udziału w tej sprawie. I to też dokładnie zrobiłem – i odroczyłem rozprawę, zobowiązując Panią do podania adresu brata. A Pani powiedziała, że spróbuje to jakoś ustalić, bo któraś ciotka czy ktoś tam inny ma do niego telefon. Co mnie bardzo ucieszyło, bo poszukiwanie takich danych drogą urzędowo-służbową to prawdziwy koszmar. No i niestety bardzo długo trwa, bo trzeba chociażby czekać na odpowiedź z biura adresowego – sąd nie ma bezpośredniego dostępu do tych danych, więc musimy się tam zwracać z zapytaniami, tak jak każdy. I nawet na takim samym formularzu.

Gdy nadszedł kolejny termin rozprawy – znowu trzy miesiące minęły – poinformowała mnie Pani, że adresu nie zna i nie ma go jak ustalić, bo nie chce mieć nic wspólnego z tą osobą. Rozumiem to, ale dlaczego w takim razie czekała Pani z tym, by mi to powiedzieć aż do rozprawy? Gdyby powiedziała Pani, że nie może ustalić adresu sama, to wtedy spróbowałbym ustalić ten adres z urzędu. Nie zmarnowalibyśmy tych trzech miesięcy i może sprawa byłaby już zakończona. Bo mi naprawdę w tym momencie potrzebny był tylko dowód na to, że Pani brat wie o rozprawie. A to oznacza, że potrzebowałem tylko mieć w aktach podpisane przez niego pokwitowanie odbioru zawiadomienia. A to wszystko dlatego, że testament, który Pani przedłożyła całkowicie pomija Pani brata, a zatem pozbawia go też prawa do należnej mu ustawowo połowy spadku. Ma on więc prawo kwestionować ważność tego testamentu i domagać się stwierdzenia spadku na podstawie ustawy. No więc chyba logiczne jest, że powinien wiedzieć o rozprawie, bo jak inaczej mógłby zgłosić swoje zarzuty. Dokładnie to powiedziałem Pani tłumacząc dlaczego muszę znowu odroczyć rozprawę, żeby odnaleźć Pani brata. A przy okazji... droga Pani, drzwi do sali rozpraw są cienkie, i w środku naprawdę dobrze słychać to, co mówią ludzie, którzy przed chwilą wyszli z sali. I z całym szacunkiem, ale dla każdego, kto ma chociażby podstawową wiedzę z zakresu anatomii jest oczywiste, że gdybym, jak to Pani była uprzejma stwierdzić „nie miał mózgu” to raczej nie rozmawialibyśmy ze sobą na tej rozprawie.

Proszę Pani, proszę zrozumieć, że ja nie mam najmniejszego nawet powodu by nie wierzyć w to co Pani mówiła o swym przyrodnim bracie – że to pijak, kryminalista, w więzieniu siedział i z ojcem nie utrzymywał kontaktów od 30 lat. Niestety jednak nie zmienia to faktu, że zgodnie z prawem jest on spadkobiercą ustawowym po Pani ojcu, a co za tym idzie jest w rozumieniu przepisów prawa zainteresowany wynikiem postępowania, więc musi być o nim powiadomiony. Ja rozumiem też, że jest testament, że jest on notarialny, i że ojciec powołał do spadku tylko Panią, i nie mam wcale zamiaru podważać tego testamentu, przeciwnie, nie mam na razie żadnego powodu by sądzić, że jest on fałszywy, czy nieważny. I wcale nie mam na celu pozbawienia Pani prawa do spadku, nie znam Pani przyrodniego brata, nigdy go nie widziałem na oczy i nie jestem z nim w zmowie, co jak się wydaje próbowała Pani sugerować w tym liście co go Pani napisała do Prezesa sądu. Po prostu takie jest prawo, i ja nic na to poradzić nie mogę. A ewentualne pretensje powinna pani zgłaszać swojemu posłowi. Bo to on jest od stanowienia prawa. Ja je tylko stosuję.

Wracając natomiast do samej sprawy to w tym miejscu niestety muszę z przykrością poinformować Panią, iż Pani przyrodni brat zmarł kilka miesięcy temu, już po tym, jak wezwałem go do udziału w sprawie. Postępowanie w sprawie testamentu Pani ojca będzie musiało zatem zostać zgodnie z prawem zawieszone do czasu ustalenia danych spadkobierców Pani przyrodniego brata. Co nastąpi niezwłocznie po rozpoznaniu Pani wniosku o wyłączenie mnie od rozpoznawania sprawy. Tego zawartego w Pani piśmie, w którym zażądała Pani „zaprzestania oszustw i matactw”

Z wyrazami szacunku, 

Bezmózgi dureń, kombinujący jak pozbawić człowieka majątku

piątek, 13 stycznia 2012

Likwidacja bez likwidacji

Interesująco rozwija się sprawa likwidacji, pardon, przekształcenia ponad 100 sądów rejonowych w wydziały zamiejscowe. A dokładniej każdego dnia jej autorzy i zwolennicy prześcigają się w zapewnianiu i zaręczaniu, że ta reforma to tak naprawdę nic nie zmieni, więc nie ma się czego bać. No i przedstawiają coraz to nowe uzasadnienia dla jej wprowadzenia mimo to. Coraz bardziej zaczyna to przypominać stary dowcip, zgodnie z którym reforma jest jak przesypywanie kartofli z jednego wiadra do drugiego – na koniec nadal mamy wiadro kartofli, ale ile przy tym hałasu...

Gdy cofniemy się do pierwszych wypowiedzi na temat „reformy przez likwidację” to zauważymy, że uzasadnieniem dla dokonania tak drastycznych cięć miały być przede wszystkim oszczędności budżetowe. Likwidacja niektórych sądów miała zmniejszyć ilość stanowisk funkcyjnych, w tym prezesów sądów, co miało dać oszczędności na wypłacanych im dodatkach funkcyjnych. Przytaczano „patologiczne” sytuacje, że wydział składa się tylko z przewodniczącego, który zarządza sam sobą, albo że wszyscy sędziowie w sądzie są funkcyjni. I słusznie, tyle tylko, że żeby takie patologie naprawdę zlikwidować, trzeba by było zlikwidować cały sąd, a na to nie zgodziliby się wyborcy. A zwłaszcza ich wybrańcy upatrujący w tym umniejszenie znaczenia ich powiatu. Zamiast rezygnować w związku z tym z całego pomysłu (bo wycofywanie się z reform źle wygląda) postanowiono więc zmienić tylko tabliczki na drzwiach tworząc zamiast sądów wydziały zamiejscowe. Dzięki temu można było ogłosić, że likwidacja sądów nie odbije się negatywnie na prawach obywateli, bo i sądy i sędziowie zostaną tam, gdzie byli.

Problem w tym, że taka "likwidacja bez likwidacji" oznaczała też, że wszyscy funkcyjni (oprócz prezesa) zostają na miejscu, dalej pobierając swe dodatki, a to nie bardzo odpowiadało zapowiadanemu celowi, czyli Oszczędnościom Dla Budżetu. Ogłoszono więc, że oszczędności przyniesie likwidacja stanowisk prezesów, a wszelki sprzeciw wobec tej Wielkiej i Oczywiście Koniecznej Reformy powodowany jest wyłącznie strachem o stołki. Na to jednak różni tam sceptycy i takie tam różne warcholstwo skwapliwie zwróciło uwagę, że w takich sądach prezes praktycznie zawsze jest jednocześnie przewodniczącym wydziału, natomiast zgodnie z prawem pobiera tylko jeden dodatek funkcyjny, ten za prezesowanie. Jak się go zaś zdejmie ze stołka prezesa to nadal będzie pobierał dodatek, tylko tym razem ten za przewodniczenie. Nie oznacza to oczywiście, że taka zmiana nie przyniesie budżetowi oszczędności, wszak dodatek dla przewodniczącego jest niższy, więc na takiej zmianie budżet zaoszczędzi całe 186 zł miesięcznie. A to z pewnością uzasadnia wydanie kilku tysięcy złotych na wymianę tabliczek, pieczątek, druków i takich tam. Oraz poniesienie zwiększonych kosztów administracyjnych na przykład na przekazywanie pism pomiędzy sądem głównym i zamiejscowym. Albo na odprawy dla zwalnianych pracowników... ach prawda... żadnych zwolnień przecież nie będzie... przecież wyborcy nie mają się czego bać, no bo przecież wszystko zostanie po staremu.

Gdy to wszystko się wydało okazało się nagle, że od samego początku nie zrozumieliśmy intencji Pana Ministra i Przybocznych Jego, bo celem reformy wcale nie miało być oszczędzanie na dodatkach funkcyjnych, o nie, w żadnym wypadku. Chodzi o „optymalizację wykorzystania kadry sędziowskiej” czyli – mówiąc krótko – umożliwienie przesuwania sędziów z wydziału zamiejscowego do głównego sądu (i odwrotnie) jeżeli będzie taka potrzeba. Na przykład wtedy, gdy jakiś sędzia ośmieli się zachorować, albo co gorsza pójść na urlop, przez co obywatel musi czekać na sprawiedliwość. Cel to niewątpliwie słuszny, od dawna bowiem wiadomo, że obciążenie sędziów pracą w poszczególnych sądach nie jest takie samo, i zdarzają się takie sądy, w których sędziowie po prostu nie mają co robić, bo wpływa do nich za mało spraw. I faktycznie dobrze by było, gdyby te etaty i tych sędziów przeniesiono tam, gdzie będą bardziej potrzebni. Problem w tym, że jeżeli spojrzy się na listę sądów do likwidacji, pardon, połączenia to podjęte, pardon, zaplanowane decyzje w tej kwestii nijak się mają do celu, jaki owa Reforma ma osiągnąć.

Jeżeli celem likwidacji sądu miałoby być „uwolnienie rezerw kadrowych” którymi można by wzmocnić inny sąd, to osiągnięcie takiego celu wymagałoby likwidacji sądu „niedociążonego” i przekształcenia go w wydział zamiejscowy sądu „przeciążonego”. Wtedy można by bez problemu „zabrać” sędziego który nie ma co robić, i przenieść go tam, gdzie jest robota. Kryterium wyboru sądów do likwidacji powinno być zatem obciążenie sędziów pracą, czyli – najprościej mówiąc – to, ile do danego sądu wpływa spraw w przeliczeniu na jednego sędziego, bo w ten sposób najłatwiej jest ustalić, gdzie są „moce i luzy”. Tyle tylko, że w ministerialnej „Reformie” jedynym kryterium doboru sądów do likwidacji była liczba etatów orzeczniczych – mniej niż 14 sędziów = sąd idzie pod nóż. To, czy tych 14 sędziów siedzi i się nudzi, czy może nie wie w co najpierw ręce włożyć nie miało, jak się wydaje, żadnego znaczenia.

Dobór sądów w pary także budzi pewne wątpliwości, z punktu widzenia celu, jaki owa Reforma ma podobno osiągnąć, bo w większości przypadków połączone mają być sądy mające bardzo podobny wpływ spraw. Trudno jest zaś w takiej sytuacji wskazać, skąd miałyby się wziąć owe „rezerwy kadrowe”, skoro w obu sądach sędziowie mają tyle samo do roboty. W dodatku niektóre z propozycji budzą co najmniej zdziwienie. Jak na przykład przyłączenie likwidowanego (znaczy, przekształcanego) sądu we Włodawie do oddalonego o prawie 90 km sądu w Lubartowie, zamiast do odległego o 30 km sądu w Chełmie, który w dodatku dziś (po którejś z poprzednich „reform”) rozpoznaje już sprawy z zakresu prawa pracy z rejonu Włodawy. Albo połączenie Sądu w Złotoryi z sądem w Lubinie podczas, gdy obszary właściwości tych sądów nawet ze sobą nie graniczą.

Problem nierównego obciążenia sędziów pracą nie jest nowy, i wymaga niezwłocznego rozwiązania. Ale rozwiązania w sposób przemyślany, a nie „na rympał” zlikwidujemy najmniejsze (w domyśle - nie mające co robić) sądy i zobaczymy co będzie. No cóż. Nie pierwsza to i nie ostatnia reforma... przeżyliśmy już likwidację Sądu okręgowego w Ostrołęce tylko po to, by po paru miesiącach utworzyć go na nowo. Przeżyliśmy utworzenie, a potem likwidację wydziałów zamiejscowych i sądów grodzkich... Przeżyjemy pewnie też kolejne reorganizacje i likwidacje pod hasłami usprawniania i oszczędności. Ale jeżeli miałbym sie wypowiadać, to największe oszczędności dla budżetu i najbardziej pozytywne skutki dla wymiaru sprawiedliwości przyniosłaby przede wszystkim likwidacja Ministerstwa Sprawiedliwości. Co od dawna postulują sędziowie.

piątek, 6 stycznia 2012

Historia lubi się powtarzać?

W 2007 r. w tygodniku "Polityka" ukazał się bardzo interesujący felieton Andrzeja Garlickiego dotyczący relacji pomiędzy sanacyjnymi rządami a władzą sądowniczą, opisujący proces podporządkowywania sądów politykom. Myślę, że warto w tym miejscu zacytować kilka akapitów, które jednoznacznie wskazują do czego są zdolni żądni władzy politycy, jeżeli tylko się im na to pozwoli:

"Gdy dobiegła końca kadencja parlamentu, należało powołać Głównego Komisarza Wyborczego. Piłsudski postanowił, że będzie nim Stanisław Car. Komisarza powoływał prezydent z trzech kandydatów przedstawionych przez Zgromadzenie Prezesów Sądu Najwyższego. Mimo sugestii i nacisków nazwisko Cara nie znalazło się na liście przedstawionej Mościckiemu. Wola Piłsudskiego była prawem najwyższym i prezydent, łamiąc konstytucję, mianował Cara.

Niepokorni prezesi ponieśli wkrótce konsekwencje. Wydawać by się mogło, że obroni ich konstytucja, która w art. 77, 78 i 79 mówiła o niezawisłości sędziów, o ich nieusuwalności i nieprzenoszalności oraz sędziowskim immunitecie. Art. 78 przewidywał wszakże możliwość usuwania i przenoszenia sędziów w wypadku postanowionej w drodze ustawy zmiany w organizacji sądów. Wprowadzono ten przepis przewidując konieczność ujednolicenia odziedziczonej po okresie zaborów organizacji sądownictwa. Został wykorzystany do represji wobec sędziów niechętnych sanacji.".

Dziś w Konstytucji mamy prawie taki sam przepis. Tyle tylko, że zmiana organizacji sądów następuje dzisiaj nie w drodze ustawy, lecz w drodze rozporządzenia Ministra sprawiedliwości. Aby usunąć niepokornego sędziego nie potrzeba zatem nawet ustawy. Wystarczy, aby minister jednym rozporządzeniem zlikwidował sąd, w którym orzeka sędzia, który mu się naraził, po czym w związku z tym przeniósł tego sędziego na drugi koniec Polski. Albo w stan spoczynku. Po czym ponownie utworzył sąd w tym samym miejscu. Ale czytajmy dalej... 

"6 lutego 1928 r. Prezydent RP wydał rozporządzenie „Prawo o ustroju sądów powszechnych”, które wchodziło w życie z dniem 1 stycznia 1929 r. Ministrem sprawiedliwości był od 22 grudnia 1928 r. Stanisław Car, który objął tekę po Meysztowiczu. Rozporządzenie pozwalało przenosić bez zgody zainteresowanych do innego sądu lub w stan spoczynku sędziów Sądu Najwyższego w ciągu trzech miesięcy, sędziów apelacyjnych w ciągu roku, a sędziów okręgowych i grodzkich w ciągu dwóch lat od wejścia w życie. Jednymi z pierwszych zwolnionych byli I prezes Sądu Najwyższego Władysław Seyda i prezes Izby Karnej SN Aleksander Mogielnicki, których przeniesiono w stan spoczynku. Zasada niezawisłości sędziowskiej została formalnie utrzymana, lecz możliwość przeniesienia sędziego do innego miasta lub w stan spoczynku dawała rządowi skuteczne narzędzie nacisku. Ta polityka kija i marchewki spowodowała uzależnienie środowiska sędziowskiego od władz. Była skuteczna i dlatego 23 sierpnia 1932 r. ukazał się dekret prezydenta ponownie zawieszający na dwa miesiące niezależność sędziów. Minister mógł też w tym czasie usuwać ze stanowisk prezesów sądów. 

 Najdłużej trwało podporządkowanie obozowi sanacyjnemu władzy sądowniczej [...]. Jedyną drogą wymuszenia posłuszeństwa było podważenie zasady nieusuwalności sędziów. Uczyniono to dwukrotnie, lecz w każdej chwili mógł się ukazać kolejny dekret prezydenta. Ta metoda zastraszenia okazała się skuteczna. W ostatnich latach istnienia II RP środowisko sędziowskie było już spacyfikowane.

System nadzoru administracyjnego Ministra i podporządkowania sądów politykom, został wprowadzony po raz pierwszy właśnie w USP z 1928 r. Ustawa ta obowiązywała aż do 1985 r. co świadczy o tym, że nowej władzy, która nastała w 1944 r. przyjęte w niej rozwiązania odpowiadały. Dziś słyszymy, z ust Ministra sprawiedliwości, że zrzeczenie się przez niego nadzoru administracyjnego byłoby "jak wywieszenie białej flagi". Faktycznie... trudno sobie wyobrazić, aby w demokratycznym kraju politycy zrzekali się uprawnienia, które zostało im przyznane po przewrocie wojskowym w celu podporządkowania sobie sądów.

A skoro i tak w tym wpisie zamieszczam głównie cytaty, to wkleję jeszcze jeden. Tym razem ze zdania odrębnego sędziego Trybunału Konstytucyjnego Bohdana Zdziennickiego do uzasadnienia wyroku Trybunału Konstytucyjnego z dnia 18 lutego 2004 r. w sprawie K 12/03.:

"Według opublikowanej niedawno instrukcji z 2 czerwca 1947 r. przygotowanej przez KGB dla ambasady radzieckiej (Jacek, Julian Jadacki, Myśli o wychowaniu narodu, Odra nr 4/2002, s. 11 i nast.) zalecane było doprowadzenie do tego, aby pracownicy polskiego wymiaru sprawiedliwości otrzymywali niskie pobory (pkt 9 Instrukcji). Takie zalecenie było więc dziełem przeciwników suwerennego Państwa Polskiego, którego jednym z najważniejszych atrybutów były niezależne sądy i niezawiśli sędziowie."

To tyle ode mnie. Wnioski wyciągnijcie sami...

niedziela, 1 stycznia 2012

Nowy 2012-ty

Nadszedł kolejny rok, podobno już ostatni, bo więcej się Majom nie zmieściło na kamieniu. No i podobno można też coś o tym wydedukować z przepowiedni Nostradamusa. Mają być burze słoneczne powodujące upadek cywilizacji technicznej, rozbłyski gamma, wojny, klęski i nalot kosmitów. No i oczywiście wiadomo, że koniec świata to będzie jak Polska wyjdzie z grupy. Z pewnością będzie to natomiast (niestety) kolejny rok "reformowania" sądów przez kolejnego z rzędu polityka posadzonego w nagrodę (albo za karę) na stołku ministra sprawiedliwości. 

Reformy są nieuniknione, bo w końcu tego od pana ministra oczekują Wyborcy. Zastanawiam się tylko ile jeszcze pomysłów na "poprawę sytuacji w wymiarze sprawiedliwości" wytrzymają sądy i sędziowie. Jeden minister tworzy małe sądy, żeby obywatel miał blisko, drugi je likwiduje w ramach oszczędności i lepszego gospodarowania kadrami. Jeden tworzy wyspecjalizowane wydziały by oszukany przedsiębiorca / wyzyskiwany pracownik / biedna matka samotniewychowująca mieli szansę na kompetentne obsądzenie ich sprawy, a drugi uważa, że każdy sędzia może obsądzić każdą sprawę, bo wszystkie to w zasadzie są takie same. Jeden zaostrza rygory proceduralne by przyspieszyć postępowania, a drugi je łagodzi by w pełni realizować prawo obywatela do sądu. A potem jeszcze raz to samo. I jeżeli którakolwiek z tych "reform" odniesie pozytywny skutek to jest to niewątpliwa zasługa aktualnie rządzącej partii. A jeżeli efektów nie będzie, albo zamiast się poprawić się pogorszy, to jest to niewątpliwie wina sędziów, którzy sprzeciwiają się wszelkim próbom zagonienia ich do uczciwej roboty. 

Na ten rok zapowiedziano likwidację 1/3 sądów rejonowych w Polsce. A dokładnie nie likwidację, tylko zamianę tabliczek i pieczątek na takie z innym napisem. Bo sądy zostaną tam, gdzie były tylko się będą nazywać "wydziały zamiejscowe". Oficjalnie miało to na celu likwidację małych sądów, które rozpoznają mało spraw, co z kolei miało pociągnąć za sobą oszczędności na dodatkach funkcyjnych, bo dzięki temu będzie mniej prezesów. Wszystko fajnie, tyle tylko, że ilość spraw wpływających rocznie do sądu nie miała żadnego znaczenia przy podejmowaniu decyzji o jego likwidacji. Liczyła się tylko liczba orzekających w danym sądzie sędziów. Odległość pomiędzy "łączonymi" sądami też nie miała znaczenia, tak więc niektóre likwidowane sądy będą przekształcone w wydziały zamiejscowe sądów położonych w miejscowościach oddalonych nawet i o 100 km. Żeby było jeszcze zabawniej w paru przypadkach sądem "macierzystym" stanie się sąd w którym orzeka mniej sędziów i położony w znacznie mniejszej miejscowości. Z tymi oszczędnościami na dodatkach to też tak wspaniale nie będzie, bo większość tych "likwidowanych" prezesów i tak jest równocześnie przewodniczącymi wydziałów. Tak więc różnica będzie taka, że zamiast dodatku funkcyjnego dla prezesa będzie brał dodatek funkcyjny dla przewodniczącego. Oszczędność dla budżetu państwa na takiej zamianie to jakieś 200 zł miesięcznie.Wygląda zatem, że rzeczywista przyczyna wprowadzanie tej reformy jest inna... po prostu panowie politycy chcą obejść zakaz wynikający z art. 180 ust 2 Konstytucji RP i uzyskać prawo do przenoszenia sędziów pomiędzy sądami. Być może faktycznie chodzi o to, by nie było tak, że w jednym sądzie siedzą i się nudzą, a w drugim nie wiedzą w co najpierw wsadzić ręce. Tylko że przepisy gwarancyjne - a do takich zalicza się art 180 Konstytucji - uchwala się przewidując najgorsze. To jest także to, że do władzy może dorwać się ktoś, kto nie będzie widział nic złego w poinformowaniu sędziego że pan premier liczy na wyrok uwzględniający interes państwa. Z sugestią, że albo pan sędzia zrozumie czego pan premier oczekuje, albo od przyszłego miesiąca pan sędzia (tudzież jego małżonka) będzie dojeżdżać do pracy 100 km w jedną stronę.

Z innych pomysłów to oczekujemy (już od dwóch lat) na wprowadzenie wreszcie tego nagrywania rozpraw, bo wszyscy są niezwykle ciekawi tego jak to będzie działać. Bo jak dotąd zarówno w oficjalnych publikacjach jak i na oficjalnych szkoleniach autorzy reformy nie zdradzili jak oni wyobrażają sobie pracę z tymi nagraniami, ich odsłuchiwanie, udostępnianie. Jedyne co wiemy, to to, że na pewno nam to coś ułatwi. No i oczywiście skróci rozprawy o 1/3. Czekamy też na ucieleśnienie genialnego pomysłu sądów odmiejscowionych to jest pomysłu polegającego na tym że stadionowi kibole na będą sądzeni na stadionie przez sędziego spoglądającego na nich z ekranu telewizora. A to wszystko będzie się odbywało pod nadzorem asystenta sędziego, który zostanie zaproszony na mecz by pilnować czy telesądzenie odbywa się prawidłowo. Interesujące będzie także zapewne sprawdzenie jak to działać będą najnowsze genialne pomysły w zakresie zmian procedury cywilnej, zwłaszcza te nakazujące uzyskanie zgody na złożenie pisma do sądu. Bo na dzień dzisiejszy większość praktyków wydaje się zgodna co do tego, że nie bardzo wiadomo o co w tym wszystkim chodzi i jak te przepisy należy rozumieć. Pewnie doczekamy się też kolejnego rekordu wydajności e-sądu gdzie kolejni referendarze biją rekordy szybkości naciskania klawisza "enter" wydając w ten sposób kolejne dziesiątki nakazów zapłaty.

Będą pewnie też jeszcze inne pomysły, niby nowe, lecz tak naprawdę oparte o dokładnie to samo założenie, które przyświecało reformatorom przez ostatnie 20 lat. Założenie, że sprawy trwają długo, bo sędziom nie chce się wydajnie pracować, wiec lekarstwem na to będzie zagonienie ich do roboty. Tu warto zadać pytanie. Jeżeli ta metoda pomimo jej stosowania przez tyle lat nie przyniosła żadnych rezultatów to może warto by się zastanowić, czy założenie co do przyczyny problemów jest prawidłowe. Oraz czy politycy w osobach kolejnych ministrów sprawiedliwości faktycznie powinni sprawować nadzór nad sądami... skoro po 20 latach sprawowania przez nich takowego sądownictwo wygląda tak jak wygląda.