środa, 27 kwietnia 2011

Kłusownictwo

Zadzwonił u mnie telefon od Bardzo Ważnej Pani Sekretarki z Okręgu z pytaniem czy przyjdę któregoś tam dnia obsądzić parę spraw na sesji odwoławczej, apelacje, tak na trzeciego do uzupełnienia składu. Taka delegacja na jeden dzień. Wszystko pięknie ładnie, akta przyślą, tak więc nie będę musiał jechać i nie będzie problemu, a sądzić będę w bardzo dobrym towarzystwie.

Odmówiłem przyjęcia owej niewiarygodnie atrakcyjnej oferty, albowiem całe to „zaproszenie” w tłumaczeniu na nasze oznacza, że chcą mnie wrobić w dodatkową robotę bez prawa do dodatkowego wynagrodzenia. Wolontariat z podtekstem, że jak się spodobam, to może mnie wezmą na delegację stałą, co mi ułatwi starania o awans. Ogólnie zaś powinienem czuć się zaszczycony, że wylosowano moją kandydaturę. Oczywiście pójście na taką sesję oznacza nie tylko ten dzień „do tyłu” ale i dzień poprzedni – bo trzeba te akta przejrzeć i się naradzić – oraz parę dni później, bo trzeba napisać uzasadnienia do wyroków „okręgowych”. A następnie pojechać i popodpisywać uzasadnienia pozostałych dwóch sędziów ze składu. W dodatku w ramach cudownej Statystyki ta robota nie liczy się do obciążenia – bo to nie są „moje” sprawy - natomiast wszelkie opóźnienia w oddaniu „okręgowych” uzasadnień są dokładnie odnotowywane, no bo to przecież są moje sprawy. A to wszystko mam wykonać w wolnej chwili, niezależnie od moich zwykłych obowiązków, z terminowego wykonania których zostanę szczegółowo rozliczony.

Na pytanie dlaczego miałbym uczynić tak wielkie poświęcenie dla Służby słyszę zwykle wyjaśnienie, że „no przecież oni tam są zawaleni robotą”. No przepraszam. A ja to nie jestem zawalony? Jak mają za mało sędziów w stosunku do ilości pracy do wykonania to niech postarają się o nowy etat, ogłoszą o wolnym stanowisku, przeprowadzą prawidłowo konkurs i wyświęcą nowego okręgowego. Bo takie porywanie ludzi z rejonu bez oglądania się na to, że oni też mają swoją robotę to zwykłe kłusownictwo. A oczekiwanie, że ów delegowany będzie czuł się zaszczycony faktem, że będzie mógł pooddychać tym samym powietrzem co sędziowie okręgowi (i za darmo odwalić za nich ich robotę) to przejaw totalnej „pałacowej” megalomanii. Czy naprawdę nie można raz na zawsze skończyć z zasadą, że jak okręg się „zapycha” to się deleguje kogoś z rejonu, a jak przez to rejon się zapycha to przysyła się wizytatora, żeby pogonił tych nierobów?

Można by długo pisać o chorej instytucji delegowania sędziów do sądów wyższej instancji. Warto chociażby zwrócić uwagę na to, że wnoszący apelację mają prawo liczyć na to, że rozpozna ją sędzia sądu okręgowego, a nie jakiś wzięty z łapanki SSR-delek. Podobnie, gdy wnosi się sprawę do sądu okręgowego to winna być ona rozpoznana przez sędziego sądu okręgowego a nie SSR-delegowanego do sądu okręgowego. Instytucja delegacji, a zwłaszcza tzw. delegacji stałej to także nic innego jak tylko obejście przepisów o drodze awansu sędziów. To mianowanie de facto sędziów sądów okręgowych przez Ministra Sprawiedliwości bez jakiegokolwiek konkursu czy też oceny dotychczasowej pracy i poza wszelką kontrolą według sobie tylko znanych kryteriów. W dodatku taki delegowany „na stałe” sędzia często siedzi latami w okręgu ale formalnie widnieje „na stanie” swojego sądu rejonowego. To znaczy, że blokuje etat, jest uwzględniany w statystyce, a inni robią za niego. Jego okręgowy stołek jest zaś mocno chwiejny, bo taki SSR de facto SSO może stać się z powrotem zwykłym SSR gdy tylko Pan Minister tak postanowi. Minister ma zatem w rękach zarówno dużą marchewkę w postaci możliwości przyznania faktycznego awansu (także płacowego) i solidny kij w postaci możliwości nie przedłużenia delegacji, czy wręcz jej cofnięcia. A gdy polityk ma w ręku kij na sędziego, to obywatele powinni się bać. Bo nic nie stoi na przeszkodzie temu, by jakiś ministerialny urzędas dał sędziemu telefonicznie do zrozumienia, że albo wyda wyrok zgodny z wolą ministra, albo może pożegnać się z delegacją. A sędzia jest tylko człowiekiem, i to niekoniecznie gotowym do poświęcenia swego dobra dla dobra wyższego... zwłaszcza, gdy owo poświęcenie rzadko kiedy jest doceniane przez "naród".

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

Skargi

Jakiś czas temu Pan Minister był uprzejmy ogłosić, że sądy działają bardzo źle, o czym świadczy olbrzymia ilość skarg jakie do niego wpływają. A on zatroskany (przed wyborami) losem obywateli tego pięknego kraju za punkt honoru postawił sobie zrobienie z tym porządku. Więc należy wprowadzić oceny sędziów, wzmocnić nadzór ministra nad sądami i ogólnie dobrać się do tych niedouczonych nierobów w togach. Wszystko to pięknie ładnie, gdyby nie to, że pan minister „zapomniał” podać jaka część owych skarg wniesiona została przez ludzi, którzy zamiast pogodzić się z tym że przegrali (albo wnieść przewidziany prawem środek odwoławczy) napisali na sędziego skargę. Bo niestety nadal pokutuje w społeczeństwie przekonanie, że jak „urząd” nie daje nam tego co byśmy chcieli, to trzeba napisać skargę do kierownika.

Odpisywanie na te „skargi”, co z uwielbieniem acz bezprawnie czyni szanowne Ministerstwo Statystyki, tylko utrwala ten stan, kreując postać Pana Ministra, jako dobrego cara do którego można wnieść skargi na złych urzędników. Może i wygląda to dobrze medialnie, ale nie zmienia to faktu, że Pan Minister nie ma prawa rozpatrywać tych skarg na sądy, które nie dotyczą kwestii administracyjnych, bo żaden przepis nie przewiduje tego rodzaju „środka odwoławczego”. Sprawowany przez niego jako polityka (osobiście i przez podległych mu ministerialnych „sędziów”) nadzór „administracyjny” nie ma prawa ingerować w treść wydanych przez sąd orzeczeń, a w żadnym wypadku nie ma prawa dokonywać oceny ich zgodności bądź niezgodności z prawem. Od tego jest nadzór judykacyjny sprawowany przez sądy wyższej instancji. Minister nie ma też prawa wnoszenia jakichkolwiek środków odwoławczych ani wzruszania prawomocnych orzeczeń, nie ma także prawa wydawania sędziom poleceń co do tego jakie orzeczenie powinni wydać.

Na ten temat dość już jednak napisano. Aby się nie powtarzać poprzestanę na umieszczeniu to paru nie ocenzurowanych cytatów ze skarg i pism, także wpływających do ministerstwa, które różnymi drogami trafiły do mnie. Zachowano oryginalną pisownię, terminologię i słownictwo. Bez cenzury. Wszak w vox populi należy się wsłuchiwać uważnie.

„kieruję skargę do Pana Ministra na to jak polskie kurwy sądowe z polską policją dyskryminują naród i mnie”

 „żądam natychmiastowego zwolnienia tego bandyty-sędziego z pracy, odebrania mu emerytury i wyznaczenia do osądzenia mojej sprawy uczciwej sędziny-kobiety” 

„ten żydowski nazista-rasista z żelbetowym mózgiem prześladuje Polaka-goja-patriotę (mnie)”

„wyrok ten świadczy o tym, że sąd uczestniczy w zorganizowanym procederze mordowania lokatorów mieszkań spółdzielczych.”

„Nie życzę sobie aby moją sprawę rozpoznawał jakiś dzieciak, który pod tą togą jeszcze szczy w gacie”

Skargi, z których owe cytaty pochodzą zaliczono zapewne do owych 100.000 skarg, których wniesienie miało świadczyć o tym, że sądy źle działają, a zatem sędziowie powinni być oceniani, minister musi mieć nad nimi kontrolę, a tak w ogóle to trzeba ich zagonić do roboty. Są to oczywiście przypadki skrajne i niereprezentatywne, bo przeważająca większość nie zawiera aż tak „barwnych” sformułowań. Niezależenie jednak od ich formy wszelkie wnoszone do ministerstwa „skargi”, które dotyczą toku postępowania lub treści wydanych orzeczeń winny być albo kierowane wprost do akt sprawy, której dotyczą, albo odsyłane wnoszącemu z informacją, że minister nie jest kompetentny do ich rozpoznania. A że nie jest kompetentny do ich rozpoznania to i nie powinien udzielać na nie odpowiedzi. A skoro nie powinien udzielać na nie odpowiedzi to powinien oduczyć się żądania od sądów wyjaśnień dlaczego zapadło takie a nie inne orzeczenie które się „obywatelowi” nie spodobało. A wtedy można by skierować do pracy orzeczniczej całkiem sporą grupę „sędziów-urzędasów” którzy dekują się w ministerstwie i zajmują wyłącznie odpisywaniem na skargi pieniaczy i frustratów oraz zawracaniem sądom głowy żądaniami przedstawienia obszernego tłumaczenia dlaczego sąd zrobił to, co zrobił.

sobota, 2 kwietnia 2011

Bankowce

Po niedawnym orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego w sprawie wyciągów z ksiąg bankowych znów pod lupą znalazły się Bankowe Tytuły Egzekucyjne. Inaczej mówiąc wyroki wydawane przez banki we własnej sprawie, którym sąd nadaje tylko klauzulę wykonalności. Dłużnik (bądź osoba uważana przez bank za dłużnika) dowiaduje się od wszystkim dopiero od komornika, jak ten mu wejdzie na pensję albo zajmie konto w banku. Często wtedy następuje wielka konsternacja, bo jak ów człowiek zażąda okazania mu „wyroku” to dowie się, że sąd jakiś czas temu wydał postanowienie, i to z jego udziałem. Niektórzy nie rozumieją przy tym, że „z udziałem” to nie to samo co „w obecności" i wypisują później skargi i zawiadomienia do „wszystkich świętych”. Że to jest kłamstwo co napisano, że sędzia sfałszował wyrok, poświadczył nieprawdę, albo że ktoś się pod nich podszywał, bo oni przecież na żadnej sprawie o te pieniądze nie byli. Niektórych ciężko też przekonać, że to, że zostali "skazani" bez rozprawy to nie jest ani przejaw spisku sądów z bankami ani też koronny dowód na to, że sędzia został przekupiony żeby bezprawnie pozbawić ich majątku. Bo sędzia tak w zasadzie to nie ma tu nic do gadania...
 
Za każdym razem, gdy pada pomysł likwidacji BTE pojawiają się kontrargumenty, że jest to niezbędne dla zapewnienia bezpieczeństwa systemu bankowego, że banki przecież pożyczają pieniądze klientów więc muszą mieć możliwość ich sprawnego odzyskania. No i oczywiście sztandarowy argument, że przecież BTE wydawane są tylko wtedy, gdy klient się na to zgadza. Zatrzymując się w tym momencie warto jednak zwrócić uwagę na to, że bank owszem wystawia BTE za zgodą swego klienta, tyle tylko, że ów klient ma do wyboru albo wyrazić zgodę albo zrezygnować z kredytu. Owszem w ramach „ochrony praw” w umowie musi być określony termin, do którego taki tytuł można wystawić i maksymalną kwotę, która może być na jego podstawie wyegzekwowana. Tyle tylko, że i jedno i drugie ustala bank, tak więc termin zwykle odpowiada okresowi przedawnienia ewentualnego długu, a kwota jest brana „z sufitu”. Nie ma żadnych wytycznych określających ile ma ona wynosić. Niektóre banki „uczciwie” ustalają ją na dwu, czy trzykrotność kwoty kredytu, ale bywa i tak, iż by otrzymać 3.000 zł pożyczki trzeba się poddać egzekucji do kwoty 100.000 zł. Tak więc całe to „ograniczenie” jest nic nie warte.

Gdy widzi się coś takiego to od razu zapalają się w głowie kontrolki z napisem „wzór umowy” i „klauzula niedozwolona”. No bo skoro są narzucone, nie podlegają w praktyce negocjacji i sprowadzają się w zasadzie do zrzeczenia się prawa do sądu to z pewnością są one abuzywne w odniesieniu do konsumenta. Może i racja, ale co z tego, skoro sąd nie ma prawa tego badać w postępowaniu o nadanie klauzuli wykonalności? Sąd nie ma nawet prawa badać, czy klient faktycznie jest dłużny tyle ile w tytule wpisano, sprawdza tylko, czy klient zgodził się na piśmie na wystawienie BTE i czy ten dług wynika z umowy z bankiem. Jeżeli tak to nie pozostaje nic innego jak tylko nadać klauzulę.

Innym argumentem, podnoszonym zresztą także w dyskusji o wyciągach z ksiąg, jest to, że bankowi można ufać, no bo jest to poważna instytucja finansowa, ona podlega audytom, i można mieć pewność, że wszystko się tam zgadza co do grosza. Więc wystarczy, że bank powie, że jakaś kwota mu się należy, nie ma potrzeby jakiegoś szczególnego udowadniania tego faktu. No cóż, może i faktycznie w banku pieniądze się zgadzają z dokładnością do setnej części grosza. Ale czy to oznacza, że wszystko co zapisano klientowi po stronie „winien” jest zgodne zawartą umową? Co jakiś czas czytamy historie jak to bank nalicza sobie różne dziwne opłaty i kary nie wiadomo z czego wynikające. Pewnego razu widziałem sprawę, w której bank był uprzejmy bezzasadnie wypowiedzieć umowę i naliczyć odsetki karne, po czym z wypowiedzenia się wycofał ale odsetki zostały. Innym razem uznał, że klient otrzymał kiedyśtam nienależny zwrot prowizji, więc dopisał mu tę kwotę do rachunku karty kredytowej. Jeszcze innym razem bank najpierw wykonał zajęcie komornicze w ten sposób, że przelał pieniądze, których nie było robiąc w ten sposób debet na rachunku, po czym naliczył jeszcze od tego debetu odsetki karne. Księgowo wszystko się zgadzało... więc wystawiono BTE i nadano im klauzule wykonalności. I rzekomi dłużnicy musieli na własny koszt udowadniać, że nic nie są bankowi winni.

Na zakończenie przytoczę pewną anegdotkę... gdy jako aplikant pisałem dziesiątki i setki projektów postanowień w sprawach o nadanie klauzuli wykonalności BTE to tłumaczono mi, że jedyne co mam robić, to prawidłowo przepisać dane stron, numer tytułu, datę wydania i kwotę ograniczenia egzekucji. No bo przecież oni tam w banku wszystko dokładnie sprawdzają, bo u nich wszystko musi się zgadzać co do grosza. I tę naukę przekazywałem kolejnym aplikantom nad którymi sprawowałem patronat. Ale jakiś czas temu pewien aplikant, po otrzymaniu wstępnego instruktażu w sprawie pisania klauzul na BTE, zapytał mnie w jaki sposób ma weryfikować prawidłowość kwot  podanych w BTE. Bo jego szef w banku mówił mu, że przy wypisywaniu BTE nie musi tego wszystkiego aż tak dokładnie sprawdzać, bo sąd i tak to musi zbadać i w razie czego poprawi.

- - -

A poza tym uważam, że obowiązek doręczenia pozwanemu odpisu pozwu powinien spoczywać na powodzie.