sobota, 29 stycznia 2011

Zbrodnia i kara

Do napisania tego wpisu zabierałem się kilka razy, i za każdym razem jakoś nie wychodziło. Zbyt wiele chciałem w nim zawrzeć rzeczy, których nie sposób jest opisać. Porzuciłem więc te bezowocne próby i tak znalazłem się w sytuacji, w której nie wiedziałem co napisać. Bo przecież nie będę pisał o sianiu paniki przez dziennikarzy mocno zatroskanych losem turystów w Egipcie w związku z zamieszkami, które mają miejsce 500 km od ich hoteli. Ale temat jak zwykle pojawił się sam. Otóż dotarł do mnie kolejny apel bym poparł petycję w sprawie wymierzenia surowej kary krzywdzicielom zwierząt, tym razem chodzi o jakiegoś podpalonego kota. W zasadzie wszystko to samo, tyle tylko że autor twierdzi dodatkowo, że ta straszliwa zbrodnia przedawnia się z końcem 2011 r. a nawet nie wyznaczono jeszcze rozprawy. Tak więc, jak mnie z kolei przekonywał autor przesłanego mi maila z apelem,  należy zmusić sąd do zajęcia się sprawą, żeby przestał kryć tych bandytów. Sęk w tym że przestępstwo miało być popełnione w 2009 r. co, jeżeli pamięć mnie nie myli, oznacza, że przedawnienie wyrokowania nastąpi w 2019 r. Nie wiem skąd autorowi tej kolejnej pożałowania godnej petycji ubzdurało się, że przedawnienie następuje po dwóch latach... natomiast wiem, że w petycji mającej na celu ochronę praw zwierząt można napisać dowolną bzdurę, ale i tak wiele tysięcy ludzi się pod tym podpisze.

To co zwróciło moją uwagę po zapoznaniu się z ową petycją (oraz  komentarzami do niej zamieszczanymi w Internecie) to to, jak łatwo niektórym przychodzi żądać wymierzenia  surowych kar, do kary śmierci włącznie.  Oraz to jak łatwo przychodzi im deklarowanie woli czynnego udziału w samosądzie na tym czy innym "zbrodniarzu". Jeśli bowiem wierzyć w to co wypisują  to oznacza to, że otaczają nas ludzie gotowi własnoręcznie zabić innego człowieka, tylko dlatego, że przeczytali w internecie, że on zabił kota. Zastanawiam się jednak co by się stało, gdyby pewnego razu z tłumu domagającego się powieszenia jakiegoś zbrodniarza wyrwano losowo jedną osobę i kazano jej osobiście pociągnąć za dźwignię zapadni. Osobiście powiesić tego człowieka, którego śmierci przed chwilą na całe gardło się domagała. Tak samo ciekawy jestem co by było, gdyby przytroczono „mordercę psa” na lince holowniczej do haka samochodu i wręczono kluczyki jednemu z tych anonimowych internautów, którzy domagali się ukarania sprawców według zasady „oko za oko”. Czy faktycznie wsiadłby on do samochodu i „ciągnął drania, aż łeb by mu się urwał”? Czy faktycznie, gdyby dać mu związanego "podpalacza kota" kanister benzyny i zapałki to "zrobiłby z nim to samo co on z tym biednym kotem"? Odpowiedź wydaje się zbędna.

Oczywiście to są przypadki skrajne, ale tak samo można zadać pytanie, czy gdyby któremuś z tych „walczących o sprawiedliwość” przyszło osobiście podpisać polecenie uwięzienia innej osoby na dwa lata, to czy zrobiłby on to z taką samą pewnością siebie z jaką dziś wygłasza żądania wymierzenia takiej kary. Moja kariera jako sędziego „karnego” była dosyć krótka, ale mimo tego zdołałem wysłać „za kratki” całkiem sporą grupkę ludzi.  Szli "siedzieć" za różne rzeczy, głównie za kradzieże. Na początku wszystko wydawało się proste – złodziej powinien siedzieć, więc wysyłam go siedzieć, nie można tego tolerować, należy skończyć z tą pobłażliwością dla bandytów. Ale potem pojąłem, że za aktami każdej z tych spraw jest człowiek,  i każdy z nich jest inny. Niektórzy ewidentnie kradli po to, by znowu trafić do aresztu, gdzie mieli dach nad głową, jedzenie i opiekę lekarską na koszt podatnika. Inni kradli by zdobyć pieniądze na alkohol czy narkotyki. Jeszcze inni kradli jedzenie bo nie widzieli innego sposobu by napełnić pusty żołądek. Zdarzali się też ludzie kradnący „dla sportu”, dla rozrywki, adrenalinki, żeby udowodnić sobie albo innym jacy to oni są „twardzi”. Każdego z nich, choć kodeks umieszcza ich wszystkich w tej samej szufladce, trzeba było traktować inaczej. Każdego nich można było wysłać do więzienia. Ale czy w każdym z tych przypadków mogłem podpisać taki wyrok pozostając w zgodzie z własnym sumieniem? Czasem podjęcie decyzji co do rodzaju i wymiaru kary przychodziło bardzo trudno. Kto sam nigdy tego nie robił, kto nie znalazł się w sytuacji, gdy ma władzę nad drugim człowiekiem i musi z tej władzy skorzystać. Bo władza jest jak narkotyk, potrafi opętać i uderzyć do głowy. Trzeba stale się pilnować, żeby nie dać się ponieść i nie zapomnieć o tym, że skazujemy człowieka, a nie numerek. Człowieka, a nie medialny fakt.

sobota, 22 stycznia 2011

Krowa

No i stało się, „mordercy psa” wymierzono karę 10 miesięcy pozbawienia wolności bez warunkowego zawieszenia jej wykonania. Tak jak życzyło sobie 100.000 internautów, którzy wprawdzie nic o sprawie nie wiedzieli, ale uznali, że to wystarczy by móc wydać wyrok. Myślałem, że po ogłoszeniu tego wyroku „społeczeństwo” będzie z niego zadowolone i choć raz wypowie się pozytywnie o sądach. Ale nie, jak zwykle w komentarzach, opiniach i „jedynie słusznych” poglądach sąd obrzucono błotem, oblano pomyjami i porównano do najgorszych. Dlaczego? Bo kara za niska! Co to jest 10 miesięcy? Powinni dostać dwa lata! Mało dwa lata, pięć lat! Powinno się ich ukarać jak za zabicie człowieka! Powiesić! Pociągnąć za samochodem! I tego niedouczonego sędziego też! I żeby jego samego coś takiego spotkało, to zobaczymy jak by wtedy orzekał! Wszak seryjni mordercy zaczynali od znęcania się nad zwierzętami! Toż więcej dostaje się za posiadanie trawki, a komu to szkodzi! I tak dalej, i tak dalej, i tak dalej... Ogólnie rzecz biorąc uznano, że to skandal, że kara wynosi „tylko” 10 miesięcy pozbawienia wolności. Bo karać powinno się oczywiście surowo, a najlepiej to wieszać i kastrować, niekoniecznie w tej kolejności.

Ja także kiedyś uważałem, że kary powinny być surowe, oburzałem się gdy słyszałem informacje, że sąd skazał kogoś na karę w zawieszeniu albo na „tylko” dwa lata więzienia. Jak poznałem prawo i zdecydowałem, że chcę zostać sędzią, obiecywałem sobie, że ja będę karał porządnie, surowo, nie to co teraz. Miałem nawet plan, żeby każdemu dawać karę maksymalną, chyba że będą jakieś okoliczności łagodzące. Inaczej mówiąc moje poglądy nie odbiegały od poglądów „społeczeństwa”. Ale potem dostałem się na aplikację sądową i nagle okazało się, że świat wcale nie jest taki jaki myślałem że jest. Lektura dziesiątek, setek i tysięcy akt spraw sądowych dała mi dużo do myślenia. Po pierwsze zorientowałem się, że owo powszechne żądanie surowego karania przestępców odnosi się tylko do „obcych” przestępców. Bo jeżeli już komuś zdarzy się popełnić przestępstwo, albo przytrafi się to komuś mu bliskiemu, to nagle okazuje się, że surowe ukaranie go będzie czymś złym. Że absurdalne jest tak surowe karanie za takie drobiazgi, no bo przecież nikomu tak naprawdę nie stała się krzywda, a ten drugi to w zasadzie sam był sobie winien. Ci sami ludzie, którzy jeszcze niedawno krzyczeli, że to skandal, że za rozbój sąd dał wyrok w zawieszeniu, teraz z równym przekonaniem głoszą, że zamykanie młodego człowieka do więzienia za jednorazowy wybryk to rażąco surowa kara, nieuzasadniona, że to złamie mu życie, że powinno się dać mu szansę na poprawę. Ci sami, którzy domagali się surowego karania pijanych kierowców dowodzą że pół promila, to prawie nic, w Niemczech wolno mieć 0,8, a poza tym to było nieumyślnie bo skąd mógł wiedzieć, że po tylu godzinach jeszcze mu coś zostanie. No a ci sami, którzy domagali się bezwzględnego więzienia dla zabójców psa, krzyczą na cały głos, że „to był tylko pies”.

Być może z punktu widzenia „szarego” człowieka tego tak nie widać, ale z wysokości sędziowskiego stołu już tak. Bo o ile „na ulicy” znacznie silniejszym głosem mówią zwolennicy surowego karania, to w sądzie spotyka się głównie tych drugich, łatwo jest zatem, patrząc w dodatku z boku na to wszystko, porównać obie te postawy. I dojść do wniosku, że wszystkie podporządkowane są one jednej prostej zasadzie: „Jak Kali ukraść krowa to dobrze, ale jak krowę ukraść Kalemu to źle”. A dokładniej: „jak Kalemu ukraść krowa, to złodzieja należy powiesić, ale jak Kali ukraść krowa, to Kalemu należy wybaczyć i pamiętać, że on miał trudne dzieciństwo”. Dlatego warto pamiętać, że sędzia wymierzając karę musi zadbać o to, by i Kali był syty i krowa cała, by wymierzona kara ani nie była za surowa ani za łagodna. A w nagrodę za ten wysiłek zwykle obrywa mu się od obu stron.

poniedziałek, 17 stycznia 2011

Vox Populi

Licznik odwiedzin mojego bloga osiągnął 50.000. Musze przyznać, że nie spodziewałem się tego, gdy 13 lutego 2010 r. zamieściłem pierwszy tekst. Początkowo pisałem tylko dla siebie i niewielkiej grupki czytelników, ot tak, by wyrzucić coś z siebie i poprawić samopoczucie. To były dobre czasy. A potem, pewnego dnia wszystko się zmieniło. O jednym z moich tekstów napisano w Gazecie Prawnej i nagle na mojego bloga trafiły tysiące ludzi. A ja doświadczyłem pierwszego ciężkiego zderzenia z VOX POPULI.

Nie żeby była to dla mnie nowość. Głos ludu podsądnego miast i wsi towarzyszy mi w pracy praktycznie codziennie. Ale to było moje spokojne miejsce, taki cichy zakątek, do którego nagle władowało mi się dziesięć autokarów pełnych turystów. I zaczęli wszystko na głos komentować.  Czego to ja się nie naczytałem w komentarzach... O akcji Temida, i bezprawiezus (cokolwiek by to nie było), o tajnej instrukcji nakazującej oddalanie powództw osobom zwolnionym od kosztów sądowych, o fałszerstwach protokołów sądowych, o łamaniu prawa przez sądy, oj dużo tego było. Odezwał się też pewien pan, który kiedyś rozbawił mnie do łez dowodząc, że odrzucenie jego wniosku o uzasadnienie to "kara rażąco niewspółmierna do zawinienia". Bo on przecież on wniosek o odpis wyroku złożył w terminie,  tyle tylko, że wtedy nie napisał, że chce dostać ten odpis wraz z uzasadnieniem, a za tak "drobne uchybienie" nie można go przecież pozbawiać prawa do sądu. Pojawili się też publicyści pewnego internetowego "czasopisma" zajmującego się głównie pomawianiem sędziów o popełnianie przestępstw (oczywiście w imię wolności słowa, prawa do sprawiedliwego procesu i jeszcze paru innych artykułów Konstytucji). Była pani, którą "w sposób przestępczy" uznano za psychicznie chorą po tym, jak wykryła "wielomiliardową" aferę w ministerstwie finansów. Był pan od nagrywania rozpraw, jakiś wesołek proponujący obywatelskie komisje do weryfikacji pracy sędziów, cały tłum "bojowników z korporacjami" i  wielu im podobnych. Najpierw nie wiedziałem o co chodzi, potem próbowałem ich wyrzucić, a na koniec postanowiłem przeczekać. Lektura  owego "głosu ludu", choć bardzo męcząca, była inspiracją dla opublikowanej później na blogu serii poświęconej szkodnikom sądowym. Jak również przyjęcia przeze mnie pewnych zasad  rządzących moim blogiem... zasad, których niektórzy do dziś sobie nie przyswoili.

W pewnym momencie miałem już dość czytania tych wszystkich pomyj i teorii spiskowych i myślałem nawet nad wyłączeniem możliwości dodawania komentarzy i chyba nawet to zrobiłem.  Wszak blog to nie grupa dyskusyjna i nie służy on wymianie poglądów i prowadzeniu dyskusji. Ale potem włączyłem je ponownie bo zrozumiałem, że nie wszyscy czytelnicy i komentatorzy mojego bloga to wyznawcy teorii Wielkiego Zbrodniczego Spisku  Sądów Przeciwko Mnie. I nie wszyscy uważają się za Wybitnych Znawców Problemów Sądownictwa Które  Oczywiście Jest Skorumpowane. Ale zastrzegłem dla siebie dyktatorską władzę co do tego jakie komentarze będą opublikowane a jakie nie. Parę razy pytano mnie, w kolejnych komentarzach, dlaczego to jakiś komentarz (oczywiście zawierający "prawdę o sądach") się nie ukazał, jakie to zasady on naruszał... A on nie naruszał żadnych zasad, tylko po prostu mi się nie spodobał bo był nudny, nie na temat, albo bez sensu. Albo był poniżej pewnego akceptowanego przeze mnie poziomu, jak na przykład ten, gdzie żądano ode mnie odpowiedzi, czy Sąd Rodzinny to sąd, w którym pracują członkowie jednej rodziny. Parę razy zdarzyło mi się też po prostu kliknąć nie ten przycisk co trzeba i w efekcie skasować czyjś komentarz zamiast go opublikować. Trudno. Bywa i tak. Nie wszystkie moje decyzje przeszły jednak bez echa, najpierw zostałem bowiem obsmarowany na pewnym blogu za cenzorskie praktyki, po czym pewien "komentator" oskarżył mnie publicznie i internecie o ograniczanie swobody wypowiedzi. A o co poszło? Otóż o to, że zarzucił mi, że tylko narzekam na moje obciążenie zamiast  "wysyłać wnioski, petycje i skargi do odpowiednich osób, instytucji, organów, aby te sytuacje naprawiono". Zapytałem więc do jakiej to instytucji mógłbym wnieść "wniosek, petycję lub skargę" w sprawie tego, że mam w referacie za dużo spraw i w odpowiedzi zostałem odesłany do art 118 Konstytucji. I już wtedy wiedziałem, że dalsza dyskusja nie ma sensu... i jak się później okazało przeczucie mnie nie myliło, biorąc pod uwagę to, gdzie ukazał się potępiający mą decyzję "artykuł". I tyle na ten temat.

Po paru miesiącach przyzwyczaiłem się do okazjonalnej obecności i działalności przedstawicieli tej szczególnej kategorii "podsądnego ludu". Jednakże parę dni temu mój spokojny zakątek najechał inny rodzaj "turystów", którzy znowu zmienili mój spokojny zakątek nie do poznania. I znowu stało się to dzięki potędze internetu. Ano ktoś uznał za stosowne powołać się na moją wypowiedź zawartą w tekście z 19 grudnia 2010 r. przy okazji "wykopanej" przez kogoś innego petycji w sprawie surowego ukarania oskarżonych o zabicie psa. No cóż... liczyłem na to, że mój tekst przekona tych co nie podpisali tej idiotycznej petycji, że nie powinni tego robić, a ci co podpisali zrozumieją, jaki popełnili błąd.  Chodziło mi przy tym  o to, by odbiorcy zrozumieli, że o ile organizowanie petycji, demonstracji i happeningów celem zwrócenia uwagi na jakiś problem jest w porządku, to czynienie tego w związku z konkretną sprawą jest nie na miejscu. Że wyrokowanie o winie i karze na podstawie wypowiedzi rzecznika prasowego Policji jest działaniem skrajnie nieodpowiedzialnym. Że wszelkie próby naciskania na sąd to pierwszy krok do anarchii i linczów. Nie dotarło. Bo Vox Populi orzekł, że jestem nie lepszy od tych bandytów, mnie też powinno się pociągnąć za samochodem, tych bandytów należy powywieszać a sądy to kryją oprawców zwierząt, a ja jak tego nie widzę, to znaczy, że to popieram.

A jaki z tego morał... ano taki, że ciężki jest los człowieka "władzy", nawet tak drobnej i nieistotnej jak władza sądownicza. Że Vox Populi, tudzież ludzie wypowiadający się "w imieniu społeczeństwa", wcale nie przedstawiają "prawdy objawionej" a to że jest ich 20, 50 czy 100 tysięcy nie oznacza, że to co twierdzą jest prawdą. To tak pod rozwagę tym, co sposób na naprawę wymiaru sprawiedliwości widzą w powołaniu ludowych komisji kontrolujących sędziów, czy też chcieliby oceniać pracę sędziów w oparciu o skargi jakie wnosi na nich "społeczeństwo". 
 

wtorek, 11 stycznia 2011

Wysłuchanie

Dziś w sali kolumnowej w budynku Sejmu odbyło się posiedzenie sejmowej Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka, którego przedmiotem było wysłuchanie publiczne w przedmiocie projektu zmiany ustawy o ustroju sądów powszechnych. A ja tam byłem, wodę mineralną piłem i słuchałem co na ten temat publiczność miała do powiedzenia. A publiczność stawiła się licznie. Był I Prezes SN, praktycznie cała Krajowa Rada Sądownictwa, Krajowa Rada Prokuratorów, SSP Iustitia, Stowarzyszenie Sędziów Rodzinnych, organizacje prokuratorów, referendarzy sądowych, asystentów, Helsińska Fundacja Praw Człowieka, a nawet Stowarzyszenie Przeciw Bezprawiu (polegającemu na tym, że sądy orzekają inaczej niż oni by chcieli). Wygłoszono wiele mów, lepszych i gorszych, ale przesłanie było jedno. Projekt jest zły, nawet szkodliwy, a proponowane zmiany nie tylko nie przyniosą założonych przez Ministerstwo skutków, ale mogą wręcz pogorszyć dzisiejszą trudną sytuację wymiaru sprawiedliwości.

Ponownie powtórzono wielokrotnie już przedstawiane zarzuty pod adresem tego projektu, począwszy od tego, że starą ustawę nowelizowano już tyle razy, ze nie tylko zasady prawidłowej sztuki legislacyjnej ale i zwykła przyzwoitość nakazywała by raczej napisać ją od nowa. Gremialnie potępiono pomysł wprowadzenia dwuwładzy w sądach w skutek czego prezes sądu aby zwolnić swoją sekretarkę musiałby prosić o to dyrektora, bo sam nie miał by władzy by podjąć taką decyzję. A dyrektor mógłby się nie zgodzić, bo nie. Podobnie potraktowano pomysł likwidacji osobnych wydziałów rodzinnych i "wrzucenia" tych spraw do wydziałów cywilnych, który porównano do prób połączenia w jedną jednostki wojsk lotniczych i jednostki wojsk pancernych. A argument, że ma to sprzyjać "zwiększeniu płynności kadry", bo przecież sędziowie powinni sobie poradzić z każdym rodzajem sprawy skomentowano sugestią, że w takim razie należałoby zlikwidować także specjalizacje wśród lekarzy, bo przecież w końcu każdy lekarz powinien umieć wyleczyć wszystko. W kwestii ocen okresowych sędziów i prokuratorów, choć mówcy różnili się co do potrzeby ich wprowadzenia,  wszyscy byli oni zgodni  co do tego, że w takiej postaci jak proponuje to Ministerstwo są one nie do przyjęcia. Zwrócono przede wszystkim uwagę na to, iż w sytuacji, gdy kryteria oceny ma ustalić minister nic nie stoi na przeszkodzie temu, by zapisano w nich, że pozytywną ocenę może uzyskać tylko sędzia, który popiera politykę rządu, Wskazano także, że jedyną nagrodą jaką ów proponowany system ocen okresowych przewiduje za dobrą prace jest brak kary. Oprócz tego wskazywano na oczywistą niezgodność z Konstytucją uregulowań dotyczących Komisji Konkursowej, uchybienia proceduralne przy pracach nad ustawą (pierwsze czytanie na posiedzeniu komisji, zamiast na posiedzeniu plenarnym), nielogiczności i brak koniecznych uregulowań dotyczących asystentów i referendarzy.

Do tego wszystkiego co powiedziano chciałbym dodać także parę słów od siebie. Otóż największym złem jakie niesie za sobą ów projekt ustawy jest to, że kontynuuje on działania zmierzające do odebrania sądom należnej im pozycji w strukturach władzy publicznej. Monteskiuszowska zasada trójpodziału władzy zakłada istnienie władzy ustawodawczej, wykonawczej i  sądowniczej jako trzech równorzędnych, odrębnych i  niezależnych od siebie władz, wzajemnie się równoważących dla dobra powszechnego. Niestety dzisiaj polskie sądy trudno nazwać odrębną, niezależną władzą, a już bardzo trudno uznać ją za władzę równorzędną dwóm pozostałym. Po dwudziestu latach traktowania sądów jak urzędów podległych Ministerstwu Sprawiedliwości i służących realizacji polityki rządu sądy zostały niemal całkowicie podporządkowane Ministrowi. Dziś praktycznie wszystkie decyzje istotne z punktu widzenia funkcjonowania sądów, jak również dotyczące drogi zawodowej każdego sędziego podejmuje albo Minister Sprawiedliwości, albo osoba, którą on sobie wybrał i mianował na stanowisko. W rezultacie sądownictwo zostało oplecione siecią wzajemnych podległości, nieformalnych zależności i powiązań, której wszystkie nitki zbiegają się ostatecznie w rękach Ministra. Sędziowie w takim układzie są dla Ministra petentami  zdanymi w zasadzie na jego łaskę i niełaskę. Nic poza poczuciem odpowiedzialności za państwo (o co u polityków czasami bardzo trudno) nie powstrzymuje Ministra (tudzież urzędnika działającego w jego imieniu) przed wykorzystaniem tak powstałego stosunku zależności. Na przykład przed daniem sędziemu do zrozumienia że uwzględnienie jego wniosku o przeniesienie do innego sądu zależy od tego jaki wyrok wyda w takiej czy innej sprawie. Albo przed poinformowaniem prezesów sądów, że sądy, które nie orzekają zgodnie z interesem narodowym (na przykład zwracając "późnym przesiedleńcom" odebraną im bezprawnie ziemię) nie zostaną uwzględnione w przyszłorocznym planie inwestycyjnym. Niestety o tym dziennikarze nie piszą, łykają za to bez popijania historyjki, jak to minister zamierza wziąć się za leniwych sędziów i zagonić ich do roboty, żeby żyło się lepiej. A tak zwane społeczeństwo to wszystko kupuje... nie zdając sobie sprawy z tego że za parę lat, gdy przyjdą do sądu prosząc o sprawiedliwość może się okazać, że to właśnie oni są tymi, których minister ogłosił "tymi złymi" a siedzący przed nimi sędzia może już nie mieć siły i ochoty na kopanie się z ministerialnym koniem.

Wynik głosowania nad projektem nowelizacji ustawy da odpowiedź na pytanie, czy panom posłom faktycznie zależy na tym, by sądy w Polsce były niezależne i niezawisłe, czy też ich wolą jest, aby pozostały one faktycznie przybudówką Ministerstwa Sprawiedliwości. Obawiam się jednakże, że i tym razem interes partyjny i potrzeba osiągnięcia Medialnego Sukcesu przeważy nad interesem publicznym. No cóż... zobaczymy.

środa, 5 stycznia 2011

Anioł stróż

Odebrałem dzisiaj telefon z Mojego Banku. Bardzo miła pani telemarketerka (czy jak tam się to teraz nazywa) złożyła mi specjalną tylko dla mnie ofertę jedyną w swoim rodzaju informując mnie, że Mój Bank jest gotów pożyczyć mi nawet 92.000 złotych bez żadnych zaświadczeń i poręczeń. Warunki oczywiście są niezwykle korzystne, bo oprocentowanie wynosi tylko 12,5%. A to zdziercy. Jak ja im pożyczam pieniądze (nazywa się to dla niepoznaki lokatą terminową) to płacą mi ledwo 3,5%. Nie byłem zainteresowany, więc grzecznie skończyłem rozmowę nie zmuszając pani telekonsultantki do przyznania, że te 12,5 % to dopiero początek, bo do tego dochodzi jeszcze prowizja banku, ubezpieczenie i takie tam śmakie owakie. Ale dalej tego tematu rozwijać nie będę, bo finanse i bankowość to nie moja działka. Chciałbym natomiast wrócić do opisywanej już kiedyś kwestii problemów z oddawaniem długów i spojrzeć na ten problem trochę z innej strony.

To, na co chciałbym już na wstępie zwrócić uwagę, to to że we wszystkich ofertach, reklamach i propozycjach najróżniejszych banków i podmiotów podobnych rzadko kiedy mówi się o oddawaniu pożyczonych pieniędzy. Oglądając reklamy słyszymy tylko, że pożyczkę można dostać od ręki, czasami nawet nie ruszając się z domu. I nagle wszystkie problemy znikają. Synek może pojechać na obóz, i mieszkanie się wyremontuje, a w święta będzie można zastawić stół tak, że sąsiadów i rodzinę aż skręci z zazdrości. I jak tanio, tylko 12 procent, i w dodatku można się ubezpieczyć żeby w razie czego nie płacić. Jakoś nie przypominam sobie reklam, w których mówiono by, że pożyczkę będzie trzeba spłacać po 200 czy 300 złotych miesięcznie przez następne trzy lata, nie mówiąc już to tym, że razem z tymi wszystkimi prowizjami i opłatami  spłacić będzie trzeba trzy razy tyle ile się dostało. Jeżeli już mówią coś o oddawaniu, to tylko o tym, że pieniądze dostaje się teraz, a spłacać zaczyna dopiero po świętach czy wakacjach. A potem to wszystko trafia do mnie... jako wnioski o nadanie klauzuli bankowym tytułom egzekucyjnym... jako pozwy o zapłatę... jako sprzeciwy od nakazów zapłaty... jako skargi na czynności komornika... Bo zaciągnąć kredyt jest łatwo, ale spłacić go to już nie taka prosta sprawa.

Podsądnych w tych sprawach można podzielić na różne kategorie. Są wśród nich pechowcy, którym wszystko szło dobrze dopóki nie stracili pracy, nie podupadli na zdrowiu czy też nie spadło na nich jakieś inne nieszczęście. Są ludzie którzy zawierzyli komuś bliskiemu i wzięli dla niego na kredyt jakiś towar, a ten ktoś przestał spłacać. Są oszuści, którzy nigdy nie mieli zamiaru spłacać kredytu, ale nauczyli się, że pieniądze na wódkę dają w banku na dowód. Są ludzie, którzy brali pożyczki nie wiedząc jak i kiedy je spłacą, bo nie widzieli innego sposobu na zdobycie pieniędzy na życie. I są też ludzie nieodpowiedzialni, którzy zaciągali pożyczki bez zastanawiania się, czy będą w stanie je spłacić, na zasadzie, że jak dają to trzeba brać. Zwykle to nie są duże kwoty, ot tyle ile jest potrzebne na rozwiązanie jakichś bieżących problemów, ale ziarnko do ziarnka... i w końcu okazuje się, że jak zsumować raty za telewizor, nową lodówkę, kino domowe, raty kredytu zaciągniętego na remont mieszkania, spłatę pożyczki świątecznej i kredytu wziętego na wakacje to nagle okazuje się, że po zapłaceniu tego wszystkiego z pensji, emerytury czy renty  już nic nie zostało. I nagle zaczynają się problemy. Taki "przekredytowany" dłużnik nie ma z czego płacić więc nie płaci. Zaczynają się więc telefony z banku, przychodzą monity, potem pojawia się komornik. I nagle okazuje się, że dłużnik jest w sytuacji bez wyjścia. Nie może ogłosić upadłości konsumenckiej, bo nie stać go na pokrycie kosztów postępowania. Pieniądze zabierane co miesiąc przez komornika z jego pensji czy emerytury, po odliczeniu kosztów mogą nie wystarczyć nawet na zapłatę odsetek za ten miesiąc, więc dług stale rośnie. Koniec końców to wszystko może skończyć się zlicytowaniem jego mieszkania żeby spłacić kilka tysięcy złotych długu.

"Przekredytowany" dłużnik czasem przyjmuje postawę fatalistyczną, czasem próbuje walczyć o wyjście z sytuacji, a czasem miota się jak pies w beczce skarżąc wszystko i wszystkich i naokoło i poszukując winnych sytuacji, w której się znalazł. Oczywiście winni zawsze są "oni" - zły bank, zły komornik, zły prokurator kryjący przestępców, zły skorumpowany sąd, który też jest w zmowie. A to wszystko to jest wielki spisek, oszustwo, działanie sprzeczne z Konstytucją i prawami człowieka. I tu dochodzimy (długą i okrężną drogą) do sedna problemu, który chciałbym poruszyćm to jest do tego kto tak naprawdę powinien dbać o to, by do takich przypadków nie dochodziło. Wielu "przekredytowanych" uważa bowiem, że winę za ich sytuację ponosi bank który udzielił im pożyczki, bo powinien był wiedzieć, że ich nie będzie stać na spłacanie rat. Ale czy naprawde to bank powinien dbać o to, by człowiek, który do niego przychodzi nie wpakował się w kłopoty? Czy naprawde powinniśmy traktować dorosłych ludzi jak małe dzieci, które nie są w stanie podjąć świadomej decyzji? Czy naprawdę kazdy powinien mieć przydzielonego państwowego "anioła stróża" od pilnowania, czy przypadkiem nie robi on czegoś głupiego czy nieodpowiedzialnego? I gdzie jest granica takiej opieki? Dziś słyszymy, że Komisja Nadzoru Finansowego powinna dbać o to, by kredytobiorca przypadkiem nie wpakował się w kłopoty zaciągając więcej kredytów niż może spłacić. A co będzie jutro? Czy przypadkiem Policja (albo jakaś Inspekcja Ruchu Drogowego) nie powinna dbać o to, by kierowcom nie sprzedawano pojazdów, nad którymi nie będą w stanie zapanować? W końcu ten dealer powinien mieć obowiązek sprawdzenia, czy klient ma dość doświadczenia by jeździć tak szybkim samochodem. Tak samo fastfoodowe restauracje przed sprzedaniem komuś swoich wyrobów (bo jedzeniem tego nazwać nie można) powinny sprawdzać, czy ich klient nie ma przypadkiem przeciwwskazań zdrowotnych do ich spożywania. A kierownik USC powinien dokładnie przepytać narzeczonych, żeby ustalić, czy naprawdę się kochają. No i oczywiście odmówić udzielenia ślubu, gdy uzna, że zawarcie tego małżeństwa może być dla jednej z tych osób życiowym błędem. 
 
Czy naprawdę chcemy, żeby ktoś za nas myślał i decydował co będzie dla nas najlepsze?