piątek, 31 grudnia 2010

Podsumowanie

No i tak kończy się rok 2010 według rachuby Chrześcijan, rok 5770 według wyznawców judaizmu i 1431 według Mahometan. Rok 2763 liczony od założenia Rzymu, 22 rok ery Heisei. Ale nie ważne jaki ma numer i kiedy się kończy. Pytanie, czy to był dobry rok.


No cóż... jak wynika z różnorakich tabelek spośród 24.000 spraw jakie w tym roku wpłynęły do mojego wydziału mnie osobiście przypadło rozpoznać 1.860 sztuk. I   prawie się udało bo załatwiłem ich równe 1.800 sztuk, a przyszły rok rozpocznę z 450 sprawami w szafie. No, to sporo więcej niż w zeszłym roku, zwłaszcza, że w większości to sprawy wymagające wyznaczenia na rozprawy. Tak więc jeśli ktoś dzisiaj wniesie pozew to może się spodziewać rozprawy gdzieś w połowie czerwca. A czy to był dobry rok? No cóż... kolejny rok spędzony przy tym samym tandetnym biurku, na tym samym tandetnym krześle w tym samym pokoju z widokiem na ślepy mur. Kolejny rok wykonywania w sporej części zbędnej pracy, w upale latem i w zimnie zimą.

No ale że nie samą pracą człowiek żyje, to warto ów mijający rok pamiętać także z innych powodów. W kwietniu, po katastrofie samolotu prezydenckiego miałem zaszczyt uczestniczyć we wspaniałym wydarzeniu jakim było spontaniczne zgromadzenie pod pałacem prezydenckim. Na samym początku, gdy zebranych tam ludzi łączył smutek i świadomość wielkie straty, a nie polityczne sympatie wobec jednej czy drugiej partii. Gdy obecność tam nie była jeszcze sposobem wyrażania politycznych sympatii lub antypatii. Zanim pojawili się tam ci, którzy Polaków dzielili na prawdziwych i nieprawdziwych, na patriotów i agentów czy też po prostu na swoich i obcych. Zanim potrzebne były barierki, ochroniarze, pałki, i gaz pieprzowy. To było uczucie jedyne w swoim rodzaju.

Latem wykorzystując resztki urlopu pozostałe mi z 2008 i  kawałek należnego za 2009 r. odwiedziłem Cambridgeshire. Przez ten tydzień zwiedziłem dokładnie siedzibę jednego z najstarszych uniwersytetów świata, z jego ogrodem botanicznym, w którym podstaw nauk przyrodniczych uczył się Karol Darwin. Odwiedziłem też muzeum lotnictwa w Duxford gdzie miałem przyjemność dotknąć skrzydła SR-71, wspiąć się do kabiny bombowca B-52 i przyjrzeć się z bliska pociskowi V1. Wyskoczyłem też na dzień do Londynu, gdzie po zrobieniu zdjęcia Big Benowi przeczekałem lejący się z nieba upał w klimatyzowanych wnętrzach Imperial War Museum, a potem wybrałem się na rejs po Tamizie, by wzorem wszystkich turystów zrobić sobie zdjęcie z jedną nogą na półkuli wschodniej a drugą na zachodniej.

Poza tym, spędziłem miło czas na miłych spotkaniach ze innymi członkami mafii w togach, podczas których dyskutowane były oczywiście dotychczasowe wyniki wdrażania akcji Temida, akcji kryptonim bezprawiezus  oraz Operacji Rugowania Prawdziwych Polaków Z Ich Mieszkań Żeby Zrobić Miejsce Dla Tych Co Przyjadą Z Izraela. Ogłoszono także najnowsze wytyczne co do tego kogo prześladować a kogo nie, kogo zamykać a kogo wypuścić, jak również  zatwierdzono listę osób których zawiadomienia o fałszerstwach dokonywanych przez prezesów spółdzielni mieszkaniowych będą ignorowane. W międzyczasie popływaliśmy sobie kajakami, połaziliśmy po górach i innych przyjemnych zakątkach naszego kraju nabierając sił dla dalszego czynienia swej powinności.

Jesienią wybrałem się do Egiptu pozwiedzać tamtejszy podwodny świat. Nie jest to najlepsza pora na taki wyjazd, bo wieczory robią się już chłodne a na morzu mocno buja, ale mimo wszystko było warto. Miło czasem się  tak oderwać i pojechać gdzieś, gdzie można naprawdę odpocząć. Zanurzyć się w toni, zapomnieć o pracy, o szafie, o aktach i po prostu wypocząć. Pogonić rybki, pogłaskać delfina, poklepać żółwia morskiego. Stanąć na dziobie łodzi i odstawić  scenę z Titanica. Albo po prostu położyć się na pokładzie i wystawić do słońca. A wieczorem ruszyć w miasto. Potargować się i kupić jakąś zupełnie niepotrzebną rzecz za ćwierć tego, co żądano na początku. Na przykład prawie prawdziwego Rolexa za pięć dolarów albo autentyczny papirus toaletowy.

I tak zakończył się ten rok... czy był dobry? Chyba tak, a przynajmniej nie całkiem zły. Było w nim i dobrze i źle. Nie wszystko było tak, jakbym sobie zapragnął, ale cóż teraz mogę na to poradzić? Nadchodzi nowy rok, i to na nim trzeba się skupić. Bo jaki on będzie zależy i ode mnie i od nas wszystkich. 


Szczęśliwego nowego 2011 roku !!!

niedziela, 19 grudnia 2010

Petycja

W ostatnich dniach, różnymi drogami, dotarła do mnie informacja o petycji w sprawie surowego ukarania osób winnych znęcania się nad zwierzętami. Przyszły do mnie maile, zaproszenia na fejsbuku, prośba pojawiła się nawet w komentarzach do mojego bloga. Zajrzałem więc pod jeden z linków i przeczytałem co tam napisano. Okazało się, że przed Sądem Rejonowym w Nowym Targu toczy się proces przeciwko osobom oskarżonym o to, że w bestialski sposób zabiły psa wlokąc go za samochodem na lince. Autorzy petycji (sporządzonej także w języku angielskim) domagają się zaś, aby sąd wymierzył za ten czyn karę pozbawienia wolności bez zawieszenia.

Nie podpisałem tej petycji. Z kilku powodów. Po pierwsze dlatego, że sam pomysł występowania z petycją do sądu w sprawie wydania konkretnego wyroku jest dla mnie po prostu nie do pomyślenia. Nie rozumiem jak można w ogóle wpaść na pomysł apelowania do sądu – i to publicznie – o wydanie konkretnego wyroku w konkretnej sprawie? Czy autorom tego pożałowania godnego pomysłu wydaje się, że jak zbiorą te 50.000 podpisów, to wtedy sąd weźmie ich opinię pod uwagę? Że sędzia ugnie się pod „presją społeczną”? Czy naprawdę nie widzą nic złego w wywieraniu presji na sędziego, aby w sprawie zapadł wyrok skazujący? Czy oni sami chcieliby być sądzeni przez sędziego, na którego wywierana jest taka presja? W wielu krajach sama próba wywierania presji na sąd czy sędziego, wszelkie próby „lobbowania” za wydaniem konkretnego rozstrzygnięcia traktowane są jako przestępstwo. Sub iudice lis est – sprawa jest w toku, co oznacza, iż wszelkie komentarze i sugestie co do tego jaki powinien być wyrok są nie na miejscu. Bo jedyną osobą uprawnioną do orzekania w sprawie jest sędzia, a wszelkie pozaprocesowe próby wpłynięcia na jego decyzję to nic innego jak utrudnianie wymierzania sprawiedliwości.

Drugi powód mojej decyzji jest taki, że wydawanie wyroku bez znajomości wszystkich faktów i okoliczności sprawy oraz bez zapoznania się z dowodami jest działaniem skrajnie nieodpowiedzialnym. A tutaj ktoś na podstawie informacji medialnych uznał za zasadne orzec, że oskarżeni są winni, a ich wina jest tak wielka, że powinni być pozbawieni wolności. Ileż razy ja już to widziałem. Ktoś gdzieś opisał jakieś zdarzenie, a już internetowi znawcy praw wszelakich wydali wyrok. Jedynie słuszny zresztą, bo kto się temu sprzeciwia ten jest głupi albo popiera tych bandytów. A może warto by pamiętać, że właśnie po to ustanowiono sądy, by o winie i karze nie decydował tłum na podstawie plotek? By nie wieszano ludzi tylko dlatego, że ktoś powiedział, że oni coś zrobili? Za przykład niech posłuży sprawa, która kilka lat temu miała swoje „pięć minut” w internecie. Chodzi mi o sprawę chłopaka, którego rzekomo wsadzono do więzienia za jazdę na gapę. Ależ się podniósł krzyk, sędziego odsądzono od czci i wiary, przypomniano który tam „zbrodzień” co zrobił i mimo tego nie siedzi. Wtedy też chyba była jakaś petycja, gremialnie orzeczono też, że to skandal i chłopaka powinno się wypuścić, przeprosić i zapłacić odszkodowanie za bezprawne pozbawienie go wolności. A prawda była taka, że ów „biedny niewinny” wcale nie siedział za jazdę na gapę, tylko został tymczasowo aresztowany, ponieważ uporczywie nie stawiał się na rozprawę w sprawie, w której był oskarżony o podrobienie i posłużenie się podrobionym dokumentem. Inaczej mówiąc oskarżono go (a i on temu nie zaprzeczał) że sfałszował legitymację szkolną i używał jej do wyłudzania nienależnych ulg, ale on nie przychodził na rozprawy, bo uważał, że nie musi. O tym jednak dziennikarze nie napisali a „sprawiedliwy” tłum nie chciał słuchać.

Mam nadzieję, że w przyszłości (oby niezbyt dalekiej) kultura prawna w Polsce podniesie się na tyle, że sądu odzyskają należną im pozycję jako jedynego organu uprawnionego do orzekania o winie i karze. Że skończy się czas powoływania sądów ludowych ad hoc do orzekania w medialnych sprawach i ferowania wyroków przez dziennikarzy i podburzony przez nich tłum. Że skierowanie sprawy do sądu utnie wszelkie dyskusje na temat winy i właściwej kary, a wydany wyrok przyjęty zostanie z należnym mu szacunkiem.

środa, 15 grudnia 2010

Podwyżka

16 listopada 2010 r. w głównym wydaniu Wiadomości TVP podano do wiadomości publiczności, że sędzia sądu rejonowego zarabia średnio 9.527 zł miesięcznie. Muszę przyznać, że bardzo mnie ta informacja zaintrygowała, bo oznaczałoby to, że w tajemnicy przede mną Ministerstwo postanowiło jednak dać sędziom prawdziwą pożyczkę podwyżkę Od razu pobiegłem sprawdzić, czy te pieniądze mam już na koncie, bo z wydaniem ich nie miałbym problemu. Zaglądam więc na konto, i niestety... przelew pensji za listopad jest dokładnie taki sam jak poprzednio, czyli 5.421,92 zł... ździebełko do tej "średniej" chyba więc brakuje. No więc kto zabrał moje pieniądze?

Telewizja w odpowiedzi na zapytanie skierowane do niej raczyła podobno odpowiedzieć, iż taką kwotę podało im Ministerstwo Sprawiedliwości, więc nie widzą powodu, by prostować podane przez nich informacje. Dobra, ale nadal nie wiem gdzie są moje pieniądze. Aby rozwiązać tę wielką zagadkę poszukiwacze zaginionych pieniędzy udali się w daleka podróż, by odnaleźć Źródło Prawdy. I po stawieniu czoła wielu wyzwaniom powrócili zwycięzcy z Wielką Tabelą, w której zapisano Wielką Tajemnicę Średnich Zarobków Sędziów. A owa tabela wygląda tak:


Spoglądam na tę tabelkę, no i faktycznie, ładna jest. I faktycznie jest w niej podana kwota średniego wynagrodzenia sędziego sądu rejonowego w I półroczu 2010 r. "z dwr" w kwocie 9.527 zł a "bez dwr" to 8.328 zł. Oprócz tego (kolumna 3) podano wysokość zarobków sędziów sądów rejonowych w pięciu rożnych przypadkach. Ja łapię się na punkt 12 - wynagrodzenie w stawce podstawowej z 5% dodatkiem stażowym. I tu widać pierwszy ministerialny kant. Wszystkie podane kwoty wynagrodzeń (dla każdej z czterech stawek wynagrodzenia) to kwoty maksymalne możliwe do osiągnięcia w ramach każdej ze stawek, bo do obliczeń przyjmuje się zawsze maksymalny dodatek stażowy (wynosi on 1% za każdy rok). Żeby dostać takie wynagrodzenie jakie w tabelce ministerstwa podano jako najniższe (pkt 12) musiałem pracować przez pięć lat, bo dopiero po pięciu latach należy się dodatek stażowy. Wynagrodzenie takie jak podane w pkt 13 otrzymam dopiero za kolejne pięć lat, bo dopiero wtedy będę miał prawo do 10% dodatku stażowego. Znaczy wiemy już, że do obliczeń wzięto nie rzeczywiste, ale maksymalne możliwe zarobki. Podobny numer zastosowano także przy podawaniu zarobków prezesa sądu, bo przyjęto maksymalne możliwe zarobki sędziego sądu rejonowego i dodano do nich dodatek funkcyjny dla prezesa. Ale czy faktycznie wszyscy prezesi sądów rejonowych są sędziami z co najmniej 20-letnim stażem?

Przejdźmy do kolumny nr 4, czyli płace "bez dwr". Owo „dwr” jak wyjaśniono w tej samej tabelce to „dodatkowe wynagrodzenie roczne” czyli tak zwana „trzynastka”. Oczywiście jest to kwota brutto, to jest uwzględniająca także te pieniądze, których sędziowie nie dostali, bo budżet je sobie zatrzymał twierdząc, że potrzebuje je na finansowanie służby zdrowia oraz jako zaliczkę na podatek dochodowy... Nadal mnie dziwi jaki sens ma pobieranie podatku dochodowego od wynagrodzeń wypłacanych z budżetu państwa. Przecież to jest dawanie jedną ręką i odbieranie drugą. Ale nie mnie dyskutować o ekonomii, polityce fiskalnej i takich tam. Ale wiem jedno. Podawanie wysokości wynagrodzenia w kwocie brutto jest jak podawanie długości... tego... no... wiecie.... mierzonej od końca pośladków (albo też jak twierdzą inni - razem z kręgosłupem). Przecież za to brutto (a dokładnie za tę tarę) to ja nic nie kupię. Liczy się to, co faktycznie mi wpływa na konto w banku i dla uczciwości powinno się operować taką właśnie kwotą. A więc znowu nie 6.633 zł, panie ministrze, tylko 5.423 zł, i tak samo dla wszystkich pozostałych pozycji. Wszystkie te kwoty są "zawyżone" o 19%.

Idźmy dalej. Kwota w kolumnie 5 to jakaś całkowita pomyłka. Jakie ubruttowienie? Płac sędziów nie "ubruttowiono", gdy wprowadzano reformę emerytalną, ponieważ sędziów (podobnie jak i całą "mundurówkę") wyłączono z tego systemu. Tak więc jaki jest sens dodawania do już zawyżonych kwot kolejnych sum nieistniejących pieniędzy, których w dodatku sędziowie nie tylko nigdy nie widzieli, ale i nigdy im nie wypłacano? Czemu to służy?

A dalej w kolumnie 6 i 7 zawiera się Największa Tajemnica Tabeli, to jest to, skąd wzięła się kwota 9.527 zł. Może do odpowiedzi na to pytanie zbliży mnie ustalenie skąd wzięła się kwota 8,328 zł, opisana jako wynagrodzenie "bez dwr" czyli bez "trzynastki". Właściwym sposobem obliczenia takiej średniej byłoby ustalenie ilu sędziów pobiera wynagrodzenie w każdej ze stawek, przemnożenie tego przez odpowiednią wysokość pensji (netto oczywiście) i podzielenie przez ogólną liczbę sędziów. Ale takich danych w tabelce nie ma... Muszę więc przyznać, że nie wiem na jakiej podstawie ją wyliczono, jakiż to wzór leżał u podstaw tego wielkiego rachunku średnich wynagrodzeń. W desperacji policzyłem po prostu średnią z tych liczb, co odpowiada założeniu, że 20% sędziów pobiera pensję w stawce pierwszej, kolejne 20% w drugiej, tak samo w trzeciej i w czwartej, a ostatnie 20% sędziów to prezesi. Ale nawet z tego rachunku wyszło mi średnie zarobki 8.243 zł więc wraz mniej niż podało ministerstwo. Ale żadnego lepszego pomysłu nie mam. W dodatku ten sposób liczenia jest absurdalny, sprowadza się do wyliczenia, że skoro robotnik zarabia 1.000 zł, brygadzista 3.000 zł a kierownik 5.000 to średnia płaca w fabryce wynosi 3.000 zł. Niby matematycznie poprawne, ale nie wtedy, gdy zwrócimy uwagę, że kierownik jest jeden, brygadzistów pięciu a robotników stu.  

Dobra, ale skąd wzięła się kwota 9.527 zł? W tabeli napisano, że to średnia zwiększona o trzynastkę. Ale w takim razie dlaczego trzynastka podwyższa średnią aż o 1.199 zł ??? Żeby tak było trzynastka musiała by wynosić 14.388 zł. a jako żywo tyle nie wynosi. Odpowiedź może dać nagłówek tych kolumn w tabeli, opisany jako przeciętne wynagrodzenie w I półroczu. Wszystko bowiem wskazuje na to, że wybitni ministerialni kalkulatorzy do wynagrodzenia za pierwsze półrocze doliczyli całą trzynastkę, po czym wszystko podzielili przez 6 miesięcy. Dobrze, że nie liczyli średniego wynagrodzenia za I kwartał, bo wtedy podzieliliby przez trzy i wyszłoby im jeszcze więcej. Przeoczenie?

Oczywiście to tylko drobne nieścisłości... w końcu co w tym złego że podaje się wynagrodzenie brutto... Że do obliczeń przyjmuje się maksymalne możliwe zarobki, które otrzymuje tylko niewielka część sędziów... Że przyjmuje się fikcyjne dane wyjściowe do liczenia średniej... Że przy liczeniu średniego wynagrodzenia za pół roku dolicza się do niego całą trzynastkę... Grunt, że w świat poszła wiadomość, ze sędzia zarabia prawie 10.000 zł miesięcznie, i jeszcze mu mało.

czwartek, 9 grudnia 2010

Walizki

Parę dni temu w prasie opisano historię, jak to pewna sędzia dała pewnemu aplikantowi akta sprawy, by ten napisał projekt orzeczenia z uzasadnieniem. Ów „przedsiębiorczy” aplikant zlecił natomiast wykonanie tego zlecenia kobiecie znalezionej z ogłoszenia w Internecie. I wszystko byłoby w porządku (zlecenie wykonano, akta wróciły a uzasadnienie było podobno dobre) gdyby owa kobieta nie okazała się dyscyplinarnie zwolnioną pracownicą sądu, która po wykonaniu „zlecenia” i zainkasowaniu 200 zł uprzejmie, acz z obrzydzeniem doniosła o wszystkim. No i teraz sędzi grozi postępowanie dyscyplinarne za to, że akta sprawy zostały przez nią wyniesione z sądu.

Fakt... jest przepis, który zabrania wynoszenia akt z sądu bez zgody przewodniczącego wydziału i odnotowania tego faktu w repertorium. Przepis ten jest jednakże tak powszechnie ignorowany, że w jego przypadku możemy chyba mówić o tym, co nauka prawa określa jako desuetudo – o utracie przez przepis mocy w skutek długotrwałego niestosowania. Już na aplikacji nauczono mnie, że podstawowym wyposażeniem sędziego jest reklamówka na akta. Później zrozumiałem, że to nieprawda, bo podstawowym wyposażeniem sędziego jest walizka na kółkach - więcej się do niej mieści i łatwiej się nosi. Koleżanka kiedyś stwierdziła, że sąsiedzi tyle razy widzieli ją jak bladym świtem wychodziła z domu z ciężką walizką, że zaczęli jej współczuć, że musi tak często wyjeżdżać.

Dlaczego sędziowie wynoszą akta z sądu? Powodów jest wiele. Przede wszystkim to, że ilość rzeczy do zrobienia, które przypadają na jednego sędziego już dawno przekroczyła granice rozsądku. Niedawno pisałem, ile to czasu zajmuje codziennie załatwianie przydzielanych mi spraw. Nawiązując do tego wpisu mogę stwierdzić, że w mojej szafie wiele się nie zmieniło. Uzasadnienia jak nie były napisane tak nadal nie są, tylko trochę ich przybyło. Według dzisiejszego rachunku mam do napisanie  15 uzasadnień co daje jakieś  50-60 godzin  ciągłego pisania. I nie, asystent ich za mnie nie napisze. Bo niestety  ma znacznie ważniejsze rzeczy do zrobienia, to jest wspieranie mnie w walce z  "bieżącym wpływem". Te pięć wielkich spraw wymagających przeczytania i rozważenia nadal leży, i chyba prędko się nimi nie zajmę. Bo te osiem godzin od 8 do 16 to zdecydowanie za mało, by wykonać cały nałożony na mnie „wymiar zadań”. Jedyne wyjście to zabrać akta „nie zrobione” do domu i popracować nad nimi wieczorem i w nocy. Albo pójść do domu coś zjeść, wrócić na „drugą zmianę”, posiedzieć sobie do 21-22 i zrobić ile się da. Sęk w tym, że po paru takich „maratonach” jestem tak zmęczony, że cała ta praca zaczyna nie mieć sensu. Mój pomyślunek staje się tak ciężki, że wszystko trwa dwa razy dłużej, a i jakość mojej pracy mocno spada. Dlatego wolę przychodzić do pracy w weekend, i „nadganiać” w czasie urlopów i świąt. Nie zdarzyło mi się wprawdzie (jeszcze) brać urlopu specjalnie po to, by „wypisać się z uzasadnień” ale święta z aktami i uzasadnienia pisane między karpiem i śledziem to dla mnie nic dziwnego. Więcej powiem, słyszałem historię o uzasadnieniu pisanym w noc poślubną, bo musiało być gotowe na poniedziałek.

Brak czasu to nie jedyny powód Warunki pracy w sądzie wybitnie nie sprzyjają skupieniu. Wielu sędziów tłoczy się po kilka osób w jednym pokoju, w pomieszczeniu ciasnym jak więzienna cela. Ja mam to szczęście, że na razie siedzę sam, ale za to w moim pokoju stoi kilka szaf z aktami do których co chwilę ktoś przychodzi by akta przynieść, wynieść albo znaleźć. Co chwilę też ktoś ma do mnie pytanie, albo potrzebuje żebym podpisał jedno z tych pism, które absolutnie bezwzględnie muszą być podpisane przez sędziego, albo Świat Się Zawali. Na przykład polecenia wypłaty pieniędzy z kasy albo pokorne prośby do Gmachu Sądu by raczył u siebie wywiesić ogłoszenie. Nie są to warunki sprzyjające ustalaniu w oparciu o zeznania kilkunastu mniej lub bardziej fałszywych świadków kto tak naprawde kupił ten fotel, i z czyich pieniedzy zakupiono altankę na działkę. Albo tego czy rodzice darowali maszynę do szycia obojgu czy tylko żonie. Zresztą o sprawach o podział majątku jeszcze kiedyś napiszę szerzej, bo to też ciekawy temat. Zwłaszcza wtedy, gdy któryś z byłych małżonków żąda podliczenia i podzielenia wszystkiego, z żabkami do firanek włącznie.

Jest jeszcze trzeci powód... Ponoć przed wojną sędzia, który sam trzepał dywan odpowiadał za to dyscyplinarnie za uchybienie godności urzędu. Ale te czasy minęły, nie ma już służących ani kamerdynerów. Sędziowie też mają rodziny, też muszą odbierać dzieci z przedszkola, posprawdzać im lekcje, ugotować, uprać, uprasować, posprzątać, czy po prostu pilnować domowego ogniska. Muszą więc wyjść z pracy na tyle wcześnie, by wszystkim tym obowiązkom podołać. A do uzasadnień, klauzul, nakazów, wyroków do ogłoszenia zasiadają wieczorami albo w nocy, gdy reszta rodziny śpi, i można spokojnie skupić się nad pracą.
A wracając do historii opisanej na początku... zastanawiam się jaka „kariera” dalej czeka tego aplikanta... i jak taki „geniusz” znalazł się na aplikacji, Czy jak zostanie już tym radcą czy adwokatem to też będzie zlecał pisanie pozwów osobom znalezionym w Internecie?

sobota, 4 grudnia 2010

Droga wolna

Co jakiś czas widuję w Internecie opinie, że jeżeli sędziom nie podobają się warunki pracy w sądach to powinni zmienić pracę, a nie użalać się. Na początku ignorowałem takie wypowiedzi, bo dyskutowanie z nimi przypomina dyskusje ze ślepym o kolorach. Zwłaszcza, że zwykle towarzyszy im stwierdzenie, że tabuny młodych zdolnych absolwentów chętnie tę pracę wezmą. Gdy jednak zobaczyłem tę samą sugestię w komentarzach do mojego bloga to uznałem, że warto jednak na to odpowiedzieć. Na początku chciałem  załatwić to szybko, pisząc po prostu, że jak autorowi nie podoba się to co piszę, to może przestać czytać mojego bloga. Ale tego nie zrobiłem, bo to byłoby infantylne. Zamiast tego zastanowiłem się jakie argumenty mogłyby być przedstawione przeciwko argumentowi w stylu „jak ci się nie podoba praca to się zwolnij” i doszedłem do wniosku, że w wypadku niektórych osób chyba żadne, bo dyskutowanie z nimi nie ma sensu. Ale pozostałym warto choćby spróbować wytłumaczyć dlaczego ich sugestia jest nie bardzo na miejscu.

Podstawowy błąd, jaki popełniają osoby odwołujące się do argumentu „wolnej drogi” („jak się nie podoba, to droga wolna”) polega na nie rozróżnianiu czego dotyczą zgłaszane uwagi czy pretensje. Gdyby znalazł się jakiś kierowca TIRa narzekający na rozłąkę z rodziną czy mleczarz narzekający na poranne wstawanie to można, a nawet trzeba by im odpowiedzieć, że jak im się to nie podoba to powinni zmienić pracę. Bo nikt im nie każe być kierowcą czy mleczarzem. Bo uciążliwości, na które narzekają są nieodłącznie związane z wykonywaniem danego rodzaju pracy i uniknąć się ich nie da, a jeżeli już to rozwiązanie „problemu” byłoby absurdalne. Bo nie ma możliwości, aby kierowca wożący towar na długich, międzynarodowych trasach, był codziennie w domu na kolacji. Mleko (ale też świeże bułki, czy gazety) muszą być dostarczone rano, zanim większość ludzi pójdzie do pracy i ktoś to musi zrobić. Ale jeżeli ten sam kierowca narzekać będzie na niewygodny fotel, brak miejsca do spania czy gorąco w kabinie to sytuacja się zmienia Każde z tych zastrzeżeń, czy powodów do narzekania można zlikwidować poprzez odpowiednie działania, dzięki którym praca, mimo swych nieodłącznych uciążliwości, stanie się łatwiejsza i przyjemniejsza. Argumentowanie w takiej sytuacji, że „jak się komuś nie podoba to niech się zwolni” opiera się zaś na założeniu, że na miejsce tej osoby przyjdzie inna, której owe nieprawidłowości nie będą przeszkadzały. A jak zaczną przeszkadzać, to może się przecież zwolnić.

Sędziowie, w tym także i moja skromna osoba, nie mają pretensji o to, że każe się im decydować, zwykle jednoosobowo, o ludzkich losach, przestrzegać zasad etyki i szeregu ograniczeń w życiu osobistym. Nie narzekam na to, i nigdy nie narzekałem. Ale wiele rzeczy mi się nie podoba. Począwszy od warunków, w jakich mam pełnić swą służbę, nie tylko finansowych. Nie podoba mi się to, że siedzę w pokoju z oknem z widokiem na ślepy mur, w którym w tej chwili jest 18 stopni ciepła bo ogrzewanie jeszcze nie „zaskoczyło”. Nie podoba mi się to, że siedzę na niewygodnym tandetnym krześle, które wybrano bo było najtańsze, przy tandetnym biurku z płyty wiórowej wzoru z lat ’80, kompletnie nie dostosowanym do pracy przy komputerze. Nie podoba mi się, że o papier do drukarki, toner czy nową lampkę na biurko muszę prosić bo na wszystko brakuje pieniędzy. Nie podoba mi się, że sekretariat obsadzony jest ludźmi z łapanki, których co chwilę trzeba uczyć na nowo. Nie podoba mi się też to, że codziennie muszę poświęcać wiele godzin na wykonywanie czynności, które bez żadnego uszczerbku dla interesu społecznego mógłby wykonać notariusz czy nawet sądowy sekretarz. Że muszę wyręczać zawodowych pełnomocników przy „ściąganiu” dokumentacji czy poszukiwaniu biegłych. Że muszę pisać rozwlekłe uzasadnienia tylko po to, by pan mecenas mógł dowiedzieć się jaki zapadł wyrok, bo nie chciało mu się przyjść na ogłoszenie. Że każdy może bezkarnie mnie pomawiać o korupcję, stronniczość czy nieuctwo. Że z miesiąca na miesiąc rośnie ilość nakładanych na mnie zadań, która dawno już przekroczyła poziom pozwalający na rzetelne ich wykonywanie. To mi się nie podoba i o tym piszę. Ale czy rozwiązaniem tych problemów jest odejście z pracy? Czy to sprawy, że w sądownictwie będzie lepiej? Że sprawy obywateli będą załatwiane sprawniej i rzetelniej? Oczywiście że nie, to będzie ucieczka, umycie rąk, zabranie swoich zabawek i zostawienie innych by posprzątali bałagan. A bałagan zostanie taki sam jaki był.